19 lutego 2012

Know how: targi mieszkaniowe

Po tygodniu ciszy i licznych ponagleniach od fanów, nadszedł czas na wpis niedzielny i to od razu w najbardziej lubianej kategorii "noł hał". Smacznego;).

Z okazji niedzieli udałyśmy się z Izoldą na imprezę dla VIPów - targi mieszkaniowe. Od razu należy zaznaczyć: nie każde targi mieszkaniowe to impreza dla VIPów. Targi, które odbywają się w Pałacu Kultury albo na Torwarze, wyklaskiem dorównują wyprzedaży w Kauflandzie i bywanie na takowych absolutnie nie dodaje prestiżu. Targi dla prawdziwych snobów odbywają się w hali EXPO XXI przy Prądzyńskiego. O randze imprezy najlepiej świadczą warunki dojazdowe: jeśli ktoś nie ma solidnej terenówki, a jeszcze lepiej - własnego śmigłowca, nie powinien nawet myśleć o takiej wycieczce. My zaryzykowałyśmy tylko dlatego, że zwykle o tej porze roku bywamy na wyjazdach survivalowych na Antarktydzie, więc brodzenie po pas w mokrym śniegu to dla nas standard. Do boju zagrzewały nas też okrzyki lokalnych meneli: "jakie ładne dziewczyny, zupełnie jak Miss Polonia"!

Co należy wiedzieć przed udaniem się na targi:

1. Targi, jako impreza dla VIPów, tanie nie są. Wjazd kosztuje 15 zł od łebka plus po 2 zeta za szatnię. Za równowartość takiego jednoosobowego wejścia można było zjeść wyrafinowany obiad w wietnamcu przy pl. Zbawiciela (lub mniej wyrafinowany obiad w rzeczonym wietnamcu, za to z piwem), można było kupić 9 bajaderek w przejściu podziemnym przy Metrze Centrum i zjeść, patrząc na reklamy z Davidem Beckhamem (i jeszcze by reszta została). W ostateczności można było sobie za to kupić dwa piwa w Lorelei i mieć po nich taki urok osobisty, że do tego trzeciego ktoś by się dorzucił. W obliczu tak wielu tak atrakcyjnych sposobów upłynnienia tych 17 zł (od osoby!) postawiłyśmy na targi mieszkaniowe. 

2. Na targach należy wyglądać. Z okazji targów mieszkaniowych wszyscy deweloperzy, tudzież banki polujące na potencjalnych kredytobiorców, do obsługi stoisk zatrudniają osoby zajmujące się zwykle mówieniem "siedzę na koniu" w środkach masowego przekazu. Naturalną reakcją na widok stoiska DOMY W SULEJÓWKU jest wciągnięcie brzucha, wypięcie biustu i gwałtowna potrzeba bliższego zapoznania się z ofertą, choćby nie wiem jak bardzo nie wpisywała się w cel wyprawy na targi. To oczywiście tylko jedna opcja, druga jest nieco smutniejsza: podchodzi człowiek do stoiska, bo niestety musi, ale zupełnie nie zwraca uwagi na treść przekazu, bo wychodzi on z tak perfekcyjnych ust tak perfekcyjnej jednostki płci żeńskiej, że jedyna myśl to "Po co mi to mieszkanie, przecież powinnam się odessać. I naciągnąć. Ewentualnie zabić".

3. Krówki. Na prawie każdym stoisku na targach znajduje się miseczka z krówkami. Krówki zapakowane są w papierki z logo dewelopera/banku, a w krówkach są narkotyki. Inaczej  nie umiem wytłumaczyć tego fenomenu. Widziałyśmy stoiska z delicjami, jabłkami i cukierkami typu mini - skazane na porażkę. Krówki to co innego. Przy kilku pierwszych stoiskach człowiek próbuje zachować się z klasą, czyli "widzę krówki, ale nie po to tu jestem". W końcu nadchodzi moment, kiedy ręka sama wpada w miski, a skoro już wpada - to czemu nie? Potem zwiedzanie przestaje mieć porządek geograficzny czy jakikolwiek inny logiczny (np. o, tam jest Ochota, idziemy), a zaczyna mieć porządek krówkowy (o krówki, idziemy), co kończy się tym, że spędza się długie minuty na symulowaniu zainteresowania inwestycjami w Ożarowie Mazowieckim.

4. W punkcie 4 spotyka się punkt 2 i 3, czyli z krówkami należy uważać w związku ze zbyt atrakcyjną obsługą stoisk. Krówki plus obsługa to dwa potencjalne zagrożenia:  
- kiedy trafia na atrakcyjną panią - człowiekowi krówka staje w gardle, a w głowie włącza się licznik kalorii, czego efektem jest depresja i wzmożone ciśnienie na kolejne krówki, "bo moje życie i tak nie ma sensu"
- kiedy trafia na atrakcyjnego pana - głupawy mimowolny uśmiech w przypadku posiadania krówki w ustach może się skończyć wyjątkowo lepkim oślinieniem. Bardzo, bardzo mało seksi. Świadomość popełnionej wtopy zmusza do wzmożonego poszukiwania krówek, "bo moje życie i tak nie ma sensu"

5. Powrót z targów oznacza przydźwiganie do domu 10 ton makulatury, którą można po drodze zgubić, ewentualnie spalić w celu ogrzania się w czasie kilku godzin czekania na autobus na totalnym końcu świata, w ostateczności dotargać do domu w celu rzucenia w kąt lub zapoznania się z zawartością tych wszystkich prospektów. Osobiście postawiłam na wariant "dotargać do domu i rzucić w kąt", ale kto wie, może dojdzie do zapoznania z zawartością. Z pewnością dam znać na blogu;). 

12 lutego 2012

Nie ma cwaniaka na olsztyniaka

Czas na wyjawienie małego sekretu: tydzień temu znalazłyśmy mieszkanie idealne. Kamienica, ładna klatka schodowa, dobry metraż, urokliwa ulica, świetny widok z okna, itd., itp. Nawet na pośredniczkę nie można było nawrzucać, bo akurat miała jakiś dziwny paraliż twarzy i nie mogła chrzanić głupot (czyt. zachęcać do kupna). Cena niestety była z lekka za wysoka, ale wtedy przystąpiłam do negocjacji i okazało się, że jak rozmowa dotyczy pieniędzy w kwocie sześciocyfrowej to nawet mnie można traktować poważnie. Negocjacje zatrzymały się w punkcie wszechstronnie satysfakcjonującym, dziś przyjechały najwyższe władze, czyli moi rodzice, potwierdzili moje pozytywne odczucia na tle mieszkania, dogadaliśmy sprawę cenę, podpisaliśmy co trzeba i teraz nic, tylko załatwiać kredyt i się przeprowadzać. Czyli koniec blogowania, moi drodzy;((.

Taaaa, jasne. Wróćmy do fragmentu: "przyjechali moi rodzice".

Przyjechali moi rodzice, pojechaliśmy do potencjalnego eM. Okolica, budynek - wszystko bardzo w porządku. Klatka schodowa - ok. Wchodzimy do mieszkania, a tu pan właściciel, którego twarz musiała być inspiracją dla człowieka, który wymyślił Mario, mówi, podkręcając wąsa, że ma pewnych absolutnie zdecydowanych klientów, więc cena urosła nagle. Nawet nie chce mi się zastanawiać, gdzie sens, gdzie logika, skoro ktoś chce już to kupić i to drożej, to po kiego grzyba ten Mario traci czas na spotkanie z nami? Sprzedałby i już, rany. Co to za wioskowa strategia marketingowa?! W czasie zwiedzania okazało się dodatkowo, że wyposażenie mieszkania, które było w cenie, nagle przestało być w cenie. Reasumując: w wyniku negocjacji cena stała się wyższa od wyjściowej. Fascynujące.

Gdyby w tej imprezie nie brali udziału moi rodzice, ludzie na poziomie, załatwiłabym to tak, jak nauczyłam się na Pradze, ale trzeba było zachować fason.

Zauważyć należy tu pewną interesującą prawidłowość. Mnie krew zalała, kiedy Mario ujawnił swoje żenujące cwaniackie zapędy, wywindował cenę wbrew wcześniejszym ustaleniom, wywindował ponad poziom, którego powinnam się trzymać, itd. No ale ja jestem tylko zwykłym spłacaczem przyszłego kredytu. Moja mama zaś, kobieta z fantazją, rozmachem i wymaganiami, oraz pozbawiona przemyśleń na tle kredytu, stwierdziła, że mieszkanie jest za ciasne, w łazience jest kawałek widocznej rury i że w ogóle to nie to, całkowicie abstrahując od ceny. Nigdy tak bardzo nie odczułam, ze punkt widzenia zależy od punktu siedzenie - w moim wypadku punkt widzenia zlokalizowany jest na krzesełku bankowego petenta. 

W momencie, kiedy jak dla mnie niezbędne stało się wyjęcie noża z kieszeni, przypadkiem wyszło w rozmowie, że w celu pokazania mieszkania Mario przyjechał z Olsztyna, z tego samego Olsztyna, z którego przyjechali moi rodzice! Swój chłop, panie! Łzy, uściski, wzruszenie. Pośredniczka nagle przypomniała sobie, że jej matka i siostra też pochodzą z Olsztyna, w ogóle taki niesamowity zbieg okoliczności, że hoho (pośredniczce naturalnie nie wierzymy ani trochę).

W atmosferze ogólnego wzruszenia pożegnaliśmy się miło (ach, ta upupiająca obecność rodziców), powstrzymałam przemożną chęć porysowania pośredniczce samochodu i pojechaliśmy do Ikei, bo już zdążyłam zapomnieć, że Szwedzi to psychopaci, zboczeńcy i naziści.

Bardzo przepraszam za niehumorystyczny wpis, mam nadzieję, że moje następne rozczarowanie będzie zabawniejsze;).

9 lutego 2012

Know how: czytanie ofert

Flatwalking to najlepsza opcja poszukiwań, najlepsza głównie dla pośladków i łydek, czasem jednak nie jest wystarczająco satysfakcjonująca, jeśli chodzi o samo szukanie mieszkania. Wtedy na pomoc przychodzi internet i nieskończenie wielki zbiór ogłoszeń typu "sprzedam", jednak tutaj także liczy się plan, precyzja i technika.

Pominę opis etapów przygotowawczych (włącz komputer, podepnij się pod neostradę sąsiada, kliknij ikonkę z takim dziwnym niebieskim "e") oraz czynności towarzyszących (zrób sobie herbatę, przygotuj orzeszki, czekoladę lub kanapki ze smalcem - co kto lubi) i przejdę do meritum.

Stron z ogłoszeniami jest wiele i żadna nie zasłużyła na reklamę, więc jeśli ktoś potrzebuje namiarów to proszę o kontakt prywatny lub informację w komentarzu (naprawdę jest ktoś taki?!). Każda strona posiada mniej lub bardziej zaawansowaną wyszukiwarkę, w którą wpisujemy swoją listę życzeń (np. trzy pokoje, piwnica, basen na dachu), a stronka usłużnie wypluwa nam wyniki. Patrzy człowiek na te wyniki i głupieje, o ile nie jest moją mamą biegłą w poszukiwaniu mieszkań w necie. Spokojnie, ciocia eN pokaże teraz, jak się te wyniki interpretuje. 

Pierwsze założenie badawcze: ogłoszenia z reguły piszą pośrednicy nieruchomości, którzy może nie są tak do końca analfabetami, ale słownictwo mają bardzo ograniczone. Jako humanistka i pedagog (buhahaha) uważam, że to przykre, jako poszukiwaczka mieszkania sądzę jednak, że to ich spora zaleta. Opanowanie języka ogłoszeń zajmuje jakieś 15 minut, poniżej słownik najważniejszych pojęć. 

- mieszkanie z potencjałem = ruina
- do własnej aranżacji = ruina
- do odświeżenia = ruina
- do remontu = nie nadaje się do użytku, można wjechać w nie koparką bez oglądania
- ciekawy rozkład = jeśli ktoś lubi wchodzić do kuchni przez łazienkę
- czyste, zadbane = mieszkanie emeryckie, urządzone w czasach, kiedy olejna w łazience to był standard, a o Ikei nawet Szwecja jeszcze nie słyszała
- balkon = w ostateczności będzie gdzie zapalić papierosa
- duży balkon = można zapalić z kolegą
- loggia = nadal balkon, ale brzmi zajebiście

o lokalizacji: 

- klimatyczna = kup bejsbola lub gaz pieprzowy, nie wychodź po zmroku
- spokojna = zadupie
- zielona = zadupie
- łatwy dojazd do centrum = trzy godzinki i jesteś!
- dobra infrastruktura = trzy punkty usługowe na krzyż, więc jak Cię przyciśnie parcie na żarcie to na czeksę wybulisz 50 zł
- blisko szkoła, przedszkole, itd. = hałas, przeklinanie, wojny gangów, jakby tego człowiek miał mało w pracy

o budynku:

- odświeżony = podłe blokowisko
- po remoncie = podłe blokowisko
- po renowacji klatki schodowej, wymienione piony = podłe blokowisko
- będzie remontowany = uwaga na spadający tynk, nie zbliżać się do balkonów!
- bezpieczny =  na klatce schodowej co pół metra kraty, bramki, kraty, kraty, kraty, kraty w oknach, kraty wszędzie, niestety, nie w lodówce

informacje dodatkowe:

- w mieszkaniu zostaje wyposażenie = właściciel zostawia stare graty, bo głupio mu na śmietnik wynieść
- kafelki starego typu = nie zaglądaj do łazienki
- widok na panoramę miasta = ostatnie piętro w blokowisku, w zimie dach przecieka, w lecie można się udusić

Bonus językowy, już nie ogłoszeniowy:

W jednym z mieszkań pośrednik pięć razy powiedział "nie ma tu żadnego robactwa". Taki komunikat w takim natężeniu zawsze odczytujemy odwrotnie i żegnamy się miło, ale natychmiast.

I jeszcze: zdjęcia!

- brak zdjęć = ruina, na dodatek pośrednik tam nawet nie był, więc nie wie nic o mieszkaniu, nie warto dzwonić z pytaniami
- zdjęcia okolicy = mieszkanie nie nadaje się do pokazania
- zdjęcia jednego pomieszczenia = inne nie nadają się do pokazania
- skan planu mieszkania = mieszkanie nie nadaje się do pokazania

Na koniec prezent, konkurs: Ile koni widzisz? Bardzo proszę wnikliwie zapoznać się z galerią tego ogłoszenia: 


Miłego wieczoru;)

7 lutego 2012

2in1, Askenazego i Krasnobrodzka

Pani G. zna Pragę Północ jak własną kieszeń, a zwłaszcza Bródno, każdy kamień, tu - ooo tu! - było jej pierwsze mieszkanie, na Malborskiej. Ten sentyment to jednak zostaje, pierwsze własne mieszkanie. Cała Praga jest jej jednak bliska, tę okolicę, Askenazego, też zna. Tu jest świetny bazarek, a po drodze mijały panie piekarnię, pięknie tam pachnie. Panie nie czuły żadnej piekarni? Niemożliwe, na pewno panie czuły.

O, tu jest weterynarz. O, pani G. kocha zwierzęta. Ma dwa psy, wcześniej były jeszcze dwa koty, ale jeden sobie poszedł, a drugi zwariował. Zaczął wszystko obsikiwać, ale to wszystko, firanki nawet. Pewnie stres, bo mieszkanie zmienili. Szkoda kota, ale trzeba było oddać.

To mieszkanie jest świetne, naprawdę, najgorszą część remontu właściciele wzięli na siebie, znacznie mniej sprzątania pani będzie miała. O, pani G. wie, co to jest remont i bałagan. Dopiero co u siebie miała, nawet człowiek na chwilę zatrzymać się nie mógł i pomyśleć, już był cały w tym pyle. I elektrykę wymienili, dobrze. Tu to nawet łatwe było, bo to nowsze budownictwo, u niej przebić się przez płytę to było hohoho, taka robota. Tutaj widać, że dobra ekipa była, żadna tam prowizorka właściciela. To po kontaktach widać najlepiej. Elektryka to jest ważna sprawa, chociaż to bzdura, że jak się wrzuci suszarkę do wanny to człowieka zabija, szybciej korki padną, niż coś się komuś stanie. Za to kontakt - o, tu trzeba ostrożnie. Raz pani G. chciała poprawić kontakt, bo odstawał od ściany, to ją popieściło jak cholera.

To wsiadamy, wsiadamy, zmieścimy się. Na pewno się zmieścimy, bo ten samochód to wszystko zniesie. Ostatnio pani G. kupiła szafki i poprosiła ochroniarza, żeby jej do samochodu wsadził, a on na to, że się nie zmieści, a ona mu mówi, panie, nie takie rzeczy już ten samochód...

Jedyne, co z Izoldą pamiętamy z oglądanych dziś mieszkań to to, że Krasnogrodzka (czy jakoś tak), jest cholernie daleko, że jest tam pole, kościół i księżyc w pełni, a w oddali widać światła Saturna. Niby tylko sklep, ale do księżyca pasuje. Pamiętamy też ulgę, którą poczułyśmy wysiadając z samochodu pani G. Pani G. z pewnością nie przerwała monologu, a my poszłyśmy do punktu Lotto, kupiłyśmy zdrapki, nie wygrałyśmy nawet marnych 2 zł, co nas bardzo ucieszyło, bo znaczy, że mamy szczęście w miłości, następnie kupiłyśmy cukierki marki Michałki w czterech odmianach smakowych i poszłyśmy na bardzo długi spacer. W milczeniu.

6 lutego 2012

Łojewska, czyli Bródno vol.2

Największą wadą N-o jest skłonność do dawania kolejnych szans. Do tej pory ułomność ta utrudniała jej jedynie życie towarzysko-uczuciowe, teraz z zapałem komplikuje poszukiwania eM. W dzisiejszym odcinku: Bródno po raz drugi, bo jednorazowa niechęć do tej dzielnicy to za mało.

Ulica Łojewska... Zobaczyłam tę nazwę w całkiem interesującej ofercie (trzy pokoje, osobna kuchnia, po remoncie) i nie powiedziała mi ona nic. Mapa podpowiedziała, że ta Łojewska końcem świata nie jest, więc warto zobaczyć. I ja jej, głupia, uwierzyłam. 

Dramatyzm sytuacji pogłębia fakt, że na Łojewską wybrać się musiałam sama, gdyż Izolda postanowiła pouprawiać w tym czasie pracoholizm. Wtedy, tydzień temu, miało to niby swój sens, bo eM to jedno, a na wyprawę do Ikei ktoś zarobić musi, ale byłyśmy wczoraj na "Dziewczynie z tatuażem" i nasz stosunek do Ikei uległ zmianie. Od kiedy wiemy, że wszyscy Szwedzi to naziści, zboczeńcy i psychopaci, nie nosimy spodni "szwedów", nie słuchamy Abby, a katalog Ikei przestał być obiektem kultu. Gdybym miała Volvo... Mniejsza z tym. 

Na zewnątrz temperatura osiągnęła poziom zamarzania wódki, w autobusie była niewiele wyższa, a Łojewska okazała się być bardzo daleko. W połowie tego "bardzo daleko" uznałam, że jest już za daleko i nie jestem zainteresowana tym mieszkaniem, ale co miałam robić, pojechałam dalej.

Ulica Łojewska zabudowana jest blokami, które podobno są unikatem w Polsce (obstawiam, że na świecie też, bo skoro nawet w Polsce nikt się z tym nie wygłupiał na dłuższą metę, to niby gdzie?!). Po pierwsze, pozornie całkiem normalny budynek ma bardzo dużo klatek schodowych. Po drugie, do każdej klatki prowadzą wąskie, wysokie schodki, jak do kurnika (albo bardziej romantycznie: jak do chatki Baby Jagi). Po trzecie, klatka schodowa jest spiralna. Tak, drogie dzieci, spiralna. Ja byłam zachwycona i waliłam foty jak nawiedzony japoński turysta, ale właściciel mieszkania, które przyjechałam obejrzeć, sprowadził mnie na ziemię informacją, że po tych schodach praktycznie nie da się nosić mebli, windy brak i mieszkańcy bloku przeklinają twórcę tego cudu w żywe kamienie. Ochłonęłam więc szybko i rozpoczęłam zwiedzanie potencjalnego eM.

