1 lutego 2012

Na początku było słowo...

... a nawet kilka słów.

Słowa mojej własnej prywatnej rodzicielki, która powiedziała, że już czas najwyższy zacząć żyć jak dorosły człowiek i przestać płacić ... (tu padło kilka mocnych zdań o złodziejskich czynszach w Warszawie).

Słowa właściciela mieszkania, które wynajmuję obecnie, a który to stwierdził, że skoro zepsuły się przesuwne drzwi szafy, to można je wymontować i zawiesić szmatkę, "bo jak złodziej przyjdzie to będzie mu wszystko jedno czy są drzwi, czy szmatka".
(Wtedy poczułam, że mi chyba jednak nie jest wszystko jedno i że mam dość życia w cudzym mieszkaniu, z cudzą - na dodatek psującą się - szafą i płacenia za to poważnych pieniędzy człowiekowi, który traktuje mnie co najmniej niepoważnie)

Słowa bardzo atrakcyjnego doradcy kredytowego, który powiedział "Yes, we can!" - w znaczeniu oczywiście takim, że ja mogę wziąć kredyt i spłacać go dłużej niż będzie grał WOŚP, a pan może mi pomóc w formalnościach i zgarnąć prowizję. Mniejsza jednak z takimi drobiazgami, pan wygląda tak pociągająco, że jestem w stanie przyjąć, że układ mamy niemal partnerski:).

Słowa Izoldy, z którą dzielę przestrzeń ku satysfakcji wszystkich zainteresowanych (tzn. Izoldy, mojej i przestrzeni), a która to z zapałem włączyła się w plan, zadeklarowała bohatersko, że zniesie trudy szukania, kupowania i przeprowadzki, remont i wszelkie inne katastrofy, które zapewne przyniesie nam los. Krótko mówiąc - zyskałam wspólnika.

Last but not least: po kilku tygodniach poszukiwań, kilku mieszkaniach obejrzanych na żywo oraz milionach mieszkań poznanych wirtualnie, kilku małych kryzysach i przy ogólnym zwątpieniu, pojawiły się słowa W., który to pewnego ponurego wieczoru w jednym z najbardziej hipsterskich miejsc Warszawy powiedział: "Powinnaś to spisywać".

No to startujemy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz