11 listopada 2012

Trailer, zajawka, whatever


Jolanta Brach-Czaina opisała robienie pierogów i ścielenie łóżka, a także wrażenia z trzymania w ręku surowego mięsa.
Sylwia Chutnik skupiła się na myciu kibla - w literaturze, bo jak przyznaje w wywiadach - w życiu za bardzo jej to nie wychodzi.
Claude Levi-Strauss omówił różnicę między pieczeniem a gotowaniem.

Pisanie o banalnych sprawach - np. gotowaniu - nie jest pomysłem blogerek kulinarnych, sprzątania w domu nie wymyślił TVN.

Sławomira Walczewska w Damach, rycerzach i feministkach stwierdza, że przygotowanie słodkich wypieków odbywa się obecnie poza domem, bo matriarchat domowy upadł, a ja się z nią nie zgadzam (co do miejsca wypieku ciast i ciasteczek), dlatego też...

Niech mnie kule biją - jakkolwiek ryzykowne to zawołanie 11 listopada w Polsce - ja napiszę o muffinach. I to niedługo. Sprzęt już jest. I nie będzie mi głupio. No chyba, że nie wyjdą;).

PS
Roland Barthes pisał o otyłości... tego tematu nie zamierzam pociągnąć.


10 listopada 2012

Jesień w eM

Co prawda zapowiadałam posta inspiracyjnego, ale zmienianie planów to moje drugie ulubione zajęcie, zaraz po wyszukiwaniu kolejnych rzeczy, którymi zagracę eM.

Do eM przyszła jesień, ta smutna pora roku, kiedy wzrasta spożycie alkoholu, czekolady i chusteczek higienicznych, maleje za to zużycie maszynek do golenia. W eM jesień okazała się porą cudów - w mieszkaniu jest niesamowicie ciepło, chociaż grzejniki są zimne. eM jest zlokalizowane w małym budynku, jest mieszkaniem narożnym, więc teoretycznie zimno powinno być jak diabli. Dodatkowo grzejniki są nieduże - na etapie remontu rozważana była wymiana na większe, bo przecież na pewno jest tu zimno. Do wymiany na szczęście nie doszło. Nie mam pojęcia, skąd to się bierze, może to jakiś kanaryjski mikroklimat, może gorące źródła pod budynkiem, a może mamy tu jakąś zbiorową menopauzę objawiającą się jednym wielkim uderzeniem gorąca, na dodatek wściekle zakaźną - gościom udziela się natychmiast. Kotom najwyraźniej taka sytuacja nie przeszkadza.


Jesień ujawniła pewne braki w eM. Im zimniej na zewnątrz, tym wyraźniejsza stała się potrzeba zainwestowania w wieszak.Co prawda, całkowity brak miejsca na kurtki był niezłym sprawdzianem kreatywności dla gości - wierzchnie okrycia trafiały z reguły do mojej sypialni, na oparcie kanapy, najczęściej na narożnik regału piwnicznego, który chwilowo stanowi główne wyposażenie mojej części korytarzowej. Najbardziej pomysłowa jednostka powiesiła kurtkę na klamce łazienki.

Nadeszła jednak chwila, kiedy problem kurtek musiał zostać ostatecznie rozwiązany, a ja zyskałam możliwość zdobycia stojącego wieszaka, najbardziej retro z retro, najbardziej klasycznego z klasycznych. Zakupu dokonałam przez internet, jak ostatni burżuj wybrałam najdroższą białą wersję kolorystyczną... i przeżyłam spore zdziwienie, kiedy zamówienie dotarło. Mój wieszak o wysokości 185 cm przyjechał w pudełku mniej więcej 40-cm wysokości, w kilkunastu częściach i ze sporym zasobem wkrętów.


Interwencja człowieka zasobnego w śrubokręt (?) i umiejętność jego obsługi stała się koniecznością. Wszystko naturalnie pod czujnym kocim okiem.



Wdzięczność moja dla człowieka biegle posługującego się śrubokrętem nie zna granic i na pewno wciąż nie wyraziłam jej wystarczająco. Jednocześnie jednak nie mogę przesadzać z wdzięcznością za wieszak, ponieważ pewna jestem, że nie była to ostatnia przysługa;). Na szczęście człowiek biegle posługujący się śrubokrętem jest tak sprawny w tej dziedzinie, ponieważ takie zabawy sprawiają mu przyjemność, więc nie mam bardzo poważnych wyrzutów sumienia wykorzystując to wciąż i wciąż, ku obopólnemu zadowoleniu:).

Pomieszczenie widoczne na zdjęciach to moja sypialnia. Ewidentny śmietnik w tle wskazuje na to, że pokój ten wymaga wielu, wielu inwestycji i ogromu pracy, żeby nadawał się do pokazania na blogu. No dobra, przede wszystkim wymaga posprzątania;).

Nie wszyscy uczestnicy dotrwali przytomni do końca imprezy, ale skończyła się ona sukcesem - wieszak stoi, nie przewrócił się nawet pod naporem kurtek, nie wywołuje szkodliwego zainteresowania kotów.. Wersji finalnej jednak pokazać nie mogę, gdyż ten rejon mieszkania jest jeszcze w stanie bardzo przejściowym. Mniej więcej tak przejściowym, jak widoczna na zdjęciu poniżej zasłonka, która jest prawdopodobnie starsza ode mnie.


Oprócz zasłonki konieczne jest jeszcze kupienie miliona rzeczy, np. mebli kuchennych i paru innych drobiazgów. Z moich doświadczeń z eM wynika jednak, że radość z zakupów nie jest wcale proporcjonalna do ich ceny czy rangi. Kupiłam pralkę, suszarkę i ten drobiazg, widoczny poniżej. Kosztował mniej niż 4 zł i cieszy mnie codziennie od nowa.


16 października 2012

Praktyczna pani eN

Sztruksowe dzwony, głębokie przekonanie, że w czerni mi do twarzy, koraliki i rzemyki  - niektóre zbrodnie przeciw dobremu gustowi zrzucić mogę na karb młodości chmurnej i durnej. Inne, jak regularne nawroty myśli: "a może blond to nie jest głupi pomysł...?" uznaję za nieodwracalny defekt umysłowy. Nie wiem, gdzie w tym wszystkim ulokować Iwonkę - kanapę zakupioną kilka lat temu, lecz z pewnością nie tak dawno, by inwestycję tę można było uznać za młodzieńczy błąd. Nazwanie mebla tym żeńskim imieniem nie było pomysłem moim, lecz producenta - z pewnością nie była to IKEA. Iwonka przyjęła się jednak błyskawicznie, więc w trosce o jej komfort psychiczny nazwałam też inne meble, stając się w ten sposób posiadaczką regału Ludwik i szafy Zygmunt. Całe to towarzystwo zamieszkiwało mój panieński pokój w domu rodzinnym, by na starość przybyć do Warszawy i zapełnić ubogie w umeblowanie eM.

O ile Zygmunt i Ludwik bez problemu zamieszkali w sypialni Izoldy, jako meble sosnowe, więc neutralne, o tyle Iwonka wymagała pracy. Kanapa ta weszła w moje posiadanie w czasach, gdy miałam najwyraźniej jakiś problem ze wzrokiem, przelotny daltonizm czy inne zaburzenie - świadczy o tym najlepiej jej beżowo-bordowe umaszczenie. Bordo, nawet jeśli jest - a przypadkiem jest - kolorem sezonu, wywołuje mój stanowczy sprzeciw i tolerować go w eM nie zamierzałam. Prosta forma kanapy miała jednak potencjał, dlatego w towarzystwie sporym i pracowitym, dałam jej drugie życie. 

Przy okazji drugie życie dostał stołek, który zostawiła mi w spadku ekipa remontowa. 

W wydarzeniu udział wzięli: tekstylia z Ikei, tapicerski zszywacz, Emilka, Izolda, pewien inżynier-wnętrzarz oraz przyszły filolog i dwa koty. Na wzmiankę zasługują też kanapki z pasztetem i oliwkami - na bogato było.




Komisja Kontroli Gier i Zakładów:



I efekt - totalny beż. Koty sobie chwalą:


Stołek w wersji glamour służy wiernie, to były bardzo dobrze zainwestowane kanapki z pasztetem (i oliwkami)!



A w następnym odcinku trochę pofantazjuję, a co!

14 października 2012

Zmiany, zmiany

Jak widać - na blogu nowości, a nawet mała rewolucja w warstwie wizualnej. Oby za zmianami czcionek i kolorów poszła częstotliwość publikowania postów! Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zima idzie do eM, więc może będę miała więcej czasu i zapału do uprawiania grafomanii.

11 września 2012

Parapet dla małej księżniczki - zrób to sam!

Wiele... Nie, bardzo wiele, a nawet: stanowczo zbyt wiele razy ładowałam energię, siły, zapał, entuzjazm i inne pozytywne rzeczy w misje całkowicie pozbawione sensu. Wiele razy, choć wszystko wokół zdawało się krzyczeć, że z gówna pałacu nie ulepię, twardo pracowałam na siwe włosy i nerwicę, choć ostatecznie okazywało się, że nie było warto.

Kilka razy razy myślałam, że mój remont to jedna z takich właśnie imprez, skazanych na spektakularną porażkę: kiedy pieniądze znikały z konta stanowczo zbyt szybko, kiedy wychodziły na jaw kolejne remontowe niedoróbki, kiedy pan układający panele zapowiadał, że szybciej państwo zacznie refundować antykoncepcję niż ja będę miała podłogę... 

Mamy jednak 11 września 2012 roku, dochodzi godzina 22:00, a ja siedzę w moim eM na mojej kanapie, laptopa trzymam na kolanach, bo stolik należy do kotów, radio gra piosenki, które wszyscy znamy, w piekarniku dojrzewa prowiant na jutrzejszą kolację dla przyjaciół, a pod stopami bez wątpienia mam panele, żadnego gruzu, klepiska, ani nawet bagna. 

Niniejszym postem rozpoczynam serię wpisów "od zera do pani na włościach". Jeśli komuś niniejsza seria trącać będzie córką premiera (a mam już takie głosy od osób, które zapoznały się z dokumentacją fotograficzną!) to bardzo proszę o podkręcenie odbiorników, założenie okularów, konsultację z lekarzem lub kilka gwałtownych konfrontacji głowy ze ścianą;). 

Zaczęło się od parapetów... Od parapetów zaczęła się moja miłość do eM. Na parapecie spożyłam pierwszy posiłek z Izoldą. Salonowo-kuchenny parapet jako pierwszy uległ zdecydowanej metamorfozie. 

Patrząc na poniższe zdjęcia można dojść do wniosku, że skoro pokochałam eM z powodu parapetów to... gust mam spaczony, a nawet zły, wybierając nie tylko mężczyzn;). 





W miniony weekend pojawiła się u mnie Emi, moja naczelna konsultantka wystrojowa (oraz kulinarna, a także ubraniowa, sercowa, itd., itp.), czyli firma E for Event. Dobry gust Emilki (nieskromnie powiem, że kompatybilny z moim równie doskonałym smakiem) plus wyroby jej firmy zmieniły mój parapet salonowo-kuchenny w marzenie każdej młodej damy oraz realizatorów reklamy Raffaello;). 

Raffaello musi jednak poczekać, ponieważ parapet natychmiast został doceniony oraz zamieszkany:





Relacja Emi z pobytu w eM znajduje się tutaj.

A jak to się stało, że się tak pozmieniało?

Na początku była błyskotliwa idea oraz wykonanie parapetu z sosnowego drewna nabytego w pewnym markecie budowlanym - jedno i drugie: TATA <3.

Parapet zamontowali panowie budowlańcy, a ja go pracowicie pomalowałam kilkakrotnie takim specjalnym mazidełkiem, które drewno wybiela, lecz nie pokrywa całkowicie (jeśli ktoś jest zainteresowany, mogę poszukać puszki i uzyskać bardziej szczegółowe informacje na temat tego specyfiku).  

Następnie stoczyłam straszliwą walkę człowieka z materią, by dojść do wniosku, że wszystkie rolety dostępne w tej części kraju są zwyczajnie brzydkie i idę w karnisze, czego efektem była konieczność zgłębienia tematu zasłon. 

Na koniec przyjechała Emi i pompony - o dziwo, koty nie są nimi zainteresowane (odpukać). Uskuteczniłyśmy wycieczkę do Ikei, by nabyć drogą kupna materiał, który teoretycznie nie jest zasłonką, ale nie protestował, gdy tak właśnie został powieszony. Uwagę wszystkich na pewno przykuło szklane coś stojące na parapecie - to szklarnia, która cudownie wygląda, a w wersji oficjalnej pozwala uchronić rośliny przed kotami. Bzdura, chodziło tylko o to, jak pięknie się prezentuje na parapecie:). 

Do parapetu doskonale pasowały moje Vogue'i, zwiezione z różnych miejsc przeze mnie i osoby znające moją małą manię (ok, teraz to nawet dla mnie trąca Tuskówną) oraz inne dziewczyńskie badziewia, które tworzą teraz tę atmosferę dziewczyńsko-słitaśną, która cieszy mnie jak diabli;). 

A w następnym odcinku: tapicerowanie mebli jako atrakcyjny pomysł na małą imprezkę:). 

19 sierpnia 2012

De jak DOM

Dzisiejszy wpis może wielu rozczarować. Czekać na niego trzeba było długo - jakby było na co, zdjęć nie ma, treści właściwie też nie, gdyż nadszedł czas na podziękowania. Tak, podziękowania - ostatni post wyrażający smutek na tle niemal całkowicie samodzielnego ciągnięcia remontu zaowocował totalnym pomocowym szaleństwem. Krewni, znajomi, znajomi znajomych, PCK, Caritas i dzieci z Sudanu postanowiły pomóc mi w walce o własny kawałek podłogi.

W efekcie eM ma obecnie wszystko poza wspomnianą podłogą, która to pojawi się we wtorek. Brzmi to dosyć optymistycznie, ale należy brać pod uwagę, że brak podłogi oznacza straszny pył i kurz. Mieszkanie zamieszkały już nasze koty i po kilku dniach są znacznie brudniejsze niż zwykłe śmietnikowce. Kurz i pył nie zmienią jednak faktu, że jest pięknie. Ściany mają kolory, mieszkanie ma klimat, duszę i wszystko, co potrzebne jest by awansować z eM na DOM.

Nie byłoby to możliwe, gdyby nie:

mój tata - ten dobry człowiek z Olsztyna poświęcił swój urlop, żeby remontować mieszkanie córeczki, a przecież mógł remontować w tym czasie własne, żona jego (a matka moja) na pewno znalazłaby mu jakieś przyjemne zajęcie domowo-ogródkowe;)

moja mama - mózg operacji, stacjonujący co prawda w Olsztynie, ale kontrolujący sytuację dzięki darmowym rozmowom w pewnej sieci komórkowej. Tak naprawdę wkład mamy w przedsięwzięcie pojawił się już jakieś 30 lat temu, kiedy niezwykle trafnie wybrała mi ojca.

P. - najlepszy człowiek na świecie i najlepsze, co mi praca dała - cenniejszy niż zdolność kredytowa i składki emerytalne oraz karta Benefit Multisport. Chłopak z wałkiem urodzony, pracowity, uczynny, bezinteresowny... Mam nadzieję,  że szybko zainwestuje w swoje eM lub kawał pola chociaż, żebym mogła się odwdzięczyć ciężką pracą fizyczną. "Dziękuję" to stanowczo za mało, zasoby polszczyzny są zbyt ubogie, by wyrazić moją wdzięczność.

Izolda - gdyby nie jej rozległe kontakty towarzyskie, nie siedziałabym teraz na wygodnej kanapie w pewnym przyjemnym mieszkaniu. Choć lekarz zabronił, walczyła z farbą, taszczyła graty, wzięła na siebie doprowadzenie do porządku naszej stancji. Dzięki L4 jest dyspozycyjna o różnych chorych porach dnia i może np. wpuszczać elektryka do eM w dzień pracujący o 9:00 rano. Wydarzenia ostatnich tygodni sprawiają, że zaczynam rozumieć mężczyzn, którzy chcą mieć żonę w domu. Mam i polecam.

kolektyw AA, czyli pewna tryskająca energią i weną twórczą małolata oraz tryskająca szyderstwami moja podobna do Jamesa Deana przyjaciółka - zapału miały tyle, że obawiałam się, czy ścian mi wystarczy, ale hmm... wystarczyło;). Nie mniej jednak, misja się powiodła - kiedyś będziemy mogły zadumać się i westchnąć: "a pamiętasz, jak malowałyśmy tę ścianę...". Sugestię młodszej połowy kolektywu - "madżenta" - na zawsze wyryłam w pamięci, choć nie obiecuję, że kiedyś przeniosę na ścianę;).

P. - przybył, choć złe kilometry dzieliły nas. Zjadł obiad, choć nikt inny się nie odważył. Malował, choć nie potrafi. Może nie odcisnął szczególnego piętna na mojej ścianie, ale naprawdę dobrze wyglądał na drabinie. Prawdopodobnie stracił spodnie w wyniku zbytniej zażyłości z farbą. Obiecuję, następnym razem będą naleśniki i czysta podłoga. Wałka nawet z daleka nie zobaczysz;).

A. - bohater ostatniego odcinka, czyli ostatnia warstwa farby na ostatnich dwóch ścianach jako trwały wkład w eM. Z mniej trwałych odnotować należy interwencyjne uprowadzenie mnie na lody, kiedy ekipa remontowa doprowadziła mnie do załamania nerwowego. Współautor koncepcji kolorystycznej, ojciec chrzestny mojej sypialni. Gdyby za godziny spędzone na rozmowach ze mną o kolorach dostawał pieniądze, byłby już milionerem.

Emi - na razie dziękuję za rady, wsparcie i pomysły z daleka, ale czuję, że powodów do wdzięczności będzie więcej;). Wpadaj jak najszybciej, eM potrzebuje solidnej dawki księżniczkowości;).

Daniel - jedyny profesjonalista w tym zamieszaniu. Wciąż nie rozumiem, czemu jeszcze odbiera ode mnie telefony, zwłaszcza te w środku nocy, kiedy gorączkowo usiłuję opisać kolor ściany, chociaż znam się na tym jak stereotypowy facet. Może lepiej przestań, bo wiesz, że wisi nad nami temat kuchni;P.

Jeśli kogoś pominęłam - przepraszam. W ostatnich słowach tego przydługiego postu chciałabym jeszcze wyrazić wdzięczność sąsiadom, że mimo wszystko nie przeszkadzali mi za bardzo i nie nasłali na mnie policji.

Ufff, nie martwcie się, następny post nie będzie już tandetnym wyciskaczem łez;). Będą foty, będą jaja, będzie akcja... a przede wszystkim, będzie już napisany z eM.

Czuwaj!

26 lipca 2012

Słoneczko szopinguje

Słoneczko, ja ci nie dam rachunku ani faktury, nie ma mowy, masz tu kwit, że kupiłaś, jak już będziesz wiedziała, że źle kupiłaś, to zwrócisz na podstawie tego kwita. A na pewno źle kupiłaś, mogę się założyć, przecież ty nie masz pojęcia, co to jest. Tylko zwrot tak w ciągu kilku dni proszę... Żadnego płacenia kartą, tylko gotówką, bo pewnie pieniądze też ci będę musiał zwrócić, więc prowizji za ciebie nie zamierzam płacić.

Czyli: kupiłam, coś, co się nazywa rozeta, a nawet rozety - sztuk 3. Wygląda to jak metalowy cylinder bez denka, ma związek z jakąś rurą i ze ścianą, i z dziurą w tejże ścianie...

Z miłym starszym panem ze sklepu z artykułami sanitarnymi się nie kłóciłam, nawet na to "słoneczko" nie pyskowałam, zgodnie z przewidywaniami sprzedawcy kupiłam źle, tyle dobrego, że wymieniałam towar, a nie zwracałam. W związku z trzema rozetami byłam w sklepie trzy razy, chyba powinnam wysłać im kartkę na święta.

Kartki na święta póki co nie będę obiecywała mojej ekipie remontowej - choć - odpukać - na razie się sprawdzają. Sprawdzają się, czyli jeszcze nikt im nie umarł, zaliczka na materiały nie przepadła bez wieści, w eM codziennie widzę zmiany, które sprawiają wrażenie zmian na lepsze.

Zmiany na gorsze dostrzegam za to w relacjach z sąsiadami, którzy powiadomili administrację budynku, że składuję gruz przed domem, przez co oni nie mają gdzie parkować. Gruz składuje tak legalnie, jak jest to możliwe, żeby nie było. Obawiam się, że administracja dowiedziałaby się o moim gruzie także wtedy, gdybym wysypywała go do śmietnika (co byłoby akurat uzasadnione), albo wynosiła w kieszeniach i układała pod Pałacem Kultury, prawdopodobnie także wtedy gdybym te budowlane odpady zjadała. Każdy powód jest dla nich dobry do donosu, jak powiedziała mi ze współczuciem administratorka. Mam się pocieszać myślą, że są starzy i wymierają na potęgę. No to się pocieszam.

Skoro temat relacji z ludźmi został poruszony: remont pozwolił mi zweryfikować nieco opinie na temat tzw. przyjaciół i znajomych. Może odrobinę histeryzuję, ale sprawy związane z eM to dla mnie taka mała wojna, a kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie. Świetny test na "bycie ze mną" przeprowadziłam mimowolnie tydzień temu, kiedy stanęłam przed koniecznością zakupienia wstrząsających ilości zaprawy i innych materiałów budowlanych. Wiedziałam dobrze, że za stosowną opłatą zakupy zostaną mi dowiezione i wniesione, miałam jednak mnóstwo obaw, co do przebiegu zakupów w sklepie. Czy będę musiała wziąć koszyk, wrzucić do niego 200 kg zaprawy i jechać do kasy? Poczułam, że dotarłam do granic wyobraźni i postanowiłam poszukać pomocy.

Kapitan Planeta okazał się niedostępny, Batman miał już plany na piątek, postanowiłam więc skorzystać ze wsparcia osób, na które podobno zawsze mogę liczyć. Bardzo szybko odkryłam, że jeśli chodzi o remontowy szoping, pozornie zdrowi i sprawni umysłowo ludzie dostają nagłego niedosłuchu i przelotnej, ale dramatycznej niemocy w zakresie kojarzenia faktów, wyciągania wniosków i interpretacji delikatnych sugestii.

Gwoździem do trumny okazał się ostateczny telefon do ostatecznej instancji, która dotąd deklarowała, że udzielanie mi wsparcia jest jej świętym obowiązkiem. Ostateczna instancja komunikatem "Muszę kupić 200 kg zaprawy" przejęła się bardzo, udzieliła wielu światłych rad, podsunęła kilka pomysłów, zasugerowała wiele rozwiązań, po czym poprosiła o telefon, jak tylko się z tym uporam, bo się martwi i przejmuje.

Koniec końców, do bitwy z zaprawą podeszłam z moją własną najlepszą podobną do Jamesa Deana przyjaciółką u boku. Może nie nadaje się ona do noszenia ton materiałów budowlanych, ale ładnie wygląda i nie ma takiej zaprawy, której nie potrafiłaby wyszydzić. Całkowity brak merytorycznego wsparcia rekompensowała doskonałą zgodnością w ocenie walorów wizualnych pracowników Leroy Merlin.

Relację z zakupów odpuszczę sobie, efekty przyniosły dwojakie: po pierwsze moja ekipa remontowa uznała, że łatwiej będzie, jeśli będą materiały kupowali samodzielnie; po drugie zaś, wiem już na pewno, że duże zakupy w markecie budowlanym to nie jest żaden problem. Absolutnie nie trzeba tachać 200 kg zaprawy do kasy.

Od autorki: opowiadanie oparte na faktach. Wszelkie podobieństwo... bla bla bla... jest świadome i zamierzone. Uwaga! W tekście nie znalazło się żadne odniesienie do Izoldy, która w tych dramatycznych chwilach przeżywała własne, nie mniej dramatyczne, przygody w szpitalu. Ze szpitalnego łoża udzielała mi pełnego wsparcia psychicznego. Co więcej, doskonale wpisywała się w wojenny klimat zdarzeń, jest wojna, są ranni. Czuwaj!

A oto eM:



Wbrew pozorom, to też jest zmiana na lepsze:


14 lipca 2012

Feminizm albo remont, czyli baj baj ideały

Tutaj ma pani takie specjalne naklejki - powiedział pan monter drzwi zewnętrznych, wręczając mi listek z zaślepkami. - Jak już się remont skończy, ponakleja je pani na wszystkie śruby, żeby nie było ich widać. Na śruby, nie na paznokcie, hehehehe.