Od czasu wizyty w tym mieszkaniu zastanawiam się, co może u normalnego człowieka wywołać takie zaburzenie proporcji, jak to ma miejsce na Łojewskiej. Jakaś choroba genetyczna? Plamy na słońcu? Łojewską wybudowano za Gierka (tudzież Gomułki), na grzybkach nikt chyba wtedy w Polsce nie leciał, a zwykła wódka takich efektów nie daje. Po długim bloku i wąskich klatkach schodowych, po wysokich schodach, przyszedł czas na małe okienka. U producentów okien Łojewska musi mieć własną linię, bo tak niewymiarowych okien normalnie się chyba nie produkuje. Dodatkowo wiszą na jakiejś dziwnej wysokości, osoba mojego wzrostu (1,75 cm) musi się do nich lekko schylać. 

Skoro o schylaniu mowa: łuki. Jedyne łuki, jakie uznaję to brwiowe, ewentualnie takie, z których da się strzelać. Z łuków znajdujących się na Łojewskiej strzelić by się nie dało, ale bez problemu można by się było strzelić głową w taki łuk, o ile głowę ma się powyżej 1,60 cm. Uprzejmy pan, który mnie oprowadzał, nie zamieszkiwał tego dziwnego lokalu, to było mieszkanie jego świeżo zmarłej teściowej, więc nie wypadało pytać, czy była krasnalem. 

A skoro już jestem przy umieraniu. Bezcenna wymiana zdań:

eN: A jak tu się mieszka? Dobrze? Sąsiedzi spokojni?
Uprzejmy pan: Tak, bardzo spokojni, sąsiadka z naprzeciwka na pewno niedługo umrze. 

Zgroza. 

Ponieważ 15 minut w tym miejscu wystarczyło, żebym poczuła się jak Gargamel w wiosce Smerfów, pożegnałam się na zawsze i ruszyłam do domu, co w tych warunkach atmosferycznych przypominało wyprawę z jednego bieguna na drugi. O pogodzie wspominam po raz kolejny, ponieważ niedługo potem miałam przyjemność pokonferować z jakąś panią pośrednik, która intensywnie namawiała mnie na mieszkanie na Bródnie, zachwalając każdą ulicę, blok, studzienkę, psią kupę. Kiedy doszła do Łojewskiej w tym swoim hymnie na cześć dzielnicy, a ja powiedziałam, że już widziałam tę okolicę, wykrzyknęła radośnie: "Och, to już pani wie, jak tam jest pięknie! Cudowne lipy!". Darowałam sobie komentarz, że żadnych lip nie zauważyłam, prawdopodobnie dlatego, że górne rzęsy przymarzły mi do dolnych, a poza tym ja Łojewską nie szłam, tylko walczyłam tam o przetrwanie...

Morał z tego taki: mieszkania w zimie kupują tylko głuptaki.  

4 lutego 2012

Toruńska, byłaś serca biciem

W mieszkaniu przy Toruńskiej przecięły się drogi Izoldy, pani E., moje.. oraz pewnego wielkiego psa i gromady innych oglądających. Drobna uwaga dla wszystkich wyłudzaczy prowizji: gromadzenie w jednym czasie kilku oglądających jest totalnie beznadziejne. Jeśli jest to chwyt marketingowy, który ma na celu wywołanie wrażenia ogólnego pożądania (pożądania mieszkania, nie wzajemnego pożądania oglądających) to nie działa. Jeśli to wynik wygodnictwa i lenistwa (w pół godzinki odwalę 15 osób, a potem chill out) no to po prostu wstyd, pani E.!

To teraz może od początku. Mieszkanie 3-pokojowe, blok (niestety), niezła cena, rozsądna lokalizacja. Pani E. podekscytowana jakby to była nasza pierwsza randka, towarzystwo Izoldy nie ostudziło jej zapału. Na schodach Miss Agent poinformowała, że w mieszkaniu są inni oglądający. Zapach już w drzwiach powiadomił, że jest też pies. Wbiłyśmy się w ścisk, stanowiący skrzyżowanie kolejki po mięso i wystawy wyjątkowo niszowego malarstwa, bo wszyscy rozglądali się po ścianach. Z oglądania wyłączona była mniejsza sypialnia, ponieważ tam czaiła się bestia, czyli pies. Tłumkiem dowodziła pani E. pokrzykując: "Jaki metraż! Jaki rozkład! Jaki potencjał!". Z szaleńczą ekspresją, za którą powinna dostać rolę w "Dlaczego ja?", wskazywała kolejne pomieszczenia i coraz atrakcyjniejsze rozwiązania: "Tu się zrobi podwieszany sufit! Tam halogeny!". 

Wstyd się przyznać - dałyśmy się uwieść. Fantazja ruszyła galopem i wieczór spędziłyśmy z katalogiem Ikei, planując, planując, planując... 

... Z kuchni (str. 6-7 katalogu IKEA) wychodzi atrakcyjny, szczupły brunet z trzydniowym zarostem, trzymając tacę z kawą, świeżymi rogalikami i Nutellą. Mija salon inspirowany amerykańskimi serialami z lat 90., łazienkę w relaksującym stylu SPA, wchodzi do sypialni... 

STOP. To się oczywiście wszystko dzieje po ślubie, mamo:).

A potem trzeba się było obudzić, pani E. zadzwoniła z komunikatem: "Pani N-o, mieszkanie się sprzedało, ale to nic, pani N-o, szukamy dalej, pani N-o!". 

Życie.

3 lutego 2012

Know how: flatwalking

Sposobów na zdobycie mieszkania jest kilka: można się w takowe wżenić lub wmężowić. Można odziedziczyć lub wygrać. Ukraść jest pewnie trudno, ale kto wie. Sposób najbardziej oklepany: kupić. Na ten właśnie sposób jestem skazana.

Kupowanie jest procesem wieloetapowym. Pominę psychologiczne studium etapu podejmowania decyzji czy dramatyczny, a nawet kryminalny, wątek walki o kredyt. Dziś skoncentruję się na szukaniu.

Do szukania służą zorganizowane grupy przestępcze: biura pośrednictwa (patrz: pani E.), portale ogłoszeniowe, słupy ogłoszeniowe, przystanki autobusowe, plotki na dzielni i wśród znajomych... Jest też flatwalking i nieskromnie powiem, że chyba jestem autorką pojęcia.

Flatwalking polega na tym, że idzie człowiek, patrzy i wychwytuje wszystkie okna i balkony, na których jest informacja "NA SPRZEDAŻ". W wypadku znalezienia takowego numer zapisujemy lub natychmiast wykonujemy telefon, co może przynieść skutek w postaci oglądania potencjalnego eM. Flatwalking można nieopatrzenie uznać za spacer, lecz nic bardziej błędnego! Flatwalking wyklucza spontaniczność, jest to precyzyjny proces przeczesywania miasta. To sport miejski, bardziej wyczerpujący niż nordic walking, bo w nordic się po prostu idzie, a we flat trzeba jeszcze zachować czujność. Rewelacyjnie rozwija mięśnie nóg, pośladków i szyi, ćwiczy spostrzegawczość. Uprawiany na Pradze grozi utratą zdrowia i życia, uprawiany przy temperaturze -20 grozi świadczy o braku rozumu.

Wraz z Izoldą uprawiamy tę wyrafinowaną dyscyplinę sportową w weekendy, jak na razie bez spektakularnych efektów w postaci znalezienia eM, ale...

Plusy flatwalkingu:

- zrozumiałam sens istnienia kaloszy (zanim nie przyszły siarczyste mrozy można się było utopić na praskich ulicach)
- zdążyłam opowiedzieć Izoldzie całe swoje życie i usłyszeć wzajemnie jej historię
- dowiedziałyśmy się, że jesteśmy śliczne. Jakaś miła kobieta na Bródnie zaczęła wydawać na nasz widok okrzyki zachwytu, ponieważ obie miałyśmy mufki. Nie będę tłumaczyła, co to są mufki, wyjaśnię tylko, że było minus milion stopni i bez tych akcesoriów odpadłyby nam ręce
- poznałam takie miejsca Pragi, o jakich mi się nawet nie śniło. Targówek i Bródno okazały się dla mnie zupełnie dziewicze

... i nie są to żadne śmiechy-chichy! Gdybym wpadła na flatwalking wcześniej niż zaczęłam przeglądać oferty, Łochowska nigdy nie pojawiłaby się w mojej historii poszukiwań. Teraz już wiem, że tamten rewir jest skreślony forever, no chyba, że jakaś bomba atomowa sprzątnie ten syf, ale wybierając numer pani E. nie miałam o tym pojęcia. Flatwalking sprawił, że mam długą listę ulic, które omijam szerokim łukiem i jest to fantastyczna oszczędność czasu. Flatwalking sprawił też, że mam swój mały fetysz: odkryłam i pokochałam ulicę Askenazego.  Brzmienie tej nazwy przyprawia mnie o dreszcze.

Dlatego też, mimo iż mróz jest nieludzki, dwie nieustraszone poszukiwaczki eM ruszą jutro na praskie ulice. Najprawdopodobniej będziemy ciągnęły za sobą koksownik. Ahoj przygodo!

2 lutego 2012

Chodecka - nowy koniec świata

Ulica Chodecka wywołała u mnie uczucia mieszane. Dobra cena, niezły metraż, ale układ pomieszczeń uniemożliwiający montaż szafy gdziekolwiek tudzież postawienie kociego szitboksa w przedpokoju. Mieszkanie w trakcie generalnego remontu, ale w paskudnym blokowisku.

Reasumując: Chodeckiej mówię stanowcze noł łej, ale pozwolę sobie na małą refleksję na temat Bródna. 

Bródno... zauważalny całkowity brak klimatu Pragi przy jednoczesnym intensywnym zagęszczeniu atmosfery rodzinnej. Szerokie ulice, szerokie chodniki, szerokie trawniki - ktoś z chińskim kompleksem wymyślił tę okolicę. Chodecka to ulica doskonała do spacerów z dziecięciem tudzież psem, jednak przy braku takich artefaktów co zostaje? Dojazd do pracy metodą "autobusem do tramwaju - tramwajem do do metra - metrem do centrum"? Ból istnienia przy płaceniu za taksówkę? 

