11 marca 2012

A może by tak... Piaseczno?


Tak, tak, cisza na blogu trwała stanowczo zbyt długo. Niestety, nie samym eM żyje eN, choć bardzo by chciała. Prośby i groźby czytelników zostały jednak w końcu wysłuchane.

Ostatniej soboty uskuteczniłyśmy z Izoldą flatwalking na światowym poziomie. Wizyta na targach mieszkaniowych (patrz: post niżej) skłoniła nas do refleksji natury geograficznej: zdecydowana większość inwestycji deweloperskich dzieje się w miejscach, których kompletnie nie znamy, gdyż są to różne podwarszawskie dziury, kojarzone przez nas tylko z nazwy.  Braki uświadomione postanowiłyśmy nadrobić, na pierwszy - oby piekielny - ogień poszło Piaseczno i Osiedle Róż (w tym momencie poczułam potrzebę stworzenia posta na temat nazw osiedli - wyjątkowych koszmarków językowych, ale to musi chwilę poczekać).

Do Piaseczna udałyśmy się kolejką, w celu przetestowania trasy. Bardzo sobie trasę chwalimy. Podróż trwała tyle, ile potrzebne jest na przekartkowanie magazynu "Flesz" nabytego drogą kupna za 50 gr na dworcu Śródmieście. Zaledwie zdążyłyśmy ochłonąć po zapoznaniu się z trendami sprzed dwóch miesięcy, a już Piaseczno przywitało nas mżawką. Urokliwe pierwsze zabudowania widoczne są na zdjęciu na początku posta. Jeśli ktoś zastanawia się, czy mnie urzekła okolica, to niech się przestanie zastanawiać.

Trasa z dworca piaseczyńskiego do cywilizacji piaseczyńskiej wiedzie przez magazyny z sedesami, wypożyczalnię ciągników i koparek, hurtownie betonu i inne lansiarskie centra szopingowe. Z trudem, ale skutecznie, stłumiłyśmy potrzebę zakupienia brodzika i szłyśmy, szłyśmy, szłyśmy... aż w końcu dotarłyśmy do cywilizacji, czyli osiedli szumnie zwanych Słowiczym i Róż. Mniej więcej co drugi balkon oklejony jest zachętami do kupna, do wzięcia są wielkie i małe metraże w szokująco niskich cenach. Okolica przyjemna i zaparkować jest gdzie, co widać na zdjęciu poniżej.

Wszystkim miłym ludziom, którzy już zdążyli zacząć nam współczuć w związku ze zmarnowaną sobotą, śpieszę donieść, że warto było! Plusy są trzy:

- gdyby nie Piaseczno... nie wiedziałabym, że niektórzy ludzie na najładniejszych, najnowocześniejszych, najbardziej wyeksponowanych balkonach potrafią sobie zamontować podwieszaną łazienkową suszarkę. Ten widok - dosyć popularny w Piasecznie - był dla mnie  przekroczeniem granic wyobraźni.
- gdyby nie Piaseczno... nie odkryłabym nowego ważnego wymogu stawianego eM. Pochłonęłyśmy z Izoldą ostatnio pierwszy sezon retro serialu "Friends" i poszukujemy eM z udanymi sąsiadami. Piaseczno odpada między innymi dlatego, że nie spotkałyśmy tam żadnych panów, którzy mogliby być naszymi Joey'em i Chandlerem. W ogólnie nie zauważyłyśmy tam przyjemnych ludzi, ale wiadomo, że jesteśmy skrzywione udanym pożyciem sąsiedzkim na Pradze.
- gdyby nie Piaseczno... nie odkryłabym najlepszego kebaba w woj. mazowieckim. Tu na pewno nie znajdziecie w kebabie gołębia! Niestety...


Powrót z Piaseczna (autobus + metro) zajął nam mniej więcej pół życia. Mniej więcej po 20 minutach jazdy uznałyśmy, że nam się nie podobało. Po 30 minutach zdecydowałyśmy, że nie będziemy obdzwaniały wynotowanych numerów telefonów. Po 40 minutach stwierdziłyśmy, że w sumie jest sobota i w tygodniu jechałybyśmy jeszcze dłużej. Po 50 minutach skończyło nam się jedzenie. Po 60 minutach wiedziałyśmy, że najgorszemu wrogowi Piaseczna nie życzymy.

3 komentarze:

  1. A co z Rossem? Swoją drogą to oni mieli wypaśne mieszkania..no i w centrum Wielkiego Jabłka...mmmm

    OdpowiedzUsuń
  2. Poza tym, jeśli chodzi o sąsiadów, to na Osiedlu Róż miałabyś nawet rodzinę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ross już jest, brata dostałam w komplecie z rodzicami, sąsiadów muszę dostać do mieszkania;).

    A co do rodziny na Osiedlu Róż - nie wiedziałam, ale... nie zmienia to mojego ogólnie negatywnego podejścia do Piaseczna.

    OdpowiedzUsuń