Pan monter zarżał, zarżał kolega montera, a eN spuściła oczy i zachichotała, w myślach spychając typa ze schodów. Naklejeczki włożyła do torebeczki, jest nadzieja, że użyje ich prawidłowo. Chichot jest reakcją bardzo dobrą, sprawdził się już kilka dni później, kiedy hydraulicy ujawnili, że "lubią sobie popatrzeć na inwestorkę". 

Moja feministyczna dusza pcha mnie do mordobicia, pozwu sądowego i palenia opon pod Sejmem, ale, na boginię, kto by mi wówczas zamontował te cholerne drzwi? Kto by mi zrobił podłączenie pod sedes i prysznic, komu bym zawdzięczała zlew w kuchni? Siostrom w feminizmie? Judith Butler, Simone de Beauvoir, Kazi Szczuce chociaż?

Zawsze mnie drażnił tekst "Feminizm kończy się wtedy, gdy trzeba wnieść szafę na 10. piętro", obecnie mogę się pod nim podpisać. Panów nawracać nie mam zamiaru, a wodę lubię sobie czasem spuścić, więc ostre riposty zostawiam na inną okazję. Podobno kobieta powinna być damą w salonie, dziwką w łóżku i kucharką w kuchni. Niniejszym dodaję do tego: słodką idiotką w czasie remontu.

Od czasu ostatniego postu eM dorobiło się drzwi wejściowych, okien, instalacji elektrycznej i hydraulicznej. Miało też zacząć dorabiać się ścian i innych dosyć potrzebnych drobiazgów, ale w związku z osobistą katastrofą wykończeniowca, kolejny etap rozpocznie się w poniedziałek. To znaczy: mam nadzieję, że się rozpocznie. Pewien mój znajomy, człowiek mądry i życiowo doświadczony, powiedział mi, że nie powinnam wierzyć w dramaty, choroby i zgony bliskich, które stają się przyczyną opóźnień w remontach, bowiem ekipy remontowe to naród leniwy i zakłamany, a problemy rodzinne to ich ulubiona odmiana ściemy. Nie wiem, nie wiem, na razie wierzę i współczuję, ale wciąż słyszę w głowie nieznośne tykanie, które nie jest zegarem biologicznym, lecz świadomością, że z końcem lipca stracimy z Izoldą dach nad głową.  

Zdjęcie jest niewyraźne, lecz niesie optymistyczne przesłanie: najprawdopodobniej będę miała światło:)



Mimo że "każda wizyta inwestorki spowalniała pracę", część hydrauliczną uważam za zakończoną:



Odrobina wyobraźni wystarczy, żeby na tym zdjęciu dostrzec kuchnię:



2 lipca 2012

Komunikat z frontu

Mawia się, że za każdym silnym mężczyzną stoi jeszcze silniejsza kobieta. Osobiście uważam, że za każdą silną kobietą stoją jeszcze silniejsi rodzice.

Dobrzy ludzie, którzy powołali mnie na świat, wyedukowali, wykarmili do granic chorobliwej nadwagi i wpoili głębokie przekonanie o mojej nieuleczalnej i bezdyskusyjnej niezwykłości, zrezygnowali z tegorocznego urlopu i zamiast na Malediwy wybrali się do Warszawy, olewając słoneczną plażę na rzecz mojego remontu. Gdyby nie przyjazd rodziców, byłabym obecnie z remontem w totalnej dupie, najprawdopodobniej przechodziłabym właśnie załamanie nerwowe, leżałabym w łóżku i czekała na śmierć, wsłuchując się w szmer rosnących na nogach włosów (nogach moich, nie łóżka). Oczywiście na ostatniej prostej mój ukochany bank musiał narobić problemów, więc ostatni tydzień spędziłam na walce o różne papierki, w nieprzerwanym kontakcie z doradcą kredytowym i notariuszem wywierającym presję. Dodatkowo oddawałam się pracy zarobkowej przez osiem godzin każdego dnia, czyli łatwo nie było. 

Ostatecznie w czwartek udało się podpisać ten cholerny akt, a w wyniku obecności rodziców mieszkanie jest całkowicie pozbawione ścianek działowych, czeka na wykończeniowca, na którego zresztą przeprowadzony został casting, a ja sobie spokojnie mogę uprawiać grafomanię na blogu i nie martwić się o nic, no może poza grzejnikiem do łazienki. I zlewem do kuchni. Panelami, sufitami i ... No dobrze, sporo jest spraw, o których muszę pomyśleć, ale wszystko jest lepsze niż ogarnianie gruzu.

Co do wykończeniowca (oraz hydraulika i elektryka - rodzice zebrali dla mnie wszystkie Pokemony), urocza ciekawostka: wszyscy panowie ds. remontu jak jeden mąż uznali mnie za gówniarę. Wykończeniowiec wziął mnie za dziecko, stolarz myślał, że dopiero zaczynam studia w Warszawie, wszyscy mieli zawał, kiedy dowiadywali się, że to ja tu jestem inwestorką i nie będzie pogaduszek z moim tatą, tylko ze mną należy się kontaktować. Mogłabym użyć tu mocnych i niepotrzebnych słów jak "seksizm", ale bitch, plis, nie chodziło tylko o moją płeć, ale o wiek również, a dla kobiety dobijającej do 30tki nie ma większego komplementu niż zostać uznaną za niekumatego podlotka. Od tej pory wiem już, że zawsze jak mi będzie smutno, będę się umawiała z jakimś glazurnikiem. 

Żeby tak całkowicie nie pozbawiać się zasług remontowych, spieszę donieść, iż osobiście zajęłam się parapetami. Moje eM (Boże, MOJE!) posiada trzy okna, z czego łatwo wydedukować, że są tam trzy parapety. Jeden jest drewniany, więc do niczego się już nie nadaje, dwa pozostałe to staroświeckie lastryko pokryte bardzo licznymi warstwami farby olejnej. Parapety są w tym mieszkaniu niezwykle ważne, ponieważ mają po 50cm szerokości i stanowią jeden z głównych powodów, dla których postanowiłam właśnie w to lokum zainwestować. Na tych parapetach stać będą parapetówkowe litry wódki, a nawet śledzie (pieczonego dzika dałoby się położyć na takiej powierzchni), na tych parapetach zamierzam robić wiele ciekawych rzeczy (na przykład podglądać sąsiadów, żeby móc ich potem obgadywać z nawiedzoną sąsiadką z parteru, która niestrudzenie od 50 lat poluje na Żydów), więc byle co to nie może być. 

Mili panowie od okien proponowali mi parapety - obrzydliwe, łososiowe coś, dzięki czemu czułabym się, jakbym mieszkała w banku, a ostatnio zbyt często się tak czuję (przeklęty BGŻ), więc unikam takich pułapek w eM. Jeden z panów od okien wskazał mi jednak inną drogę: renowacja starych! Lastryko nie brzmi seksi, kojarzy się raczej z nagrobkiem (jeśli dla kogoś "nagrobek" brzmi seksi to bardzo proszę o zaprzestanie czytania, bo to jest blog dla porządnych ludzi), ale - jak wskazuje przykład parapetów znajdujących się na klatce schodowej mojej kamienicy - wylaszczone wygląda naprawdę dobrze. 

Zaopatrzyłam się więc w środek do ściągania starej farby (sprzedają takie cuda w marketach budowlanych, nie należy wierzyć w info na opakowaniu, że to niby jest wydajne, hurtowe ilości idą) i rozpoczęłam prace renowacyjne. Na razie jestem po zdjęciu farby, a przed impregnacją, więc dokumentacji foto nie będzie, dopóki efekty nie będą powalały. Nie mniej jednak, środek działa zabójczo. Przez całe życie myślałam, że najlepszą strategią konfliktową jest ponure milczenie, sarkastyczne uwagi wygłaszane półgłosem albo patrzenie z wyrzutem. Teraz już wiem, że jak ktoś mi podpadnie, zastosuję środek do parapetów - przeżre skubany wszystko, kwas solny może się schować. Dzisiaj zdążyłam już żałować, że nie mam go przy sobie, kiedy spocony tłum napierał na mnie w autobusie.

A teraz odrobina optymizmu - ta zieleń to środek Warszawy, panie!


A tu trochę mniej optymistycznie, ale to chwilowe - będzie pięknie;).






22 czerwca 2012

Szoping, szoping, szoping

Nazywam się eN i jestem paneloholiczką...

Od kilku dni najważniejszym tematem, a nawet - nie bójmy się tego słowa - problemem spędzającym mi sen z powiek są panele podłogowe. Każdy świt przynosi nową wizję (był już dąb bielony, sosna skandynawska, stary dąb... obecnie idę w szarości), która zmienia się w ciągu dnia wielokrotnie. Jestem sfrustrowana i zgnębiona niemocą decyzyjną na tle paneli, co za tym idzie - zgnębieni i sfrustrowani są wszyscy ludzie, których pokarało moim towarzystwem. Panele są gorsze niż świerzb, łupież recydywista i opryszczka razem wzięte, a ja zarażam jak wściekła, mam nawet dwa katalogi paneli, do małej i dużej torebki, zmuszam do oglądania i nakłaniam do opiniowania każdego, kto nie ma siły lub wystarczających pokładów egoizmu, żeby przede mną uciekać.

(Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam moją własną prywatną najlepszą podobną do Jamesa Deana przyjaciółkę, która ciepłym moczem olewa każdy remontowy temat i absolutnie nie daje się wciągnąć w to szaleństwo).

Urządzanie mieszkania to dramat w odcinkach - w dzisiejszych czasach jest tyle ładnych rzeczy, zacnych idei, świetnych inspiracji, że mam stanowczo więcej pomysłów niż metrów kwadratowych do zagospodarowania. Każdy dzień przynosi nowy pomysł, z reguły stojący w sprzeczności z ostatnio obowiązującym... Co więcej, mam cudowną grupę wsparcia, ludzi, którzy jeszcze nie wyrzucili mnie z FB, nie boją się rozmawiać o meblach kuchennych, co więcej - z zapałem podsuwają mi nowe pomysły (które w efekcie frustrują mnie jeszcze bardziej). Na przykład: rozkład pomieszczeń został wymyślony i zaakceptowany już dawno, bez większych sensacji. A tu, przy pierwszej wizycie w eM, pewien mój znajomy od niechcenia rzucił myślą, że stoimy właśnie w miejscu idealnym na garderobę... W pomyśle tym zakochałam się natychmiast niemal tak jak kiedyś w pomysłodawcy:)... Na szczęście szybko wróciłam do pionu, zwoje mózgowe ponownie mi się skręciły i uświadomiłam sobie, ile mam metrów do dyspozycji, i z ciężkim sercem odłożyłam garderobę na tę samą półkę z pomysłami, na której jest już domowa sauna, oranżeria na dachu i piwniczka na wina.

Daruję sobie opowieść o tym, jaką walką człowieka z materią (a właściwie przestrzenią) kończy się u mnie każda wizyta na pinterest.com:/.

Ostatni post zakończyłam zapowiedzią kolejnych tematów, ale nawet tematy życie mi zweryfikowało. Omawiać miałam tajemniczy urok drogich rzeczy, ale sprawa - przynajmniej chwilowo - jest nieaktualna. Dwa tygodnie temu byłam z Izoldą na remontowym szopingu i jak dwie maniaczki wynajdywałyśmy same najdroższe rzeczy... Jeśli cokolwiek przykuwało naszą uwagę, o od razu wiadomo było, że np. za cenę metra tych płytek  łazienkowych mogłaby spokojnie wyżyć przez pół roku wielodzietna rodzina i to wcale nie w którymś z krajów Trzeciego Świata. Dziś jednak dla odmiany udałam się do OBI po wiadra, szpachelki i inne dziewczyńskie drobiazgi, a wróciłam z lampą, która okazała się ostatnim egzemplarzem i została przeceniona o połowę. Dzisiejszy dzień ogłaszam więc dniem okazyjnych zakupów i nie mam złudzeń - nie powtórzy się już pewnie nigdy.

Jeśli zaś chodzi o fachowców...

Znalazłam w internecie ogłoszenie, profesjonalnie opatrzone nawet zdjęciem bohatera z placu budowy, zachęcające do skorzystania z usług glazurnika-szpachlarza. Zadzwoniłam pod podany numer, powiedziałam, czego od tego pana oczekuję, a on potwierdził, że jest w stanie spełnić moje najskrytsze remontowe fantazje. Bajka skończyła się następnego dnia, kiedy to zadzwonił, by beztrosko obwieścić, że już wytrzeźwiał i teraz możemy porozmawiać, bo on nic z naszej rozmowy nie pamięta, poza tym, że się odbyła.