Czy mój artystyczny duch i wrodzona potrzeba chaosu odnajdzie się w tej sypialni Warszawy? Czy taką okolice można pokochać? Moja zdolność kredytowa każe mi się nad tym poważnie zastanowić, ale wszystko w środku krzyczy NIE.

Brechta, czyli rzut beretem od spełnienia marzeń

Moje marzenia mają konkretny adres: plac Hallera. Miejsce to zupełnie nieświadomie lekceważyłam, mijałam bezrefleksyjnie przez długi czas, aż w moim życiu pojawił się kot. Razem z kotem pojawił się weterynarz, a z weterynarzem plac Hallera. W pewną ciepłą, majową sobotę roku pańskiego 2011 byłam zmuszona spędzić pod gabinetem owego weterynarza upojne dwie godziny. Bilans tych dwóch godzin: zaszczepiony kot i myśl, że plac Hallera to najpiękniejsze miejsce na świecie, łączące w sobie najlepsze cechy Pragi Północ, starej Ochoty, Wrocławia nawet. Miejsce, w którym spełniają się marzenia, życie staje się bajką, a z kranów leci Nutella.

Plac Hallera był naturalnie moją pierwszą myślą, gdy postanowiłam znaleźć eM. Mieszkanie przy Brechta znalazło mnie właściwie samo. W pewien niedzielny poranek, umówione na oglądanie bezpośrednio z właścicielką (to cenne!), uzbrojone w kalosze i mnóstwo dobrych przeczuć, ruszyłyśmy z Izoldą na spotkanie przeznaczenia. 

Mogłabym napisać książkę o naszych romantycznych rojeniach na tle tego mieszkania, o nadziejach, marzeniach, itede, itepe. Na wszelki wypadek przejdę jednak do konkretów. 

Najpierw zobaczyłyśmy kraty w oknach - zwyczaj, z którym trudno nam się jest pogodzić, ale w parterowych mieszkaniach to niestety standard. Klatka schodowa typowa dla kamienicy, całkiem przyjemna. Rozglądałyśmy się właśnie nieśmiało, gdy dobiegł nas przytłumiony głos zza krat, które ja uznałam za wejście do piwnicy. Nic bardziej mylnego. Właścicielka otworzyła kraty, drzwi, podejrzewam, że musiała też zeskanować linie papilarne i pokonać milion innych zabezpieczeń, żeby nas wpuścić. 

Przemilczę fakt, że mieszkanie miało się składać z dwóch pokoi, a okazało się, że ma salon i ... coś w rodzaju (i rozmiarze) spiżarni za kuchnią. 

Kraty w oknach, drzwiach i wielki pies, kazały mi zapytać uprzejmie, czy dobrze i spokojnie się tu mieszka. Odpowiedz była oczywiście twierdząca, zupełnie nie wiem, czemu podejrzewałam, że co noc mają tu napady z bronią w ręku.

Diagnoza dla placu Hallera na dziś: poza zasięgiem. Na sprzedaż są tam jedynie mieszkania albo bardzo duże, albo ze spiżarnią zamiast pokoju. Mała korekta marzeń, taki lajf. 

Łochowska, czyli z gówna pałacu nie ulepisz

Kto wie, co to znaczy Łochowska - zapewne drży. Kto nie wie, niechaj nastawi się na krew, pot i łzy...

Mieszkanie na Łochowskiej wydawało się interesujące dopóki stanowiło abstrakcyjną ofertę biura pośrednictwa. Lokalizacja: Praga Północ - plus! Metraż i cena - marzenie! Do remontu - fantastycznie! Blok...? Cóż, może da się przeżyć. Nie parter i nie ostatnie piętro, balkon jest, spoko loko, dajmy sobie szanse, może będzie serca bicie. 

W celu obejrzenia Łochowskiej musiałam się skontaktować z pośredniczką, panią E. Z panią E. proszę się szybko oswoić, będzie wracała jak łupież recydywista, jak depresja wiosenna, jak wiatry po fasolce. Pani E. reprezentuje dużą firmę, której nazwę litościwie przemilczę, i w małym paluszku lewej stopy ma wszystkie socjosztuczki świata. Pani E. ściska mi dłoń przy każdej okazji, ani słabo, ani mocno, idealnie. Patrzy w oczy, potakuje każdemu słowu z życzliwym półuśmiechem. Zwraca się do mnie w wołaczu, brawo, ale dlaczego w każdym, ale to w KAŻDYM zdaniu? "Dzień dobry pani N-o, to jest mieszkanie pani N-o, tu się wchodzi pani N-o". Pochwaliła moje imię przy pierwszym użyciu - moje rozpasane ego pozwala mi przyjąć, że odmiana tegóż imienia przez przypadki sprawia jej po prostu wściekłą przyjemność. No to niech ma, a co tam, w sumie nie przeszkadza mi ta jej słowna masturbacja moim imieniem. 

