26 lipca 2012

Słoneczko szopinguje

Słoneczko, ja ci nie dam rachunku ani faktury, nie ma mowy, masz tu kwit, że kupiłaś, jak już będziesz wiedziała, że źle kupiłaś, to zwrócisz na podstawie tego kwita. A na pewno źle kupiłaś, mogę się założyć, przecież ty nie masz pojęcia, co to jest. Tylko zwrot tak w ciągu kilku dni proszę... Żadnego płacenia kartą, tylko gotówką, bo pewnie pieniądze też ci będę musiał zwrócić, więc prowizji za ciebie nie zamierzam płacić.

Czyli: kupiłam, coś, co się nazywa rozeta, a nawet rozety - sztuk 3. Wygląda to jak metalowy cylinder bez denka, ma związek z jakąś rurą i ze ścianą, i z dziurą w tejże ścianie...

Z miłym starszym panem ze sklepu z artykułami sanitarnymi się nie kłóciłam, nawet na to "słoneczko" nie pyskowałam, zgodnie z przewidywaniami sprzedawcy kupiłam źle, tyle dobrego, że wymieniałam towar, a nie zwracałam. W związku z trzema rozetami byłam w sklepie trzy razy, chyba powinnam wysłać im kartkę na święta.

Kartki na święta póki co nie będę obiecywała mojej ekipie remontowej - choć - odpukać - na razie się sprawdzają. Sprawdzają się, czyli jeszcze nikt im nie umarł, zaliczka na materiały nie przepadła bez wieści, w eM codziennie widzę zmiany, które sprawiają wrażenie zmian na lepsze.

Zmiany na gorsze dostrzegam za to w relacjach z sąsiadami, którzy powiadomili administrację budynku, że składuję gruz przed domem, przez co oni nie mają gdzie parkować. Gruz składuje tak legalnie, jak jest to możliwe, żeby nie było. Obawiam się, że administracja dowiedziałaby się o moim gruzie także wtedy, gdybym wysypywała go do śmietnika (co byłoby akurat uzasadnione), albo wynosiła w kieszeniach i układała pod Pałacem Kultury, prawdopodobnie także wtedy gdybym te budowlane odpady zjadała. Każdy powód jest dla nich dobry do donosu, jak powiedziała mi ze współczuciem administratorka. Mam się pocieszać myślą, że są starzy i wymierają na potęgę. No to się pocieszam.

Skoro temat relacji z ludźmi został poruszony: remont pozwolił mi zweryfikować nieco opinie na temat tzw. przyjaciół i znajomych. Może odrobinę histeryzuję, ale sprawy związane z eM to dla mnie taka mała wojna, a kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie. Świetny test na "bycie ze mną" przeprowadziłam mimowolnie tydzień temu, kiedy stanęłam przed koniecznością zakupienia wstrząsających ilości zaprawy i innych materiałów budowlanych. Wiedziałam dobrze, że za stosowną opłatą zakupy zostaną mi dowiezione i wniesione, miałam jednak mnóstwo obaw, co do przebiegu zakupów w sklepie. Czy będę musiała wziąć koszyk, wrzucić do niego 200 kg zaprawy i jechać do kasy? Poczułam, że dotarłam do granic wyobraźni i postanowiłam poszukać pomocy.

Kapitan Planeta okazał się niedostępny, Batman miał już plany na piątek, postanowiłam więc skorzystać ze wsparcia osób, na które podobno zawsze mogę liczyć. Bardzo szybko odkryłam, że jeśli chodzi o remontowy szoping, pozornie zdrowi i sprawni umysłowo ludzie dostają nagłego niedosłuchu i przelotnej, ale dramatycznej niemocy w zakresie kojarzenia faktów, wyciągania wniosków i interpretacji delikatnych sugestii.

Gwoździem do trumny okazał się ostateczny telefon do ostatecznej instancji, która dotąd deklarowała, że udzielanie mi wsparcia jest jej świętym obowiązkiem. Ostateczna instancja komunikatem "Muszę kupić 200 kg zaprawy" przejęła się bardzo, udzieliła wielu światłych rad, podsunęła kilka pomysłów, zasugerowała wiele rozwiązań, po czym poprosiła o telefon, jak tylko się z tym uporam, bo się martwi i przejmuje.

Koniec końców, do bitwy z zaprawą podeszłam z moją własną najlepszą podobną do Jamesa Deana przyjaciółką u boku. Może nie nadaje się ona do noszenia ton materiałów budowlanych, ale ładnie wygląda i nie ma takiej zaprawy, której nie potrafiłaby wyszydzić. Całkowity brak merytorycznego wsparcia rekompensowała doskonałą zgodnością w ocenie walorów wizualnych pracowników Leroy Merlin.

Relację z zakupów odpuszczę sobie, efekty przyniosły dwojakie: po pierwsze moja ekipa remontowa uznała, że łatwiej będzie, jeśli będą materiały kupowali samodzielnie; po drugie zaś, wiem już na pewno, że duże zakupy w markecie budowlanym to nie jest żaden problem. Absolutnie nie trzeba tachać 200 kg zaprawy do kasy.

Od autorki: opowiadanie oparte na faktach. Wszelkie podobieństwo... bla bla bla... jest świadome i zamierzone. Uwaga! W tekście nie znalazło się żadne odniesienie do Izoldy, która w tych dramatycznych chwilach przeżywała własne, nie mniej dramatyczne, przygody w szpitalu. Ze szpitalnego łoża udzielała mi pełnego wsparcia psychicznego. Co więcej, doskonale wpisywała się w wojenny klimat zdarzeń, jest wojna, są ranni. Czuwaj!

A oto eM:



Wbrew pozorom, to też jest zmiana na lepsze:


14 lipca 2012

Feminizm albo remont, czyli baj baj ideały

Tutaj ma pani takie specjalne naklejki - powiedział pan monter drzwi zewnętrznych, wręczając mi listek z zaślepkami. - Jak już się remont skończy, ponakleja je pani na wszystkie śruby, żeby nie było ich widać. Na śruby, nie na paznokcie, hehehehe.

Pan monter zarżał, zarżał kolega montera, a eN spuściła oczy i zachichotała, w myślach spychając typa ze schodów. Naklejeczki włożyła do torebeczki, jest nadzieja, że użyje ich prawidłowo. Chichot jest reakcją bardzo dobrą, sprawdził się już kilka dni później, kiedy hydraulicy ujawnili, że "lubią sobie popatrzeć na inwestorkę". 

Moja feministyczna dusza pcha mnie do mordobicia, pozwu sądowego i palenia opon pod Sejmem, ale, na boginię, kto by mi wówczas zamontował te cholerne drzwi? Kto by mi zrobił podłączenie pod sedes i prysznic, komu bym zawdzięczała zlew w kuchni? Siostrom w feminizmie? Judith Butler, Simone de Beauvoir, Kazi Szczuce chociaż?

Zawsze mnie drażnił tekst "Feminizm kończy się wtedy, gdy trzeba wnieść szafę na 10. piętro", obecnie mogę się pod nim podpisać. Panów nawracać nie mam zamiaru, a wodę lubię sobie czasem spuścić, więc ostre riposty zostawiam na inną okazję. Podobno kobieta powinna być damą w salonie, dziwką w łóżku i kucharką w kuchni. Niniejszym dodaję do tego: słodką idiotką w czasie remontu.

Od czasu ostatniego postu eM dorobiło się drzwi wejściowych, okien, instalacji elektrycznej i hydraulicznej. Miało też zacząć dorabiać się ścian i innych dosyć potrzebnych drobiazgów, ale w związku z osobistą katastrofą wykończeniowca, kolejny etap rozpocznie się w poniedziałek. To znaczy: mam nadzieję, że się rozpocznie. Pewien mój znajomy, człowiek mądry i życiowo doświadczony, powiedział mi, że nie powinnam wierzyć w dramaty, choroby i zgony bliskich, które stają się przyczyną opóźnień w remontach, bowiem ekipy remontowe to naród leniwy i zakłamany, a problemy rodzinne to ich ulubiona odmiana ściemy. Nie wiem, nie wiem, na razie wierzę i współczuję, ale wciąż słyszę w głowie nieznośne tykanie, które nie jest zegarem biologicznym, lecz świadomością, że z końcem lipca stracimy z Izoldą dach nad głową.  

Zdjęcie jest niewyraźne, lecz niesie optymistyczne przesłanie: najprawdopodobniej będę miała światło:)



Mimo że "każda wizyta inwestorki spowalniała pracę", część hydrauliczną uważam za zakończoną:



Odrobina wyobraźni wystarczy, żeby na tym zdjęciu dostrzec kuchnię:



2 lipca 2012

Komunikat z frontu

Mawia się, że za każdym silnym mężczyzną stoi jeszcze silniejsza kobieta. Osobiście uważam, że za każdą silną kobietą stoją jeszcze silniejsi rodzice.

Dobrzy ludzie, którzy powołali mnie na świat, wyedukowali, wykarmili do granic chorobliwej nadwagi i wpoili głębokie przekonanie o mojej nieuleczalnej i bezdyskusyjnej niezwykłości, zrezygnowali z tegorocznego urlopu i zamiast na Malediwy wybrali się do Warszawy, olewając słoneczną plażę na rzecz mojego remontu. Gdyby nie przyjazd rodziców, byłabym obecnie z remontem w totalnej dupie, najprawdopodobniej przechodziłabym właśnie załamanie nerwowe, leżałabym w łóżku i czekała na śmierć, wsłuchując się w szmer rosnących na nogach włosów (nogach moich, nie łóżka). Oczywiście na ostatniej prostej mój ukochany bank musiał narobić problemów, więc ostatni tydzień spędziłam na walce o różne papierki, w nieprzerwanym kontakcie z doradcą kredytowym i notariuszem wywierającym presję. Dodatkowo oddawałam się pracy zarobkowej przez osiem godzin każdego dnia, czyli łatwo nie było. 