Sposób na fachowca jest jeden - znajomości. Jeśli ktoś kiedyś miał przyjemność stać w kolejce w mięsnym za żoną szwagra kuzyna hydraulika, niech nie waha się tego wykorzystać w rozmowie z tymże hydraulikiem. Fachowcy od remontów są ludźmi rodzinnymi, przyjacielskimi, dla znajomych znajomych zrobią wszystko. Każdy telefon do fachowca (nie licząc omówionego wcześniej), łączył się z koniecznością udzielenia odpowiedzi na pytanie: "A dzwoni pani z ogłoszenia, czy ktoś mnie polecił?". "Z ogłoszenia" to odpowiedź, która skutkuje całkowitym brakiem zainteresowania i "to proszę odezwać się jesienią". "Z polecenia" otwiera każde drzwi, łzy wzruszenia ściskają gardła, atmosfera robi się jak przy ognisku, szumią wierzby, hej sokoły, i jeszcze jeden i jeszcze raz, wszystko dla pani kierowniczki!

Mam to szczęście, że mogłam kilka razy powiedzieć "z polecenia" ponieważ Izolda przeprowadziła błyskotliwą i błyskawiczną akcję zbierania namiarów;). Co z tego wyjdzie - zobaczymy.

Temat parapetów zostawię na kolejny wpis, ponieważ już za kilka dni zajmę się nimi praktycznie, z nadzieją na przywrócenie dawnego blasku parapetom istniejącym.

Uff, błogosławiony, kto dotrwał do końca;).

10 czerwca 2012

Dzień dobry,

długo mnie tu nie było. Sponsorem przerwy jest BGŻ, bank, który od dwóch miesięcy zastanawia się, czy dać mi kredyt na eM czy nie. Inny, miły bank nie miał takich wątpliwości i już dawno wydał zgodę, ja jednak myślałam, że warto poznać opinie wszystkich zainteresowanych. Naiwnie myślałam, że opinię BGŻu poznam jeszcze przed menopauzą, ale się nie zapowiada. Na razie bank pozoruje zainteresowanie moją sprawą za pomocą niezwykle ważnych pytań, ostatnim było: "co klientka studiuje?". Teoretycznie pytanie to ma sens, bo przecież wiadomo, że są studia lepiej i gorzej rokujące. Moje literaturoznawstwo rokuje naprawdę źle, więc mogliby mi dać skierowanie na badania psychiatryczne zamiast kredytu i skończyłaby się nasza przygoda. Oni jednak myślą, i myślą, i myślą... Zastanawiam się, kiedy z mojego wyciągu z konta wydedukują, że ja się raczej kiepsko odżywiam, i zażądają wyników badań z pomiarem tkanki tłuszczowej włącznie. Przecież powinnam jakoś udowodnić, że nie zejdę w ciągu najbliższych 30 lat.

Mam cichą nadzieję, że BGŻ ma dobry monitoring mediów i jutro moje żale trafią na czyjeś biurko;). Jeśli nie, sama osobiście jutro ochrzanię telefonicznie wszystkich pracowników tej szanownej instytucji, bo ile można czekać?!

Jak ciekawostkę załączam kilka zdjęć eM:




Tak, tak, wiem, że zdjęcia z datą to wiocha, ale nie umiałam usunąć;). Jak widać, obecnie w mieszkaniu dominuje kolor żółty i motyw rogów. Kilka drobnych poprawek i będzie pięknie;).

A w następnym odcinku:
- dlaczego panowie od remontu są albo drodzy i zapracowani, albo pijani i do wzięcia?
- dlaczego podobają mi się tylko drogie rzeczy
- case study: parapety - albo nagrobek albo... no właśnie, nic.

7 kwietnia 2012

To nie są jaja!

Moi drodzy, z okazji Świąt życzę Wam zdrowia i spokoju albo udanej zabawy - jak kto woli. Ja te Święta spędzę nad planem pewnego mieszkania na Woli, którego stanę się właścicielką w najbliższym czasie. Tak - stało się.

Wszystkimi chyba sprawami życiowymi rządzi smutna reguła - czasem się bardzo czegoś chce, ale się tego nie dostaje, następują kolejno fale agresywnej rozpaczy, cichej rozpaczy, zadawania sobie durnych pytań, ponurego zniechęcenia... aż w końcu przychodzi spokój i olewka i wtedy karta się nagle odwraca, a rzecz upragniona - nieuzyskana - odżałowana wpada w ręce sama z zapałem. Zasada ta sprawdza się w życiu uczuciowym oraz zakupach na wyprzedażach, a mi się właśnie sprawdziła w związku z mieszkaniem. eM na Woli, które uznałam za stracone, nagle znalazło się w moim zasięgu finansowym. Teraz czeka mnie dopięcie formalności, gigantyczny remont, a potem to już tylko szczęśliwe życie o chlebie i wodzie (bo z kredytem chyba nie można inaczej?!). To oczywiście nie oznacza końca bloga - spokojnie! Do momentu kiedy dumna i blada zamontuję dzwonek do drzwi grający melodyjkę z "Przyjaciół" droga jeszcze daleka, a jej poszczególnych etapów na pewno nie zachowam dla siebie.

Wszystkich silnych panów oraz panie, które nie martwią się stanem paznokci, już teraz zapraszam na GRUZ PARTY, czyli wszechstronną pomoc przy remoncie w zamian za piwo i pizze;). Jesteśmy w kontakcie;)

3 kwietnia 2012

O kciukach i nie tylko

W ostatnim poście zwróciłam się do Was z prośbą o trzymanie kciuków. Trzeba będzie tę akcję przećwiczyć jeszcze raz, czyli pewnego dnia znowu poproszę o wsparcie, kciuki i pozytywne fluidy i Wy tę prośbę spełnicie, bo tym razem wyjątkowo słabo nam poszło. Reasumując - z mieszkania na Woli nic nie wyszło. Już już już... już miałam nadzieję, już wierzyłam w sukces, a tu lipa. Z oględzin eksperckich wyszło, że doprowadzenie mieszkania do stanu użyteczności kosztowałoby więcej niż wybudowanie własnej kamienicy, a właściciele tegoż eM nie zgodzili się w związku z tym obniżyć ceny do jakiegoś rozsądnego poziomu. Rozczarowanie - to mało powiedziane.

W związku z tym - kolejnym już - mieszkaniowym rozczarowaniem, nasunęła mi się refleksja natury ogólnej. To szukanie, przeglądanie ogłoszeń, setki maili i telefonów, serce w gardle, kiedy jadę oglądać, a następnie gigantyczne rozczarowanie, kiedy życie weryfikuje wyobrażenia zbudowane na chwiejnej podstawie optymistycznych ofert... Eh. Ta huśtawka emocji, czekanie na cud ze stałym elementem rozczarowania, sprawia, że staję się powoli kobietą ze stali.

Zrozumiałam to dziś, kiedy 5 minut czekałam na klucz do pokoju, w którym przeprowadzam konsultacje. Czekanie wynikało z faktu, że pani portierka musiała komuś wyjątkowo mało błyskotliwemu wytłumaczyć przez telefon zasady pikowania pomidorów. Stałam przy tej portierni i stałam, mimowolnie przyswajając wiedzę na temat uprawy pomidorów, i byłam na tę drobną przeciwność losu tak obojętna, że aż sama siebie zaskoczyłam. Już wiem, że nie ma takiego czekania czy takich starań, które mogłyby mnie złamać. Od trzech miesięcy szukam eM, więc nigdy już nie będę się denerwowała sytuacjami takimi jak:

- oczekiwanie, aż szef sam zrozumie, że zasłużyłam na podwyżkę
- czekanie aż ciasto drożdżowe wyrośnie
- nadzieja, że "on się kiedyś do cholery w końcu oświadczy"
- czekanie, aż wyschnie lakier do paznokci
- obserwowanie notowań giełdowych
- staranie o dziecko
- szukanie pracy
- czekanie na kogoś godzinę w deszczu, po kolana w kałuży, w miejscu, w którym akurat nie ma żadnego zadaszenia. Przy całkowitym braku parasolki, naturalnie
- stanie w kolejce w Kerfie pół godziny tylko po to, żeby akurat wtedy, kiedy nadchodzi pora na mnie i moje zakupy, skończyła się rolka w kasie, a pani najwyraźniej nigdy w życiu nie jej nie wymieniała. Oczywiście, tylko po to, żeby szczęśliwy koniec wymiany rolki był jednocześnie końcem dnia pracy tej pani, czyli kolejne czekanie, tym razem na zmianę kasjerów
- czekanie na samolot, bez względu na rozmiary opóźnienia, nawet przy małej ilości sklepów

Czekam na eM tak długo, że teraz to już mogę spokojnie czekać na wszystko inne. Tak, jest mi smutno, tak, jestem sfrustrowana, tak batoniki są satysfakcjonującą formą pocieszenia;)

26 marca 2012

Wola - w trosce o Izoldę

Jednorazowa przygoda z mieszkaniem na Woli (patrz: post niżej) rozeszła się echem wśród znajomych i zaowocowała dosyć nieoczekiwanie - okazało się, że moja koleżanka z pracy sprzedaje mieszkanie w tej okolicy, a wcześniej mi o nim nawet nie wspominała, gdyż wierzyła w moją wierność Pradze. Najwyraźniej w moją wierność nie należy za bardzo wierzyć, kolejne mieszkanie na Woli zwiedziłam z radością i bez wyrzutów sumienia wobec drugiej strony Wisły. Oczywiście kamienica, co mnie w pewnym stopniu usprawiedliwia.

Dawno, dawno temu, ktoś zaprojektował sporą kawalerkę: duża kuchnia, duży pokój, mała łazienka. Z czasem posiadacze tego mieszkania zdecydowali się na zmiany, kuchnię przerobili na sypialnię, część gastronomiczną wydzielili z salonu - zrozumiała akcja. Ciekawie się robi, kiedy człowiek odkrywa, że kuchnia owszem, została przeniesiona, ale bez takiego drobiazgu, jak ujęcie wody. W praktyce więc w sypialni znajduje się kran, a w kuchni gaz. Można na to spojrzeć jak na kilkudziesięciometrową kuchnię złożoną z kilku pomieszczeń. Można powiedzieć: luksus;).

Jestem prostym człowiekiem, więc na początku byłam w lekkim szoku i zadawałam sobie różne głupie pytania w rodzaju "Jak tu ludzie żyli przez te kilkadziesiąt lat?!", potem doceniłam specyfikę mieszkania. Dawna kuchnia, obecnie pokój, z założenia ma być sypialnią Izoldy. Izolda jest młodą damą, żeby nie powiedzieć: panną na wydaniu, więc ja, jako starsza koleżanka, muszę dbać o jej dobre imię. Czyż kran w sypialni nie jest idealnym pretekstem do dbania o dobre imię? W "Samych swoich" (lub którejś kolejnej części przygód Kargula i Pawlaka) jest taka pamiętna scena, kiedy zatroskany dziadek co chwilę wparowuje do pokoju wnuczki przyjmującej absztyfikanta, symulując zainteresowanie skrzypiącymi drzwiami, radiem, itd., itp. Scena jest wybitnie satyryczna i absurdalna. Efektu satyry i absurdu można byłoby doskonale uniknąć w naszym potencjalnym mieszkaniu na Woli: u Izoldy kolega, a ja całkiem poważnie, żadne śmiechy chichy, mogę dbać o przyzwoitość zaglądając czasem po wodę na herbatę, czasem talerzyk umyć, itd.itp. Pełna powaga plus dobre obyczaje:).

Słaby poziom posta wskazuje na to, że mieszkaniem... jestem zainteresowana. Jeśli oczywiście uznamy za mieszkanie tylko 4 zasadnicze ściany plus otwory okienne i jeden drzwiowy;). Pasuje mi okolica, pasuje kamienica... Remont musiałby mieć postać wielkiego wybuchu i stwarzania świata od nowa, ale byłoby przynajmniej o czym pisać na blogu no i zawsze marzyłam o poważnych zakupach w Lerła Merlę;).

Reasumując, zwracam się z uprzejmą prośbą o trzymanie kciuków za negocjacje. Obiecuję, że jeśli jakimś cudem kupię to mieszkanie, to postaram się o wyższy poziom postów niż tenże tutaj. Ejmen.

21 marca 2012

A może Wolę wolę?

