2 lipca 2012

Komunikat z frontu

Mawia się, że za każdym silnym mężczyzną stoi jeszcze silniejsza kobieta. Osobiście uważam, że za każdą silną kobietą stoją jeszcze silniejsi rodzice.

Dobrzy ludzie, którzy powołali mnie na świat, wyedukowali, wykarmili do granic chorobliwej nadwagi i wpoili głębokie przekonanie o mojej nieuleczalnej i bezdyskusyjnej niezwykłości, zrezygnowali z tegorocznego urlopu i zamiast na Malediwy wybrali się do Warszawy, olewając słoneczną plażę na rzecz mojego remontu. Gdyby nie przyjazd rodziców, byłabym obecnie z remontem w totalnej dupie, najprawdopodobniej przechodziłabym właśnie załamanie nerwowe, leżałabym w łóżku i czekała na śmierć, wsłuchując się w szmer rosnących na nogach włosów (nogach moich, nie łóżka). Oczywiście na ostatniej prostej mój ukochany bank musiał narobić problemów, więc ostatni tydzień spędziłam na walce o różne papierki, w nieprzerwanym kontakcie z doradcą kredytowym i notariuszem wywierającym presję. Dodatkowo oddawałam się pracy zarobkowej przez osiem godzin każdego dnia, czyli łatwo nie było. 

Ostatecznie w czwartek udało się podpisać ten cholerny akt, a w wyniku obecności rodziców mieszkanie jest całkowicie pozbawione ścianek działowych, czeka na wykończeniowca, na którego zresztą przeprowadzony został casting, a ja sobie spokojnie mogę uprawiać grafomanię na blogu i nie martwić się o nic, no może poza grzejnikiem do łazienki. I zlewem do kuchni. Panelami, sufitami i ... No dobrze, sporo jest spraw, o których muszę pomyśleć, ale wszystko jest lepsze niż ogarnianie gruzu.

Co do wykończeniowca (oraz hydraulika i elektryka - rodzice zebrali dla mnie wszystkie Pokemony), urocza ciekawostka: wszyscy panowie ds. remontu jak jeden mąż uznali mnie za gówniarę. Wykończeniowiec wziął mnie za dziecko, stolarz myślał, że dopiero zaczynam studia w Warszawie, wszyscy mieli zawał, kiedy dowiadywali się, że to ja tu jestem inwestorką i nie będzie pogaduszek z moim tatą, tylko ze mną należy się kontaktować. Mogłabym użyć tu mocnych i niepotrzebnych słów jak "seksizm", ale bitch, plis, nie chodziło tylko o moją płeć, ale o wiek również, a dla kobiety dobijającej do 30tki nie ma większego komplementu niż zostać uznaną za niekumatego podlotka. Od tej pory wiem już, że zawsze jak mi będzie smutno, będę się umawiała z jakimś glazurnikiem. 

Żeby tak całkowicie nie pozbawiać się zasług remontowych, spieszę donieść, iż osobiście zajęłam się parapetami. Moje eM (Boże, MOJE!) posiada trzy okna, z czego łatwo wydedukować, że są tam trzy parapety. Jeden jest drewniany, więc do niczego się już nie nadaje, dwa pozostałe to staroświeckie lastryko pokryte bardzo licznymi warstwami farby olejnej. Parapety są w tym mieszkaniu niezwykle ważne, ponieważ mają po 50cm szerokości i stanowią jeden z głównych powodów, dla których postanowiłam właśnie w to lokum zainwestować. Na tych parapetach stać będą parapetówkowe litry wódki, a nawet śledzie (pieczonego dzika dałoby się położyć na takiej powierzchni), na tych parapetach zamierzam robić wiele ciekawych rzeczy (na przykład podglądać sąsiadów, żeby móc ich potem obgadywać z nawiedzoną sąsiadką z parteru, która niestrudzenie od 50 lat poluje na Żydów), więc byle co to nie może być. 

Mili panowie od okien proponowali mi parapety - obrzydliwe, łososiowe coś, dzięki czemu czułabym się, jakbym mieszkała w banku, a ostatnio zbyt często się tak czuję (przeklęty BGŻ), więc unikam takich pułapek w eM. Jeden z panów od okien wskazał mi jednak inną drogę: renowacja starych! Lastryko nie brzmi seksi, kojarzy się raczej z nagrobkiem (jeśli dla kogoś "nagrobek" brzmi seksi to bardzo proszę o zaprzestanie czytania, bo to jest blog dla porządnych ludzi), ale - jak wskazuje przykład parapetów znajdujących się na klatce schodowej mojej kamienicy - wylaszczone wygląda naprawdę dobrze. 

Zaopatrzyłam się więc w środek do ściągania starej farby (sprzedają takie cuda w marketach budowlanych, nie należy wierzyć w info na opakowaniu, że to niby jest wydajne, hurtowe ilości idą) i rozpoczęłam prace renowacyjne. Na razie jestem po zdjęciu farby, a przed impregnacją, więc dokumentacji foto nie będzie, dopóki efekty nie będą powalały. Nie mniej jednak, środek działa zabójczo. Przez całe życie myślałam, że najlepszą strategią konfliktową jest ponure milczenie, sarkastyczne uwagi wygłaszane półgłosem albo patrzenie z wyrzutem. Teraz już wiem, że jak ktoś mi podpadnie, zastosuję środek do parapetów - przeżre skubany wszystko, kwas solny może się schować. Dzisiaj zdążyłam już żałować, że nie mam go przy sobie, kiedy spocony tłum napierał na mnie w autobusie.

A teraz odrobina optymizmu - ta zieleń to środek Warszawy, panie!


A tu trochę mniej optymistycznie, ale to chwilowe - będzie pięknie;).






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz