22 czerwca 2012

Szoping, szoping, szoping

Nazywam się eN i jestem paneloholiczką...

Od kilku dni najważniejszym tematem, a nawet - nie bójmy się tego słowa - problemem spędzającym mi sen z powiek są panele podłogowe. Każdy świt przynosi nową wizję (był już dąb bielony, sosna skandynawska, stary dąb... obecnie idę w szarości), która zmienia się w ciągu dnia wielokrotnie. Jestem sfrustrowana i zgnębiona niemocą decyzyjną na tle paneli, co za tym idzie - zgnębieni i sfrustrowani są wszyscy ludzie, których pokarało moim towarzystwem. Panele są gorsze niż świerzb, łupież recydywista i opryszczka razem wzięte, a ja zarażam jak wściekła, mam nawet dwa katalogi paneli, do małej i dużej torebki, zmuszam do oglądania i nakłaniam do opiniowania każdego, kto nie ma siły lub wystarczających pokładów egoizmu, żeby przede mną uciekać.

(Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam moją własną prywatną najlepszą podobną do Jamesa Deana przyjaciółkę, która ciepłym moczem olewa każdy remontowy temat i absolutnie nie daje się wciągnąć w to szaleństwo).

Urządzanie mieszkania to dramat w odcinkach - w dzisiejszych czasach jest tyle ładnych rzeczy, zacnych idei, świetnych inspiracji, że mam stanowczo więcej pomysłów niż metrów kwadratowych do zagospodarowania. Każdy dzień przynosi nowy pomysł, z reguły stojący w sprzeczności z ostatnio obowiązującym... Co więcej, mam cudowną grupę wsparcia, ludzi, którzy jeszcze nie wyrzucili mnie z FB, nie boją się rozmawiać o meblach kuchennych, co więcej - z zapałem podsuwają mi nowe pomysły (które w efekcie frustrują mnie jeszcze bardziej). Na przykład: rozkład pomieszczeń został wymyślony i zaakceptowany już dawno, bez większych sensacji. A tu, przy pierwszej wizycie w eM, pewien mój znajomy od niechcenia rzucił myślą, że stoimy właśnie w miejscu idealnym na garderobę... W pomyśle tym zakochałam się natychmiast niemal tak jak kiedyś w pomysłodawcy:)... Na szczęście szybko wróciłam do pionu, zwoje mózgowe ponownie mi się skręciły i uświadomiłam sobie, ile mam metrów do dyspozycji, i z ciężkim sercem odłożyłam garderobę na tę samą półkę z pomysłami, na której jest już domowa sauna, oranżeria na dachu i piwniczka na wina.

Daruję sobie opowieść o tym, jaką walką człowieka z materią (a właściwie przestrzenią) kończy się u mnie każda wizyta na pinterest.com:/.

Ostatni post zakończyłam zapowiedzią kolejnych tematów, ale nawet tematy życie mi zweryfikowało. Omawiać miałam tajemniczy urok drogich rzeczy, ale sprawa - przynajmniej chwilowo - jest nieaktualna. Dwa tygodnie temu byłam z Izoldą na remontowym szopingu i jak dwie maniaczki wynajdywałyśmy same najdroższe rzeczy... Jeśli cokolwiek przykuwało naszą uwagę, o od razu wiadomo było, że np. za cenę metra tych płytek  łazienkowych mogłaby spokojnie wyżyć przez pół roku wielodzietna rodzina i to wcale nie w którymś z krajów Trzeciego Świata. Dziś jednak dla odmiany udałam się do OBI po wiadra, szpachelki i inne dziewczyńskie drobiazgi, a wróciłam z lampą, która okazała się ostatnim egzemplarzem i została przeceniona o połowę. Dzisiejszy dzień ogłaszam więc dniem okazyjnych zakupów i nie mam złudzeń - nie powtórzy się już pewnie nigdy.

Jeśli zaś chodzi o fachowców...