Na początku przygody blogowo-mieszkaniowej zadeklarowałam, że serce mam po stronie praskiej. Jak pokazało życie, serce sercem, a czasem trzeba się rozsądnie przejechać do Piaseczna. Wycieczka do Piaseczna wzmogła jedynie moje przywiązanie do Pragi (oraz humanitarnych warunków bytowania ogólnie) i nie planowałam eskapad w inne rejony Warszawy, jednak głupio mi było odmówić, gdy pojawiła się bardzo uprzejma propozycja obejrzenia mieszkania na Woli. Propozycja zawierała słowa kluczowe takie jak: "kamienica" i "do remontu", więc wybrałyśmy się z Izoldą na zwiedzanie.

Dotychczas Wolę znałam tylko z widzenia i to bez przyglądania. Kojarzyłam "rzeź na Woli", bolesną historię tej dzielnicy, tablice na każdym niemal budynku upamiętniającą, ile osób oddało za to miejsce życie... Znałam przyśpiewkę: "w zrujnowanym lokalu na Woli na harmonii walczyka ktoś rżnie". Reasumując, nie miałam skojarzeń z Wolą, które nadawałyby się na tekst reklamowy do folderu dewelopera. 

Opis mieszkania i kamienicy pozwolę sobie darować, przejdę do meritum. Mieszkanie może mieć różne zalety: może być świetnie skomunikowane, może być położone blisko parku lub sklepów, co kto lubi. Mieszkanie na Woli ma większy plus: mordercę na parterze. Tak, tak, drogie dzieci, mordercę. W kamienicy, którą oglądałyśmy, na parterze, znajduje się zabite dechami mieszkanie. Jak uprzejmie wyjaśnił pan, który nas oprowadzał, należy ono do pana, który siedzi w więzieniu za morderstwo. 

Może ktoś teraz machnął ręką, bo czymże jest jeden trup wobec mieszkańców Woli poległych na wojnie. Jeden trup to rzeczywiście mało, ale nie zawsze liczy się ilość. W tejże kamienicy nie tylko jakiś człowiek stał się zwłokami, dodatkowo został on poćwiartowany i był trzymany w lodówce! Ha! To jest dopiero denat, to jest potencjał towarzyski!

Już to widzę: "Hej, mieszkam obok mieszkania mordercy, może wpadniesz?", "To urocze, że odprowadziłeś mnie pod dom, ale wiesz, tu jest mieszkanie mordercy, mnie się odprowadza dalej...", "Boję się wracać sama, kiedy myślę o tym mordercy...". Itd., itp., natychmiast stało się jasne, że do znanej mi przyśpiewki o Woli dołączyć może powiedzenie "Kto mieszka na Woli ten często swawoli" i poczułam potrzebę nabycia tego potencjału drogą kupna. 

Niestety, w tym miejscu przyszedł czas na "niestety". Mieszkanie jest przedmiotem sporu spadkowego i postępowanie może potrwać. Właściciel zaproponował mi bardzo korzystne warunki przeczekania tej spadkowej zawieruchy, ale kiedy się na nie zdecydowałam, zmienił zdanie. 

Mieszkanie na Woli dało mi niezwykłą możliwość powiedzenia słowa BIORĘ w odniesieniu do mieszkania. Stwierdzam, że to bardzo ekscytujące;). Słowo "biorę" w kontekście mieszkaniowym można chyba spokojnie dopisać do listy Bardzo Ważnych Słów, takich jak: "Mikołaj nie istnieje", "Jestem w ciąży" albo "Musimy porozmawiać".  Mam nadzieję, że BIORĘ w kontekście mieszkania powiem w końcu z lepszym skutkiem;). 

PS. Mamo, "swawolić" to w młodzieżowym slangu "uprawiać gry i zabawy towarzyskie, przeważnie na świeżym powietrzu". Co więcej, o swawoleniu pomyślałam oczywiście w imieniu Izoldy, bo ja to raczej książki czytam w wolnym czasie;).

17 marca 2012

Tykocińska, kamienica - celebrytka

Czy wyobrażacie sobie, co czuje człowiek, który dostaje czułego smsa od obiektu westchnień, a zaraz potem drugiego, z informacją "Oooo, ups! Pomyliłem numery, sorry"? Czy jesteście w stanie postawić się w sytuacji studenta, który dowiaduje się, że dostał z egzaminu "bdb", żeby chwilę potem usłyszeć: "A nie, źle popatrzyłam, pan oblał, to Kowalski ma 5"? No to wczoraj, z okazji piątku, w towarzyskim prajmtajmie, ja to wszystko przeżyłam. Oczywiście w wersji mieszkaniowej.

Tykocińska. W moim prywatnym rankingu: pierwsza trójka wymarzonych lokalizacji. Leniwa atmosfera Sandomierza, proste, eleganckie kamienice z lat 30., cisza, spokój, a jednocześnie rzut beretem do centrum. Mieszkanie zapowiadało się nieźle cenowo i rozmiarowo, poszłam. 

III piętro, okna od podwórza, więc żadnych problemów z urokliwym kościołem znajdującym się przy tej ulicy. Niezła klatka schodowa - w końcu kamienica! Cena wskazywała na stan "do remontu", rzeczywistość zaskoczyła mnie pozytywnie. Ciekawy, autorski rozkład pomieszczeń, sporo przestrzeni, przemili właściciele. Brak balkonu, co jest pewnym minusem, ale minusem do przeżycia. Nawet dzieci właścicieli były słodkie, po prostu raj. Nie raz i nie dwadzieścia razy, słyszałam, jak buty mówią do mnie "mamo!", mówiły już tak torebki i sukienki, regularnie mówi tak do mnie Nutella, ale pierwszy raz powiedziało mi to mieszkanie. Z młodej piersi rwało mi się "Biorę!", ale się powstrzymałam. 

Kiedy już i tak byłam rozanielona i oczarowana, spod kanapy wyskoczył kot, śliczna chudzina. Odruchowo pochwaliłam, na co właścicielka powiedziała: "O, jeśli pani chce, to kot może zostać, słabo dogaduje się z dziećmi". Wtedy zrozumiałam, że jeśli nie ucieknę natychmiast, to okaże się jeszcze, że mają obszerną bibliotekę, którą też mi mogą zostawić oraz kolekcję filmów z Judem Law, że waniliowa herbata się parzy, a w lodówce czeka różowe wino... Zwiałam z postanowieniem, że wrócę. 

W euforii doturlałam się do domu i na tym się kończy ta historia, bowiem w domu czekał telefon od mojej mamy, której Rutkowski mógłby wiązać buty, oraz nieprzebrane zasoby Google - czyli koniec marzeń. Tym razem okazało się, że idealne mieszkanie znajduje się w kamienicy, która ma tak skomplikowaną i śmierdzącą sytuację prawną, że tylko szaleniec mógłby się władować w kupno. Kamienicę można nawet uznać za celebrytkę, bo była bohaterką programu Elżbiety Jaworowicz - właściciel kamienicy pasjami gnębi lokatorów. Sprawa ciągnie się kilkanaście lat i końca na razie nie widać. 

Resztę wieczoru spędziłam na oglądaniu zdjęć tej kamienicy, takich normalnych widoków skąpanej w słońcu ulicy, takich kryminalnych z pikselozą na oknach... Wiadomo, że kobiety lubią niegrzecznych chłopców, ale niegrzeczne kamienice? 

11 marca 2012

A może by tak... Piaseczno?


Tak, tak, cisza na blogu trwała stanowczo zbyt długo. Niestety, nie samym eM żyje eN, choć bardzo by chciała. Prośby i groźby czytelników zostały jednak w końcu wysłuchane.

Ostatniej soboty uskuteczniłyśmy z Izoldą flatwalking na światowym poziomie. Wizyta na targach mieszkaniowych (patrz: post niżej) skłoniła nas do refleksji natury geograficznej: zdecydowana większość inwestycji deweloperskich dzieje się w miejscach, których kompletnie nie znamy, gdyż są to różne podwarszawskie dziury, kojarzone przez nas tylko z nazwy.  Braki uświadomione postanowiłyśmy nadrobić, na pierwszy - oby piekielny - ogień poszło Piaseczno i Osiedle Róż (w tym momencie poczułam potrzebę stworzenia posta na temat nazw osiedli - wyjątkowych koszmarków językowych, ale to musi chwilę poczekać).

Do Piaseczna udałyśmy się kolejką, w celu przetestowania trasy. Bardzo sobie trasę chwalimy. Podróż trwała tyle, ile potrzebne jest na przekartkowanie magazynu "Flesz" nabytego drogą kupna za 50 gr na dworcu Śródmieście. Zaledwie zdążyłyśmy ochłonąć po zapoznaniu się z trendami sprzed dwóch miesięcy, a już Piaseczno przywitało nas mżawką. Urokliwe pierwsze zabudowania widoczne są na zdjęciu na początku posta. Jeśli ktoś zastanawia się, czy mnie urzekła okolica, to niech się przestanie zastanawiać.

Trasa z dworca piaseczyńskiego do cywilizacji piaseczyńskiej wiedzie przez magazyny z sedesami, wypożyczalnię ciągników i koparek, hurtownie betonu i inne lansiarskie centra szopingowe. Z trudem, ale skutecznie, stłumiłyśmy potrzebę zakupienia brodzika i szłyśmy, szłyśmy, szłyśmy... aż w końcu dotarłyśmy do cywilizacji, czyli osiedli szumnie zwanych Słowiczym i Róż. Mniej więcej co drugi balkon oklejony jest zachętami do kupna, do wzięcia są wielkie i małe metraże w szokująco niskich cenach. Okolica przyjemna i zaparkować jest gdzie, co widać na zdjęciu poniżej.

Wszystkim miłym ludziom, którzy już zdążyli zacząć nam współczuć w związku ze zmarnowaną sobotą, śpieszę donieść, że warto było! Plusy są trzy:

- gdyby nie Piaseczno... nie wiedziałabym, że niektórzy ludzie na najładniejszych, najnowocześniejszych, najbardziej wyeksponowanych balkonach potrafią sobie zamontować podwieszaną łazienkową suszarkę. Ten widok - dosyć popularny w Piasecznie - był dla mnie  przekroczeniem granic wyobraźni.
- gdyby nie Piaseczno... nie odkryłabym nowego ważnego wymogu stawianego eM. Pochłonęłyśmy z Izoldą ostatnio pierwszy sezon retro serialu "Friends" i poszukujemy eM z udanymi sąsiadami. Piaseczno odpada między innymi dlatego, że nie spotkałyśmy tam żadnych panów, którzy mogliby być naszymi Joey'em i Chandlerem. W ogólnie nie zauważyłyśmy tam przyjemnych ludzi, ale wiadomo, że jesteśmy skrzywione udanym pożyciem sąsiedzkim na Pradze.
- gdyby nie Piaseczno... nie odkryłabym najlepszego kebaba w woj. mazowieckim. Tu na pewno nie znajdziecie w kebabie gołębia! Niestety...


Powrót z Piaseczna (autobus + metro) zajął nam mniej więcej pół życia. Mniej więcej po 20 minutach jazdy uznałyśmy, że nam się nie podobało. Po 30 minutach zdecydowałyśmy, że nie będziemy obdzwaniały wynotowanych numerów telefonów. Po 40 minutach stwierdziłyśmy, że w sumie jest sobota i w tygodniu jechałybyśmy jeszcze dłużej. Po 50 minutach skończyło nam się jedzenie. Po 60 minutach wiedziałyśmy, że najgorszemu wrogowi Piaseczna nie życzymy.

19 lutego 2012

Know how: targi mieszkaniowe

Po tygodniu ciszy i licznych ponagleniach od fanów, nadszedł czas na wpis niedzielny i to od razu w najbardziej lubianej kategorii "noł hał". Smacznego;).

Z okazji niedzieli udałyśmy się z Izoldą na imprezę dla VIPów - targi mieszkaniowe. Od razu należy zaznaczyć: nie każde targi mieszkaniowe to impreza dla VIPów. Targi, które odbywają się w Pałacu Kultury albo na Torwarze, wyklaskiem dorównują wyprzedaży w Kauflandzie i bywanie na takowych absolutnie nie dodaje prestiżu. Targi dla prawdziwych snobów odbywają się w hali EXPO XXI przy Prądzyńskiego. O randze imprezy najlepiej świadczą warunki dojazdowe: jeśli ktoś nie ma solidnej terenówki, a jeszcze lepiej - własnego śmigłowca, nie powinien nawet myśleć o takiej wycieczce. My zaryzykowałyśmy tylko dlatego, że zwykle o tej porze roku bywamy na wyjazdach survivalowych na Antarktydzie, więc brodzenie po pas w mokrym śniegu to dla nas standard. Do boju zagrzewały nas też okrzyki lokalnych meneli: "jakie ładne dziewczyny, zupełnie jak Miss Polonia"!

Co należy wiedzieć przed udaniem się na targi:

1. Targi, jako impreza dla VIPów, tanie nie są. Wjazd kosztuje 15 zł od łebka plus po 2 zeta za szatnię. Za równowartość takiego jednoosobowego wejścia można było zjeść wyrafinowany obiad w wietnamcu przy pl. Zbawiciela (lub mniej wyrafinowany obiad w rzeczonym wietnamcu, za to z piwem), można było kupić 9 bajaderek w przejściu podziemnym przy Metrze Centrum i zjeść, patrząc na reklamy z Davidem Beckhamem (i jeszcze by reszta została). W ostateczności można było sobie za to kupić dwa piwa w Lorelei i mieć po nich taki urok osobisty, że do tego trzeciego ktoś by się dorzucił. W obliczu tak wielu tak atrakcyjnych sposobów upłynnienia tych 17 zł (od osoby!) postawiłyśmy na targi mieszkaniowe. 

2. Na targach należy wyglądać. Z okazji targów mieszkaniowych wszyscy deweloperzy, tudzież banki polujące na potencjalnych kredytobiorców, do obsługi stoisk zatrudniają osoby zajmujące się zwykle mówieniem "siedzę na koniu" w środkach masowego przekazu. Naturalną reakcją na widok stoiska DOMY W SULEJÓWKU jest wciągnięcie brzucha, wypięcie biustu i gwałtowna potrzeba bliższego zapoznania się z ofertą, choćby nie wiem jak bardzo nie wpisywała się w cel wyprawy na targi. To oczywiście tylko jedna opcja, druga jest nieco smutniejsza: podchodzi człowiek do stoiska, bo niestety musi, ale zupełnie nie zwraca uwagi na treść przekazu, bo wychodzi on z tak perfekcyjnych ust tak perfekcyjnej jednostki płci żeńskiej, że jedyna myśl to "Po co mi to mieszkanie, przecież powinnam się odessać. I naciągnąć. Ewentualnie zabić".

3. Krówki. Na prawie każdym stoisku na targach znajduje się miseczka z krówkami. Krówki zapakowane są w papierki z logo dewelopera/banku, a w krówkach są narkotyki. Inaczej  nie umiem wytłumaczyć tego fenomenu. Widziałyśmy stoiska z delicjami, jabłkami i cukierkami typu mini - skazane na porażkę. Krówki to co innego. Przy kilku pierwszych stoiskach człowiek próbuje zachować się z klasą, czyli "widzę krówki, ale nie po to tu jestem". W końcu nadchodzi moment, kiedy ręka sama wpada w miski, a skoro już wpada - to czemu nie? Potem zwiedzanie przestaje mieć porządek geograficzny czy jakikolwiek inny logiczny (np. o, tam jest Ochota, idziemy), a zaczyna mieć porządek krówkowy (o krówki, idziemy), co kończy się tym, że spędza się długie minuty na symulowaniu zainteresowania inwestycjami w Ożarowie Mazowieckim.

4. W punkcie 4 spotyka się punkt 2 i 3, czyli z krówkami należy uważać w związku ze zbyt atrakcyjną obsługą stoisk. Krówki plus obsługa to dwa potencjalne zagrożenia:  
- kiedy trafia na atrakcyjną panią - człowiekowi krówka staje w gardle, a w głowie włącza się licznik kalorii, czego efektem jest depresja i wzmożone ciśnienie na kolejne krówki, "bo moje życie i tak nie ma sensu"
- kiedy trafia na atrakcyjnego pana - głupawy mimowolny uśmiech w przypadku posiadania krówki w ustach może się skończyć wyjątkowo lepkim oślinieniem. Bardzo, bardzo mało seksi. Świadomość popełnionej wtopy zmusza do wzmożonego poszukiwania krówek, "bo moje życie i tak nie ma sensu"

5. Powrót z targów oznacza przydźwiganie do domu 10 ton makulatury, którą można po drodze zgubić, ewentualnie spalić w celu ogrzania się w czasie kilku godzin czekania na autobus na totalnym końcu świata, w ostateczności dotargać do domu w celu rzucenia w kąt lub zapoznania się z zawartością tych wszystkich prospektów. Osobiście postawiłam na wariant "dotargać do domu i rzucić w kąt", ale kto wie, może dojdzie do zapoznania z zawartością. Z pewnością dam znać na blogu;). 

12 lutego 2012

Nie ma cwaniaka na olsztyniaka

Czas na wyjawienie małego sekretu: tydzień temu znalazłyśmy mieszkanie idealne. Kamienica, ładna klatka schodowa, dobry metraż, urokliwa ulica, świetny widok z okna, itd., itp. Nawet na pośredniczkę nie można było nawrzucać, bo akurat miała jakiś dziwny paraliż twarzy i nie mogła chrzanić głupot (czyt. zachęcać do kupna). Cena niestety była z lekka za wysoka, ale wtedy przystąpiłam do negocjacji i okazało się, że jak rozmowa dotyczy pieniędzy w kwocie sześciocyfrowej to nawet mnie można traktować poważnie. Negocjacje zatrzymały się w punkcie wszechstronnie satysfakcjonującym, dziś przyjechały najwyższe władze, czyli moi rodzice, potwierdzili moje pozytywne odczucia na tle mieszkania, dogadaliśmy sprawę cenę, podpisaliśmy co trzeba i teraz nic, tylko załatwiać kredyt i się przeprowadzać. Czyli koniec blogowania, moi drodzy;((.

Taaaa, jasne. Wróćmy do fragmentu: "przyjechali moi rodzice".

Przyjechali moi rodzice, pojechaliśmy do potencjalnego eM. Okolica, budynek - wszystko bardzo w porządku. Klatka schodowa - ok. Wchodzimy do mieszkania, a tu pan właściciel, którego twarz musiała być inspiracją dla człowieka, który wymyślił Mario, mówi, podkręcając wąsa, że ma pewnych absolutnie zdecydowanych klientów, więc cena urosła nagle. Nawet nie chce mi się zastanawiać, gdzie sens, gdzie logika, skoro ktoś chce już to kupić i to drożej, to po kiego grzyba ten Mario traci czas na spotkanie z nami? Sprzedałby i już, rany. Co to za wioskowa strategia marketingowa?! W czasie zwiedzania okazało się dodatkowo, że wyposażenie mieszkania, które było w cenie, nagle przestało być w cenie. Reasumując: w wyniku negocjacji cena stała się wyższa od wyjściowej. Fascynujące.

Gdyby w tej imprezie nie brali udziału moi rodzice, ludzie na poziomie, załatwiłabym to tak, jak nauczyłam się na Pradze, ale trzeba było zachować fason.

Zauważyć należy tu pewną interesującą prawidłowość. Mnie krew zalała, kiedy Mario ujawnił swoje żenujące cwaniackie zapędy, wywindował cenę wbrew wcześniejszym ustaleniom, wywindował ponad poziom, którego powinnam się trzymać, itd. No ale ja jestem tylko zwykłym spłacaczem przyszłego kredytu. Moja mama zaś, kobieta z fantazją, rozmachem i wymaganiami, oraz pozbawiona przemyśleń na tle kredytu, stwierdziła, że mieszkanie jest za ciasne, w łazience jest kawałek widocznej rury i że w ogóle to nie to, całkowicie abstrahując od ceny. Nigdy tak bardzo nie odczułam, ze punkt widzenia zależy od punktu siedzenie - w moim wypadku punkt widzenia zlokalizowany jest na krzesełku bankowego petenta. 

W momencie, kiedy jak dla mnie niezbędne stało się wyjęcie noża z kieszeni, przypadkiem wyszło w rozmowie, że w celu pokazania mieszkania Mario przyjechał z Olsztyna, z tego samego Olsztyna, z którego przyjechali moi rodzice! Swój chłop, panie! Łzy, uściski, wzruszenie. Pośredniczka nagle przypomniała sobie, że jej matka i siostra też pochodzą z Olsztyna, w ogóle taki niesamowity zbieg okoliczności, że hoho (pośredniczce naturalnie nie wierzymy ani trochę).

W atmosferze ogólnego wzruszenia pożegnaliśmy się miło (ach, ta upupiająca obecność rodziców), powstrzymałam przemożną chęć porysowania pośredniczce samochodu i pojechaliśmy do Ikei, bo już zdążyłam zapomnieć, że Szwedzi to psychopaci, zboczeńcy i naziści.

Bardzo przepraszam za niehumorystyczny wpis, mam nadzieję, że moje następne rozczarowanie będzie zabawniejsze;).

9 lutego 2012

Know how: czytanie ofert

Flatwalking to najlepsza opcja poszukiwań, najlepsza głównie dla pośladków i łydek, czasem jednak nie jest wystarczająco satysfakcjonująca, jeśli chodzi o samo szukanie mieszkania. Wtedy na pomoc przychodzi internet i nieskończenie wielki zbiór ogłoszeń typu "sprzedam", jednak tutaj także liczy się plan, precyzja i technika.

Pominę opis etapów przygotowawczych (włącz komputer, podepnij się pod neostradę sąsiada, kliknij ikonkę z takim dziwnym niebieskim "e") oraz czynności towarzyszących (zrób sobie herbatę, przygotuj orzeszki, czekoladę lub kanapki ze smalcem - co kto lubi) i przejdę do meritum.

Stron z ogłoszeniami jest wiele i żadna nie zasłużyła na reklamę, więc jeśli ktoś potrzebuje namiarów to proszę o kontakt prywatny lub informację w komentarzu (naprawdę jest ktoś taki?!). Każda strona posiada mniej lub bardziej zaawansowaną wyszukiwarkę, w którą wpisujemy swoją listę życzeń (np. trzy pokoje, piwnica, basen na dachu), a stronka usłużnie wypluwa nam wyniki. Patrzy człowiek na te wyniki i głupieje, o ile nie jest moją mamą biegłą w poszukiwaniu mieszkań w necie. Spokojnie, ciocia eN pokaże teraz, jak się te wyniki interpretuje. 

Pierwsze założenie badawcze: ogłoszenia z reguły piszą pośrednicy nieruchomości, którzy może nie są tak do końca analfabetami, ale słownictwo mają bardzo ograniczone. Jako humanistka i pedagog (buhahaha) uważam, że to przykre, jako poszukiwaczka mieszkania sądzę jednak, że to ich spora zaleta. Opanowanie języka ogłoszeń zajmuje jakieś 15 minut, poniżej słownik najważniejszych pojęć. 

- mieszkanie z potencjałem = ruina
- do własnej aranżacji = ruina
- do odświeżenia = ruina
- do remontu = nie nadaje się do użytku, można wjechać w nie koparką bez oglądania
- ciekawy rozkład = jeśli ktoś lubi wchodzić do kuchni przez łazienkę
- czyste, zadbane = mieszkanie emeryckie, urządzone w czasach, kiedy olejna w łazience to był standard, a o Ikei nawet Szwecja jeszcze nie słyszała
- balkon = w ostateczności będzie gdzie zapalić papierosa
- duży balkon = można zapalić z kolegą
- loggia = nadal balkon, ale brzmi zajebiście

o lokalizacji: 

- klimatyczna = kup bejsbola lub gaz pieprzowy, nie wychodź po zmroku
- spokojna = zadupie
- zielona = zadupie
- łatwy dojazd do centrum = trzy godzinki i jesteś!
- dobra infrastruktura = trzy punkty usługowe na krzyż, więc jak Cię przyciśnie parcie na żarcie to na czeksę wybulisz 50 zł
- blisko szkoła, przedszkole, itd. = hałas, przeklinanie, wojny gangów, jakby tego człowiek miał mało w pracy

o budynku:

- odświeżony = podłe blokowisko
- po remoncie = podłe blokowisko
- po renowacji klatki schodowej, wymienione piony = podłe blokowisko
- będzie remontowany = uwaga na spadający tynk, nie zbliżać się do balkonów!
- bezpieczny =  na klatce schodowej co pół metra kraty, bramki, kraty, kraty, kraty, kraty w oknach, kraty wszędzie, niestety, nie w lodówce

informacje dodatkowe:

- w mieszkaniu zostaje wyposażenie = właściciel zostawia stare graty, bo głupio mu na śmietnik wynieść
- kafelki starego typu = nie zaglądaj do łazienki
- widok na panoramę miasta = ostatnie piętro w blokowisku, w zimie dach przecieka, w lecie można się udusić

Bonus językowy, już nie ogłoszeniowy:

W jednym z mieszkań pośrednik pięć razy powiedział "nie ma tu żadnego robactwa". Taki komunikat w takim natężeniu zawsze odczytujemy odwrotnie i żegnamy się miło, ale natychmiast.