Ostatecznie w czwartek udało się podpisać ten cholerny akt, a w wyniku obecności rodziców mieszkanie jest całkowicie pozbawione ścianek działowych, czeka na wykończeniowca, na którego zresztą przeprowadzony został casting, a ja sobie spokojnie mogę uprawiać grafomanię na blogu i nie martwić się o nic, no może poza grzejnikiem do łazienki. I zlewem do kuchni. Panelami, sufitami i ... No dobrze, sporo jest spraw, o których muszę pomyśleć, ale wszystko jest lepsze niż ogarnianie gruzu.

Co do wykończeniowca (oraz hydraulika i elektryka - rodzice zebrali dla mnie wszystkie Pokemony), urocza ciekawostka: wszyscy panowie ds. remontu jak jeden mąż uznali mnie za gówniarę. Wykończeniowiec wziął mnie za dziecko, stolarz myślał, że dopiero zaczynam studia w Warszawie, wszyscy mieli zawał, kiedy dowiadywali się, że to ja tu jestem inwestorką i nie będzie pogaduszek z moim tatą, tylko ze mną należy się kontaktować. Mogłabym użyć tu mocnych i niepotrzebnych słów jak "seksizm", ale bitch, plis, nie chodziło tylko o moją płeć, ale o wiek również, a dla kobiety dobijającej do 30tki nie ma większego komplementu niż zostać uznaną za niekumatego podlotka. Od tej pory wiem już, że zawsze jak mi będzie smutno, będę się umawiała z jakimś glazurnikiem. 

Żeby tak całkowicie nie pozbawiać się zasług remontowych, spieszę donieść, iż osobiście zajęłam się parapetami. Moje eM (Boże, MOJE!) posiada trzy okna, z czego łatwo wydedukować, że są tam trzy parapety. Jeden jest drewniany, więc do niczego się już nie nadaje, dwa pozostałe to staroświeckie lastryko pokryte bardzo licznymi warstwami farby olejnej. Parapety są w tym mieszkaniu niezwykle ważne, ponieważ mają po 50cm szerokości i stanowią jeden z głównych powodów, dla których postanowiłam właśnie w to lokum zainwestować. Na tych parapetach stać będą parapetówkowe litry wódki, a nawet śledzie (pieczonego dzika dałoby się położyć na takiej powierzchni), na tych parapetach zamierzam robić wiele ciekawych rzeczy (na przykład podglądać sąsiadów, żeby móc ich potem obgadywać z nawiedzoną sąsiadką z parteru, która niestrudzenie od 50 lat poluje na Żydów), więc byle co to nie może być. 

Mili panowie od okien proponowali mi parapety - obrzydliwe, łososiowe coś, dzięki czemu czułabym się, jakbym mieszkała w banku, a ostatnio zbyt często się tak czuję (przeklęty BGŻ), więc unikam takich pułapek w eM. Jeden z panów od okien wskazał mi jednak inną drogę: renowacja starych! Lastryko nie brzmi seksi, kojarzy się raczej z nagrobkiem (jeśli dla kogoś "nagrobek" brzmi seksi to bardzo proszę o zaprzestanie czytania, bo to jest blog dla porządnych ludzi), ale - jak wskazuje przykład parapetów znajdujących się na klatce schodowej mojej kamienicy - wylaszczone wygląda naprawdę dobrze. 

Zaopatrzyłam się więc w środek do ściągania starej farby (sprzedają takie cuda w marketach budowlanych, nie należy wierzyć w info na opakowaniu, że to niby jest wydajne, hurtowe ilości idą) i rozpoczęłam prace renowacyjne. Na razie jestem po zdjęciu farby, a przed impregnacją, więc dokumentacji foto nie będzie, dopóki efekty nie będą powalały. Nie mniej jednak, środek działa zabójczo. Przez całe życie myślałam, że najlepszą strategią konfliktową jest ponure milczenie, sarkastyczne uwagi wygłaszane półgłosem albo patrzenie z wyrzutem. Teraz już wiem, że jak ktoś mi podpadnie, zastosuję środek do parapetów - przeżre skubany wszystko, kwas solny może się schować. Dzisiaj zdążyłam już żałować, że nie mam go przy sobie, kiedy spocony tłum napierał na mnie w autobusie.

A teraz odrobina optymizmu - ta zieleń to środek Warszawy, panie!


A tu trochę mniej optymistycznie, ale to chwilowe - będzie pięknie;).