19 lutego 2012

Know how: targi mieszkaniowe

Po tygodniu ciszy i licznych ponagleniach od fanów, nadszedł czas na wpis niedzielny i to od razu w najbardziej lubianej kategorii "noł hał". Smacznego;).

Z okazji niedzieli udałyśmy się z Izoldą na imprezę dla VIPów - targi mieszkaniowe. Od razu należy zaznaczyć: nie każde targi mieszkaniowe to impreza dla VIPów. Targi, które odbywają się w Pałacu Kultury albo na Torwarze, wyklaskiem dorównują wyprzedaży w Kauflandzie i bywanie na takowych absolutnie nie dodaje prestiżu. Targi dla prawdziwych snobów odbywają się w hali EXPO XXI przy Prądzyńskiego. O randze imprezy najlepiej świadczą warunki dojazdowe: jeśli ktoś nie ma solidnej terenówki, a jeszcze lepiej - własnego śmigłowca, nie powinien nawet myśleć o takiej wycieczce. My zaryzykowałyśmy tylko dlatego, że zwykle o tej porze roku bywamy na wyjazdach survivalowych na Antarktydzie, więc brodzenie po pas w mokrym śniegu to dla nas standard. Do boju zagrzewały nas też okrzyki lokalnych meneli: "jakie ładne dziewczyny, zupełnie jak Miss Polonia"!

Co należy wiedzieć przed udaniem się na targi:

1. Targi, jako impreza dla VIPów, tanie nie są. Wjazd kosztuje 15 zł od łebka plus po 2 zeta za szatnię. Za równowartość takiego jednoosobowego wejścia można było zjeść wyrafinowany obiad w wietnamcu przy pl. Zbawiciela (lub mniej wyrafinowany obiad w rzeczonym wietnamcu, za to z piwem), można było kupić 9 bajaderek w przejściu podziemnym przy Metrze Centrum i zjeść, patrząc na reklamy z Davidem Beckhamem (i jeszcze by reszta została). W ostateczności można było sobie za to kupić dwa piwa w Lorelei i mieć po nich taki urok osobisty, że do tego trzeciego ktoś by się dorzucił. W obliczu tak wielu tak atrakcyjnych sposobów upłynnienia tych 17 zł (od osoby!) postawiłyśmy na targi mieszkaniowe. 

2. Na targach należy wyglądać. Z okazji targów mieszkaniowych wszyscy deweloperzy, tudzież banki polujące na potencjalnych kredytobiorców, do obsługi stoisk zatrudniają osoby zajmujące się zwykle mówieniem "siedzę na koniu" w środkach masowego przekazu. Naturalną reakcją na widok stoiska DOMY W SULEJÓWKU jest wciągnięcie brzucha, wypięcie biustu i gwałtowna potrzeba bliższego zapoznania się z ofertą, choćby nie wiem jak bardzo nie wpisywała się w cel wyprawy na targi. To oczywiście tylko jedna opcja, druga jest nieco smutniejsza: podchodzi człowiek do stoiska, bo niestety musi, ale zupełnie nie zwraca uwagi na treść przekazu, bo wychodzi on z tak perfekcyjnych ust tak perfekcyjnej jednostki płci żeńskiej, że jedyna myśl to "Po co mi to mieszkanie, przecież powinnam się odessać. I naciągnąć. Ewentualnie zabić".

3. Krówki. Na prawie każdym stoisku na targach znajduje się miseczka z krówkami. Krówki zapakowane są w papierki z logo dewelopera/banku, a w krówkach są narkotyki. Inaczej  nie umiem wytłumaczyć tego fenomenu. Widziałyśmy stoiska z delicjami, jabłkami i cukierkami typu mini - skazane na porażkę. Krówki to co innego. Przy kilku pierwszych stoiskach człowiek próbuje zachować się z klasą, czyli "widzę krówki, ale nie po to tu jestem". W końcu nadchodzi moment, kiedy ręka sama wpada w miski, a skoro już wpada - to czemu nie? Potem zwiedzanie przestaje mieć porządek geograficzny czy jakikolwiek inny logiczny (np. o, tam jest Ochota, idziemy), a zaczyna mieć porządek krówkowy (o krówki, idziemy), co kończy się tym, że spędza się długie minuty na symulowaniu zainteresowania inwestycjami w Ożarowie Mazowieckim.

4. W punkcie 4 spotyka się punkt 2 i 3, czyli z krówkami należy uważać w związku ze zbyt atrakcyjną obsługą stoisk. Krówki plus obsługa to dwa potencjalne zagrożenia:  
- kiedy trafia na atrakcyjną panią - człowiekowi krówka staje w gardle, a w głowie włącza się licznik kalorii, czego efektem jest depresja i wzmożone ciśnienie na kolejne krówki, "bo moje życie i tak nie ma sensu"
- kiedy trafia na atrakcyjnego pana - głupawy mimowolny uśmiech w przypadku posiadania krówki w ustach może się skończyć wyjątkowo lepkim oślinieniem. Bardzo, bardzo mało seksi. Świadomość popełnionej wtopy zmusza do wzmożonego poszukiwania krówek, "bo moje życie i tak nie ma sensu"

5. Powrót z targów oznacza przydźwiganie do domu 10 ton makulatury, którą można po drodze zgubić, ewentualnie spalić w celu ogrzania się w czasie kilku godzin czekania na autobus na totalnym końcu świata, w ostateczności dotargać do domu w celu rzucenia w kąt lub zapoznania się z zawartością tych wszystkich prospektów. Osobiście postawiłam na wariant "dotargać do domu i rzucić w kąt", ale kto wie, może dojdzie do zapoznania z zawartością. Z pewnością dam znać na blogu;). 

2 komentarze:

  1. eN moja kochana, popłakałam się ze śmiechu :D Zapomniałaś jeszcze o specjalnym tonie wypowiadania cen. "Pięćset tysięcy" brzmi z ust wypacykowanej pani-od-nieruchomości jak "no przecież tyle to na waciki wstyd wydać". Podkreślę jeszcze wspomnianego konia, czyli jak bardzo sprawdza się też wstawianie w ramach ozdób stoiskowych przystojnych panów (Jezusieńku, przecież to oczywiste, że niezbędny mi do życia luksusowy apartament z widokiem na Pałac Kultury). Wbrew stosowanym na rynku wtórnym chwytom, koni na biegunach nie widziałyśmy wcale.

    OdpowiedzUsuń
  2. Na targi najlepiej walić prosto z dworca PKP...no ale trzeba do Wwy dojechać:) tereny rzeczywiście są przeurocze, zwłaszcza w tych okolicznościach przyrody. Zawsze na targi wyrusza się z dreszczykiem podekscytowania-zdobędę kontrahenta czy dostanę wpierdol:)

    OdpowiedzUsuń