Znalazłam w internecie ogłoszenie, profesjonalnie opatrzone nawet zdjęciem bohatera z placu budowy, zachęcające do skorzystania z usług glazurnika-szpachlarza. Zadzwoniłam pod podany numer, powiedziałam, czego od tego pana oczekuję, a on potwierdził, że jest w stanie spełnić moje najskrytsze remontowe fantazje. Bajka skończyła się następnego dnia, kiedy to zadzwonił, by beztrosko obwieścić, że już wytrzeźwiał i teraz możemy porozmawiać, bo on nic z naszej rozmowy nie pamięta, poza tym, że się odbyła.

Sposób na fachowca jest jeden - znajomości. Jeśli ktoś kiedyś miał przyjemność stać w kolejce w mięsnym za żoną szwagra kuzyna hydraulika, niech nie waha się tego wykorzystać w rozmowie z tymże hydraulikiem. Fachowcy od remontów są ludźmi rodzinnymi, przyjacielskimi, dla znajomych znajomych zrobią wszystko. Każdy telefon do fachowca (nie licząc omówionego wcześniej), łączył się z koniecznością udzielenia odpowiedzi na pytanie: "A dzwoni pani z ogłoszenia, czy ktoś mnie polecił?". "Z ogłoszenia" to odpowiedź, która skutkuje całkowitym brakiem zainteresowania i "to proszę odezwać się jesienią". "Z polecenia" otwiera każde drzwi, łzy wzruszenia ściskają gardła, atmosfera robi się jak przy ognisku, szumią wierzby, hej sokoły, i jeszcze jeden i jeszcze raz, wszystko dla pani kierowniczki!

Mam to szczęście, że mogłam kilka razy powiedzieć "z polecenia" ponieważ Izolda przeprowadziła błyskotliwą i błyskawiczną akcję zbierania namiarów;). Co z tego wyjdzie - zobaczymy.

Temat parapetów zostawię na kolejny wpis, ponieważ już za kilka dni zajmę się nimi praktycznie, z nadzieją na przywrócenie dawnego blasku parapetom istniejącym.

Uff, błogosławiony, kto dotrwał do końca;).

10 czerwca 2012

Dzień dobry,

długo mnie tu nie było. Sponsorem przerwy jest BGŻ, bank, który od dwóch miesięcy zastanawia się, czy dać mi kredyt na eM czy nie. Inny, miły bank nie miał takich wątpliwości i już dawno wydał zgodę, ja jednak myślałam, że warto poznać opinie wszystkich zainteresowanych. Naiwnie myślałam, że opinię BGŻu poznam jeszcze przed menopauzą, ale się nie zapowiada. Na razie bank pozoruje zainteresowanie moją sprawą za pomocą niezwykle ważnych pytań, ostatnim było: "co klientka studiuje?". Teoretycznie pytanie to ma sens, bo przecież wiadomo, że są studia lepiej i gorzej rokujące. Moje literaturoznawstwo rokuje naprawdę źle, więc mogliby mi dać skierowanie na badania psychiatryczne zamiast kredytu i skończyłaby się nasza przygoda. Oni jednak myślą, i myślą, i myślą... Zastanawiam się, kiedy z mojego wyciągu z konta wydedukują, że ja się raczej kiepsko odżywiam, i zażądają wyników badań z pomiarem tkanki tłuszczowej włącznie. Przecież powinnam jakoś udowodnić, że nie zejdę w ciągu najbliższych 30 lat.

Mam cichą nadzieję, że BGŻ ma dobry monitoring mediów i jutro moje żale trafią na czyjeś biurko;). Jeśli nie, sama osobiście jutro ochrzanię telefonicznie wszystkich pracowników tej szanownej instytucji, bo ile można czekać?!

Jak ciekawostkę załączam kilka zdjęć eM:




Tak, tak, wiem, że zdjęcia z datą to wiocha, ale nie umiałam usunąć;). Jak widać, obecnie w mieszkaniu dominuje kolor żółty i motyw rogów. Kilka drobnych poprawek i będzie pięknie;).

A w następnym odcinku:
- dlaczego panowie od remontu są albo drodzy i zapracowani, albo pijani i do wzięcia?
- dlaczego podobają mi się tylko drogie rzeczy
- case study: parapety - albo nagrobek albo... no właśnie, nic.