I jeszcze: zdjęcia!

- brak zdjęć = ruina, na dodatek pośrednik tam nawet nie był, więc nie wie nic o mieszkaniu, nie warto dzwonić z pytaniami
- zdjęcia okolicy = mieszkanie nie nadaje się do pokazania
- zdjęcia jednego pomieszczenia = inne nie nadają się do pokazania
- skan planu mieszkania = mieszkanie nie nadaje się do pokazania

Na koniec prezent, konkurs: Ile koni widzisz? Bardzo proszę wnikliwie zapoznać się z galerią tego ogłoszenia: 


Miłego wieczoru;)

7 lutego 2012

2in1, Askenazego i Krasnobrodzka

Pani G. zna Pragę Północ jak własną kieszeń, a zwłaszcza Bródno, każdy kamień, tu - ooo tu! - było jej pierwsze mieszkanie, na Malborskiej. Ten sentyment to jednak zostaje, pierwsze własne mieszkanie. Cała Praga jest jej jednak bliska, tę okolicę, Askenazego, też zna. Tu jest świetny bazarek, a po drodze mijały panie piekarnię, pięknie tam pachnie. Panie nie czuły żadnej piekarni? Niemożliwe, na pewno panie czuły.

O, tu jest weterynarz. O, pani G. kocha zwierzęta. Ma dwa psy, wcześniej były jeszcze dwa koty, ale jeden sobie poszedł, a drugi zwariował. Zaczął wszystko obsikiwać, ale to wszystko, firanki nawet. Pewnie stres, bo mieszkanie zmienili. Szkoda kota, ale trzeba było oddać.

To mieszkanie jest świetne, naprawdę, najgorszą część remontu właściciele wzięli na siebie, znacznie mniej sprzątania pani będzie miała. O, pani G. wie, co to jest remont i bałagan. Dopiero co u siebie miała, nawet człowiek na chwilę zatrzymać się nie mógł i pomyśleć, już był cały w tym pyle. I elektrykę wymienili, dobrze. Tu to nawet łatwe było, bo to nowsze budownictwo, u niej przebić się przez płytę to było hohoho, taka robota. Tutaj widać, że dobra ekipa była, żadna tam prowizorka właściciela. To po kontaktach widać najlepiej. Elektryka to jest ważna sprawa, chociaż to bzdura, że jak się wrzuci suszarkę do wanny to człowieka zabija, szybciej korki padną, niż coś się komuś stanie. Za to kontakt - o, tu trzeba ostrożnie. Raz pani G. chciała poprawić kontakt, bo odstawał od ściany, to ją popieściło jak cholera.

To wsiadamy, wsiadamy, zmieścimy się. Na pewno się zmieścimy, bo ten samochód to wszystko zniesie. Ostatnio pani G. kupiła szafki i poprosiła ochroniarza, żeby jej do samochodu wsadził, a on na to, że się nie zmieści, a ona mu mówi, panie, nie takie rzeczy już ten samochód...

Jedyne, co z Izoldą pamiętamy z oglądanych dziś mieszkań to to, że Krasnogrodzka (czy jakoś tak), jest cholernie daleko, że jest tam pole, kościół i księżyc w pełni, a w oddali widać światła Saturna. Niby tylko sklep, ale do księżyca pasuje. Pamiętamy też ulgę, którą poczułyśmy wysiadając z samochodu pani G. Pani G. z pewnością nie przerwała monologu, a my poszłyśmy do punktu Lotto, kupiłyśmy zdrapki, nie wygrałyśmy nawet marnych 2 zł, co nas bardzo ucieszyło, bo znaczy, że mamy szczęście w miłości, następnie kupiłyśmy cukierki marki Michałki w czterech odmianach smakowych i poszłyśmy na bardzo długi spacer. W milczeniu.

6 lutego 2012

Łojewska, czyli Bródno vol.2

Największą wadą N-o jest skłonność do dawania kolejnych szans. Do tej pory ułomność ta utrudniała jej jedynie życie towarzysko-uczuciowe, teraz z zapałem komplikuje poszukiwania eM. W dzisiejszym odcinku: Bródno po raz drugi, bo jednorazowa niechęć do tej dzielnicy to za mało.

Ulica Łojewska... Zobaczyłam tę nazwę w całkiem interesującej ofercie (trzy pokoje, osobna kuchnia, po remoncie) i nie powiedziała mi ona nic. Mapa podpowiedziała, że ta Łojewska końcem świata nie jest, więc warto zobaczyć. I ja jej, głupia, uwierzyłam. 

Dramatyzm sytuacji pogłębia fakt, że na Łojewską wybrać się musiałam sama, gdyż Izolda postanowiła pouprawiać w tym czasie pracoholizm. Wtedy, tydzień temu, miało to niby swój sens, bo eM to jedno, a na wyprawę do Ikei ktoś zarobić musi, ale byłyśmy wczoraj na "Dziewczynie z tatuażem" i nasz stosunek do Ikei uległ zmianie. Od kiedy wiemy, że wszyscy Szwedzi to naziści, zboczeńcy i psychopaci, nie nosimy spodni "szwedów", nie słuchamy Abby, a katalog Ikei przestał być obiektem kultu. Gdybym miała Volvo... Mniejsza z tym. 

Na zewnątrz temperatura osiągnęła poziom zamarzania wódki, w autobusie była niewiele wyższa, a Łojewska okazała się być bardzo daleko. W połowie tego "bardzo daleko" uznałam, że jest już za daleko i nie jestem zainteresowana tym mieszkaniem, ale co miałam robić, pojechałam dalej.

Ulica Łojewska zabudowana jest blokami, które podobno są unikatem w Polsce (obstawiam, że na świecie też, bo skoro nawet w Polsce nikt się z tym nie wygłupiał na dłuższą metę, to niby gdzie?!). Po pierwsze, pozornie całkiem normalny budynek ma bardzo dużo klatek schodowych. Po drugie, do każdej klatki prowadzą wąskie, wysokie schodki, jak do kurnika (albo bardziej romantycznie: jak do chatki Baby Jagi). Po trzecie, klatka schodowa jest spiralna. Tak, drogie dzieci, spiralna. Ja byłam zachwycona i waliłam foty jak nawiedzony japoński turysta, ale właściciel mieszkania, które przyjechałam obejrzeć, sprowadził mnie na ziemię informacją, że po tych schodach praktycznie nie da się nosić mebli, windy brak i mieszkańcy bloku przeklinają twórcę tego cudu w żywe kamienie. Ochłonęłam więc szybko i rozpoczęłam zwiedzanie potencjalnego eM.

Od czasu wizyty w tym mieszkaniu zastanawiam się, co może u normalnego człowieka wywołać takie zaburzenie proporcji, jak to ma miejsce na Łojewskiej. Jakaś choroba genetyczna? Plamy na słońcu? Łojewską wybudowano za Gierka (tudzież Gomułki), na grzybkach nikt chyba wtedy w Polsce nie leciał, a zwykła wódka takich efektów nie daje. Po długim bloku i wąskich klatkach schodowych, po wysokich schodach, przyszedł czas na małe okienka. U producentów okien Łojewska musi mieć własną linię, bo tak niewymiarowych okien normalnie się chyba nie produkuje. Dodatkowo wiszą na jakiejś dziwnej wysokości, osoba mojego wzrostu (1,75 cm) musi się do nich lekko schylać. 

Skoro o schylaniu mowa: łuki. Jedyne łuki, jakie uznaję to brwiowe, ewentualnie takie, z których da się strzelać. Z łuków znajdujących się na Łojewskiej strzelić by się nie dało, ale bez problemu można by się było strzelić głową w taki łuk, o ile głowę ma się powyżej 1,60 cm. Uprzejmy pan, który mnie oprowadzał, nie zamieszkiwał tego dziwnego lokalu, to było mieszkanie jego świeżo zmarłej teściowej, więc nie wypadało pytać, czy była krasnalem. 

A skoro już jestem przy umieraniu. Bezcenna wymiana zdań:

eN: A jak tu się mieszka? Dobrze? Sąsiedzi spokojni?
Uprzejmy pan: Tak, bardzo spokojni, sąsiadka z naprzeciwka na pewno niedługo umrze. 

Zgroza. 

Ponieważ 15 minut w tym miejscu wystarczyło, żebym poczuła się jak Gargamel w wiosce Smerfów, pożegnałam się na zawsze i ruszyłam do domu, co w tych warunkach atmosferycznych przypominało wyprawę z jednego bieguna na drugi. O pogodzie wspominam po raz kolejny, ponieważ niedługo potem miałam przyjemność pokonferować z jakąś panią pośrednik, która intensywnie namawiała mnie na mieszkanie na Bródnie, zachwalając każdą ulicę, blok, studzienkę, psią kupę. Kiedy doszła do Łojewskiej w tym swoim hymnie na cześć dzielnicy, a ja powiedziałam, że już widziałam tę okolicę, wykrzyknęła radośnie: "Och, to już pani wie, jak tam jest pięknie! Cudowne lipy!". Darowałam sobie komentarz, że żadnych lip nie zauważyłam, prawdopodobnie dlatego, że górne rzęsy przymarzły mi do dolnych, a poza tym ja Łojewską nie szłam, tylko walczyłam tam o przetrwanie...

Morał z tego taki: mieszkania w zimie kupują tylko głuptaki.  

4 lutego 2012

Toruńska, byłaś serca biciem

W mieszkaniu przy Toruńskiej przecięły się drogi Izoldy, pani E., moje.. oraz pewnego wielkiego psa i gromady innych oglądających. Drobna uwaga dla wszystkich wyłudzaczy prowizji: gromadzenie w jednym czasie kilku oglądających jest totalnie beznadziejne. Jeśli jest to chwyt marketingowy, który ma na celu wywołanie wrażenia ogólnego pożądania (pożądania mieszkania, nie wzajemnego pożądania oglądających) to nie działa. Jeśli to wynik wygodnictwa i lenistwa (w pół godzinki odwalę 15 osób, a potem chill out) no to po prostu wstyd, pani E.!

To teraz może od początku. Mieszkanie 3-pokojowe, blok (niestety), niezła cena, rozsądna lokalizacja. Pani E. podekscytowana jakby to była nasza pierwsza randka, towarzystwo Izoldy nie ostudziło jej zapału. Na schodach Miss Agent poinformowała, że w mieszkaniu są inni oglądający. Zapach już w drzwiach powiadomił, że jest też pies. Wbiłyśmy się w ścisk, stanowiący skrzyżowanie kolejki po mięso i wystawy wyjątkowo niszowego malarstwa, bo wszyscy rozglądali się po ścianach. Z oglądania wyłączona była mniejsza sypialnia, ponieważ tam czaiła się bestia, czyli pies. Tłumkiem dowodziła pani E. pokrzykując: "Jaki metraż! Jaki rozkład! Jaki potencjał!". Z szaleńczą ekspresją, za którą powinna dostać rolę w "Dlaczego ja?", wskazywała kolejne pomieszczenia i coraz atrakcyjniejsze rozwiązania: "Tu się zrobi podwieszany sufit! Tam halogeny!". 

Wstyd się przyznać - dałyśmy się uwieść. Fantazja ruszyła galopem i wieczór spędziłyśmy z katalogiem Ikei, planując, planując, planując... 

... Z kuchni (str. 6-7 katalogu IKEA) wychodzi atrakcyjny, szczupły brunet z trzydniowym zarostem, trzymając tacę z kawą, świeżymi rogalikami i Nutellą. Mija salon inspirowany amerykańskimi serialami z lat 90., łazienkę w relaksującym stylu SPA, wchodzi do sypialni... 

STOP. To się oczywiście wszystko dzieje po ślubie, mamo:).

A potem trzeba się było obudzić, pani E. zadzwoniła z komunikatem: "Pani N-o, mieszkanie się sprzedało, ale to nic, pani N-o, szukamy dalej, pani N-o!". 

Życie.

3 lutego 2012

Know how: flatwalking

Sposobów na zdobycie mieszkania jest kilka: można się w takowe wżenić lub wmężowić. Można odziedziczyć lub wygrać. Ukraść jest pewnie trudno, ale kto wie. Sposób najbardziej oklepany: kupić. Na ten właśnie sposób jestem skazana.

Kupowanie jest procesem wieloetapowym. Pominę psychologiczne studium etapu podejmowania decyzji czy dramatyczny, a nawet kryminalny, wątek walki o kredyt. Dziś skoncentruję się na szukaniu.

Do szukania służą zorganizowane grupy przestępcze: biura pośrednictwa (patrz: pani E.), portale ogłoszeniowe, słupy ogłoszeniowe, przystanki autobusowe, plotki na dzielni i wśród znajomych... Jest też flatwalking i nieskromnie powiem, że chyba jestem autorką pojęcia.

Flatwalking polega na tym, że idzie człowiek, patrzy i wychwytuje wszystkie okna i balkony, na których jest informacja "NA SPRZEDAŻ". W wypadku znalezienia takowego numer zapisujemy lub natychmiast wykonujemy telefon, co może przynieść skutek w postaci oglądania potencjalnego eM. Flatwalking można nieopatrzenie uznać za spacer, lecz nic bardziej błędnego! Flatwalking wyklucza spontaniczność, jest to precyzyjny proces przeczesywania miasta. To sport miejski, bardziej wyczerpujący niż nordic walking, bo w nordic się po prostu idzie, a we flat trzeba jeszcze zachować czujność. Rewelacyjnie rozwija mięśnie nóg, pośladków i szyi, ćwiczy spostrzegawczość. Uprawiany na Pradze grozi utratą zdrowia i życia, uprawiany przy temperaturze -20 grozi świadczy o braku rozumu.

Wraz z Izoldą uprawiamy tę wyrafinowaną dyscyplinę sportową w weekendy, jak na razie bez spektakularnych efektów w postaci znalezienia eM, ale...

Plusy flatwalkingu:

- zrozumiałam sens istnienia kaloszy (zanim nie przyszły siarczyste mrozy można się było utopić na praskich ulicach)
- zdążyłam opowiedzieć Izoldzie całe swoje życie i usłyszeć wzajemnie jej historię
- dowiedziałyśmy się, że jesteśmy śliczne. Jakaś miła kobieta na Bródnie zaczęła wydawać na nasz widok okrzyki zachwytu, ponieważ obie miałyśmy mufki. Nie będę tłumaczyła, co to są mufki, wyjaśnię tylko, że było minus milion stopni i bez tych akcesoriów odpadłyby nam ręce
- poznałam takie miejsca Pragi, o jakich mi się nawet nie śniło. Targówek i Bródno okazały się dla mnie zupełnie dziewicze

... i nie są to żadne śmiechy-chichy! Gdybym wpadła na flatwalking wcześniej niż zaczęłam przeglądać oferty, Łochowska nigdy nie pojawiłaby się w mojej historii poszukiwań. Teraz już wiem, że tamten rewir jest skreślony forever, no chyba, że jakaś bomba atomowa sprzątnie ten syf, ale wybierając numer pani E. nie miałam o tym pojęcia. Flatwalking sprawił, że mam długą listę ulic, które omijam szerokim łukiem i jest to fantastyczna oszczędność czasu. Flatwalking sprawił też, że mam swój mały fetysz: odkryłam i pokochałam ulicę Askenazego.  Brzmienie tej nazwy przyprawia mnie o dreszcze.

Dlatego też, mimo iż mróz jest nieludzki, dwie nieustraszone poszukiwaczki eM ruszą jutro na praskie ulice. Najprawdopodobniej będziemy ciągnęły za sobą koksownik. Ahoj przygodo!

2 lutego 2012

Chodecka - nowy koniec świata

Ulica Chodecka wywołała u mnie uczucia mieszane. Dobra cena, niezły metraż, ale układ pomieszczeń uniemożliwiający montaż szafy gdziekolwiek tudzież postawienie kociego szitboksa w przedpokoju. Mieszkanie w trakcie generalnego remontu, ale w paskudnym blokowisku.

Reasumując: Chodeckiej mówię stanowcze noł łej, ale pozwolę sobie na małą refleksję na temat Bródna. 

Bródno... zauważalny całkowity brak klimatu Pragi przy jednoczesnym intensywnym zagęszczeniu atmosfery rodzinnej. Szerokie ulice, szerokie chodniki, szerokie trawniki - ktoś z chińskim kompleksem wymyślił tę okolicę. Chodecka to ulica doskonała do spacerów z dziecięciem tudzież psem, jednak przy braku takich artefaktów co zostaje? Dojazd do pracy metodą "autobusem do tramwaju - tramwajem do do metra - metrem do centrum"? Ból istnienia przy płaceniu za taksówkę? 

Czy mój artystyczny duch i wrodzona potrzeba chaosu odnajdzie się w tej sypialni Warszawy? Czy taką okolice można pokochać? Moja zdolność kredytowa każe mi się nad tym poważnie zastanowić, ale wszystko w środku krzyczy NIE.

Brechta, czyli rzut beretem od spełnienia marzeń

Moje marzenia mają konkretny adres: plac Hallera. Miejsce to zupełnie nieświadomie lekceważyłam, mijałam bezrefleksyjnie przez długi czas, aż w moim życiu pojawił się kot. Razem z kotem pojawił się weterynarz, a z weterynarzem plac Hallera. W pewną ciepłą, majową sobotę roku pańskiego 2011 byłam zmuszona spędzić pod gabinetem owego weterynarza upojne dwie godziny. Bilans tych dwóch godzin: zaszczepiony kot i myśl, że plac Hallera to najpiękniejsze miejsce na świecie, łączące w sobie najlepsze cechy Pragi Północ, starej Ochoty, Wrocławia nawet. Miejsce, w którym spełniają się marzenia, życie staje się bajką, a z kranów leci Nutella.

Plac Hallera był naturalnie moją pierwszą myślą, gdy postanowiłam znaleźć eM. Mieszkanie przy Brechta znalazło mnie właściwie samo. W pewien niedzielny poranek, umówione na oglądanie bezpośrednio z właścicielką (to cenne!), uzbrojone w kalosze i mnóstwo dobrych przeczuć, ruszyłyśmy z Izoldą na spotkanie przeznaczenia. 

Mogłabym napisać książkę o naszych romantycznych rojeniach na tle tego mieszkania, o nadziejach, marzeniach, itede, itepe. Na wszelki wypadek przejdę jednak do konkretów. 

Najpierw zobaczyłyśmy kraty w oknach - zwyczaj, z którym trudno nam się jest pogodzić, ale w parterowych mieszkaniach to niestety standard. Klatka schodowa typowa dla kamienicy, całkiem przyjemna. Rozglądałyśmy się właśnie nieśmiało, gdy dobiegł nas przytłumiony głos zza krat, które ja uznałam za wejście do piwnicy. Nic bardziej mylnego. Właścicielka otworzyła kraty, drzwi, podejrzewam, że musiała też zeskanować linie papilarne i pokonać milion innych zabezpieczeń, żeby nas wpuścić. 

Przemilczę fakt, że mieszkanie miało się składać z dwóch pokoi, a okazało się, że ma salon i ... coś w rodzaju (i rozmiarze) spiżarni za kuchnią. 

Kraty w oknach, drzwiach i wielki pies, kazały mi zapytać uprzejmie, czy dobrze i spokojnie się tu mieszka. Odpowiedz była oczywiście twierdząca, zupełnie nie wiem, czemu podejrzewałam, że co noc mają tu napady z bronią w ręku.

Diagnoza dla placu Hallera na dziś: poza zasięgiem. Na sprzedaż są tam jedynie mieszkania albo bardzo duże, albo ze spiżarnią zamiast pokoju. Mała korekta marzeń, taki lajf. 

Łochowska, czyli z gówna pałacu nie ulepisz

Kto wie, co to znaczy Łochowska - zapewne drży. Kto nie wie, niechaj nastawi się na krew, pot i łzy...

Mieszkanie na Łochowskiej wydawało się interesujące dopóki stanowiło abstrakcyjną ofertę biura pośrednictwa. Lokalizacja: Praga Północ - plus! Metraż i cena - marzenie! Do remontu - fantastycznie! Blok...? Cóż, może da się przeżyć. Nie parter i nie ostatnie piętro, balkon jest, spoko loko, dajmy sobie szanse, może będzie serca bicie. 

W celu obejrzenia Łochowskiej musiałam się skontaktować z pośredniczką, panią E. Z panią E. proszę się szybko oswoić, będzie wracała jak łupież recydywista, jak depresja wiosenna, jak wiatry po fasolce. Pani E. reprezentuje dużą firmę, której nazwę litościwie przemilczę, i w małym paluszku lewej stopy ma wszystkie socjosztuczki świata. Pani E. ściska mi dłoń przy każdej okazji, ani słabo, ani mocno, idealnie. Patrzy w oczy, potakuje każdemu słowu z życzliwym półuśmiechem. Zwraca się do mnie w wołaczu, brawo, ale dlaczego w każdym, ale to w KAŻDYM zdaniu? "Dzień dobry pani N-o, to jest mieszkanie pani N-o, tu się wchodzi pani N-o". Pochwaliła moje imię przy pierwszym użyciu - moje rozpasane ego pozwala mi przyjąć, że odmiana tegóż imienia przez przypadki sprawia jej po prostu wściekłą przyjemność. No to niech ma, a co tam, w sumie nie przeszkadza mi ta jej słowna masturbacja moim imieniem. 

Łochowska według pani E. to czarująca okolica, interesujący mix kamienic i bloków, mnóstwo zieleni, och i ach. Nic tylko uprawiać romantyczne spacery z psem, narzeczonym, bejbikiem... Blok - to  brzmi groźnie, ale wg pani E. ten blok to coś więcej niż zwykły blok! To bombonierka, cudeńko lśniące jak miliony monet! Na klatce schodowej czuć oczywiście jeszcze zapach farby, dzięki puszystym dywanom nie słychać stukotu obcasów na marmurowych posadzkach, łał. Mieszkanie do remontu, ale jaki rozkład! Brakowało mi tylko informacji, dlaczego pani E. sama nie przyjęła tego prezentu od losu, ale wolałam nie pytać, po prostu umówiłam się na oglądanie. 

Los okazał się dla pani E. przewrotny. Zanim nadszedł dzień umówionego oglądania, krnąbrna klientka eN wespół z krnąbrną wspólniczką Izoldą, samowolnie wybrała się na spacer w tę czarowną okolicę, a mieszkanie samo zaprosiło gigantycznym banerem "NA SPRZEDAŻ". 

Najpierw okolica. Styczeń to nie jest najpiękniejszy miesiąc w kraju nad Wisłą, więc nie oczekiwałyśmy wiele, ale na Łochowskiej pora roku nie ma większego znaczenia. Romantyczne spacery... w towarzystwie bejsbola i gazu pieprzowego - jak najbardziej. Jeśli jakiś mieszkaniec Wałbrzycha tęskni za rodzinnymi stronami - Łochowska zaprasza. 

Niestrudzone poszukiwaczki Magicznego Domku okolicy się nie przestraszyły i przekroczyły bramy raju. W bramie raju, a konkretnie w obskurnej windzie, czekał na nie mieszkaniec tego śmierdzącego przybytku. Pan z klasą, zapytał, na które piętro panienki sobie życzą, ale jak usłyszał, że na drugie, jak dopytał, w jakim celu, wywiózł bohaterki tego dramatu na dziewiąte i powiadomił, że nigdy w życiu nie kupiłby mieszkania na drugim, tu cytat: "Tam same kurwy i złodzieje mieszkają, był jeden diler, ale się zaćpał albo go policja zastrzeliła...". 

Zachęcone tą reklamą ruszyłyśmy na drugie, gdzie powitał nas intensywny zapach kapusty, w skrócie: potężny smród. Drzwi otworzyła nam mała romska dziewczynka. Za małą romską dziewczynką wyrosła jej równie romska mama. W mieszkaniu, które okazało się wynajmowane od lat przez bardzo liczną romską familię, zapanował popłoch straszliwy. Z każdego pomieszczenia wyskakiwali kolejni jej członkowie, których szybko przestałyśmy liczyć. Mieszkanie nie jest do remontu - należy je kupić i wjechać w nie koparką, ewentualnie całość wysadzić jakoś umiejętnie, żeby się ściany zewnętrzne ostały. 

Jedna lokalizacja stanowczo wykluczona, jedziemy dalej.