Łochowska według pani E. to czarująca okolica, interesujący mix kamienic i bloków, mnóstwo zieleni, och i ach. Nic tylko uprawiać romantyczne spacery z psem, narzeczonym, bejbikiem... Blok - to  brzmi groźnie, ale wg pani E. ten blok to coś więcej niż zwykły blok! To bombonierka, cudeńko lśniące jak miliony monet! Na klatce schodowej czuć oczywiście jeszcze zapach farby, dzięki puszystym dywanom nie słychać stukotu obcasów na marmurowych posadzkach, łał. Mieszkanie do remontu, ale jaki rozkład! Brakowało mi tylko informacji, dlaczego pani E. sama nie przyjęła tego prezentu od losu, ale wolałam nie pytać, po prostu umówiłam się na oglądanie. 

Los okazał się dla pani E. przewrotny. Zanim nadszedł dzień umówionego oglądania, krnąbrna klientka eN wespół z krnąbrną wspólniczką Izoldą, samowolnie wybrała się na spacer w tę czarowną okolicę, a mieszkanie samo zaprosiło gigantycznym banerem "NA SPRZEDAŻ". 

Najpierw okolica. Styczeń to nie jest najpiękniejszy miesiąc w kraju nad Wisłą, więc nie oczekiwałyśmy wiele, ale na Łochowskiej pora roku nie ma większego znaczenia. Romantyczne spacery... w towarzystwie bejsbola i gazu pieprzowego - jak najbardziej. Jeśli jakiś mieszkaniec Wałbrzycha tęskni za rodzinnymi stronami - Łochowska zaprasza. 

Niestrudzone poszukiwaczki Magicznego Domku okolicy się nie przestraszyły i przekroczyły bramy raju. W bramie raju, a konkretnie w obskurnej windzie, czekał na nie mieszkaniec tego śmierdzącego przybytku. Pan z klasą, zapytał, na które piętro panienki sobie życzą, ale jak usłyszał, że na drugie, jak dopytał, w jakim celu, wywiózł bohaterki tego dramatu na dziewiąte i powiadomił, że nigdy w życiu nie kupiłby mieszkania na drugim, tu cytat: "Tam same kurwy i złodzieje mieszkają, był jeden diler, ale się zaćpał albo go policja zastrzeliła...". 

Zachęcone tą reklamą ruszyłyśmy na drugie, gdzie powitał nas intensywny zapach kapusty, w skrócie: potężny smród. Drzwi otworzyła nam mała romska dziewczynka. Za małą romską dziewczynką wyrosła jej równie romska mama. W mieszkaniu, które okazało się wynajmowane od lat przez bardzo liczną romską familię, zapanował popłoch straszliwy. Z każdego pomieszczenia wyskakiwali kolejni jej członkowie, których szybko przestałyśmy liczyć. Mieszkanie nie jest do remontu - należy je kupić i wjechać w nie koparką, ewentualnie całość wysadzić jakoś umiejętnie, żeby się ściany zewnętrzne ostały. 

Jedna lokalizacja stanowczo wykluczona, jedziemy dalej.

1 lutego 2012

Na początku było słowo...

... a nawet kilka słów.

Słowa mojej własnej prywatnej rodzicielki, która powiedziała, że już czas najwyższy zacząć żyć jak dorosły człowiek i przestać płacić ... (tu padło kilka mocnych zdań o złodziejskich czynszach w Warszawie).

Słowa właściciela mieszkania, które wynajmuję obecnie, a który to stwierdził, że skoro zepsuły się przesuwne drzwi szafy, to można je wymontować i zawiesić szmatkę, "bo jak złodziej przyjdzie to będzie mu wszystko jedno czy są drzwi, czy szmatka".
(Wtedy poczułam, że mi chyba jednak nie jest wszystko jedno i że mam dość życia w cudzym mieszkaniu, z cudzą - na dodatek psującą się - szafą i płacenia za to poważnych pieniędzy człowiekowi, który traktuje mnie co najmniej niepoważnie)

Słowa bardzo atrakcyjnego doradcy kredytowego, który powiedział "Yes, we can!" - w znaczeniu oczywiście takim, że ja mogę wziąć kredyt i spłacać go dłużej niż będzie grał WOŚP, a pan może mi pomóc w formalnościach i zgarnąć prowizję. Mniejsza jednak z takimi drobiazgami, pan wygląda tak pociągająco, że jestem w stanie przyjąć, że układ mamy niemal partnerski:).

Słowa Izoldy, z którą dzielę przestrzeń ku satysfakcji wszystkich zainteresowanych (tzn. Izoldy, mojej i przestrzeni), a która to z zapałem włączyła się w plan, zadeklarowała bohatersko, że zniesie trudy szukania, kupowania i przeprowadzki, remont i wszelkie inne katastrofy, które zapewne przyniesie nam los. Krótko mówiąc - zyskałam wspólnika.

Last but not least: po kilku tygodniach poszukiwań, kilku mieszkaniach obejrzanych na żywo oraz milionach mieszkań poznanych wirtualnie, kilku małych kryzysach i przy ogólnym zwątpieniu, pojawiły się słowa W., który to pewnego ponurego wieczoru w jednym z najbardziej hipsterskich miejsc Warszawy powiedział: "Powinnaś to spisywać".

No to startujemy!