19 sierpnia 2012

De jak DOM

Dzisiejszy wpis może wielu rozczarować. Czekać na niego trzeba było długo - jakby było na co, zdjęć nie ma, treści właściwie też nie, gdyż nadszedł czas na podziękowania. Tak, podziękowania - ostatni post wyrażający smutek na tle niemal całkowicie samodzielnego ciągnięcia remontu zaowocował totalnym pomocowym szaleństwem. Krewni, znajomi, znajomi znajomych, PCK, Caritas i dzieci z Sudanu postanowiły pomóc mi w walce o własny kawałek podłogi.

W efekcie eM ma obecnie wszystko poza wspomnianą podłogą, która to pojawi się we wtorek. Brzmi to dosyć optymistycznie, ale należy brać pod uwagę, że brak podłogi oznacza straszny pył i kurz. Mieszkanie zamieszkały już nasze koty i po kilku dniach są znacznie brudniejsze niż zwykłe śmietnikowce. Kurz i pył nie zmienią jednak faktu, że jest pięknie. Ściany mają kolory, mieszkanie ma klimat, duszę i wszystko, co potrzebne jest by awansować z eM na DOM.

Nie byłoby to możliwe, gdyby nie:

mój tata - ten dobry człowiek z Olsztyna poświęcił swój urlop, żeby remontować mieszkanie córeczki, a przecież mógł remontować w tym czasie własne, żona jego (a matka moja) na pewno znalazłaby mu jakieś przyjemne zajęcie domowo-ogródkowe;)

moja mama - mózg operacji, stacjonujący co prawda w Olsztynie, ale kontrolujący sytuację dzięki darmowym rozmowom w pewnej sieci komórkowej. Tak naprawdę wkład mamy w przedsięwzięcie pojawił się już jakieś 30 lat temu, kiedy niezwykle trafnie wybrała mi ojca.

P. - najlepszy człowiek na świecie i najlepsze, co mi praca dała - cenniejszy niż zdolność kredytowa i składki emerytalne oraz karta Benefit Multisport. Chłopak z wałkiem urodzony, pracowity, uczynny, bezinteresowny... Mam nadzieję,  że szybko zainwestuje w swoje eM lub kawał pola chociaż, żebym mogła się odwdzięczyć ciężką pracą fizyczną. "Dziękuję" to stanowczo za mało, zasoby polszczyzny są zbyt ubogie, by wyrazić moją wdzięczność.

Izolda - gdyby nie jej rozległe kontakty towarzyskie, nie siedziałabym teraz na wygodnej kanapie w pewnym przyjemnym mieszkaniu. Choć lekarz zabronił, walczyła z farbą, taszczyła graty, wzięła na siebie doprowadzenie do porządku naszej stancji. Dzięki L4 jest dyspozycyjna o różnych chorych porach dnia i może np. wpuszczać elektryka do eM w dzień pracujący o 9:00 rano. Wydarzenia ostatnich tygodni sprawiają, że zaczynam rozumieć mężczyzn, którzy chcą mieć żonę w domu. Mam i polecam.

kolektyw AA, czyli pewna tryskająca energią i weną twórczą małolata oraz tryskająca szyderstwami moja podobna do Jamesa Deana przyjaciółka - zapału miały tyle, że obawiałam się, czy ścian mi wystarczy, ale hmm... wystarczyło;). Nie mniej jednak, misja się powiodła - kiedyś będziemy mogły zadumać się i westchnąć: "a pamiętasz, jak malowałyśmy tę ścianę...". Sugestię młodszej połowy kolektywu - "madżenta" - na zawsze wyryłam w pamięci, choć nie obiecuję, że kiedyś przeniosę na ścianę;).

P. - przybył, choć złe kilometry dzieliły nas. Zjadł obiad, choć nikt inny się nie odważył. Malował, choć nie potrafi. Może nie odcisnął szczególnego piętna na mojej ścianie, ale naprawdę dobrze wyglądał na drabinie. Prawdopodobnie stracił spodnie w wyniku zbytniej zażyłości z farbą. Obiecuję, następnym razem będą naleśniki i czysta podłoga. Wałka nawet z daleka nie zobaczysz;).

A. - bohater ostatniego odcinka, czyli ostatnia warstwa farby na ostatnich dwóch ścianach jako trwały wkład w eM. Z mniej trwałych odnotować należy interwencyjne uprowadzenie mnie na lody, kiedy ekipa remontowa doprowadziła mnie do załamania nerwowego. Współautor koncepcji kolorystycznej, ojciec chrzestny mojej sypialni. Gdyby za godziny spędzone na rozmowach ze mną o kolorach dostawał pieniądze, byłby już milionerem.

Emi - na razie dziękuję za rady, wsparcie i pomysły z daleka, ale czuję, że powodów do wdzięczności będzie więcej;). Wpadaj jak najszybciej, eM potrzebuje solidnej dawki księżniczkowości;).

Daniel - jedyny profesjonalista w tym zamieszaniu. Wciąż nie rozumiem, czemu jeszcze odbiera ode mnie telefony, zwłaszcza te w środku nocy, kiedy gorączkowo usiłuję opisać kolor ściany, chociaż znam się na tym jak stereotypowy facet. Może lepiej przestań, bo wiesz, że wisi nad nami temat kuchni;P.

Jeśli kogoś pominęłam - przepraszam. W ostatnich słowach tego przydługiego postu chciałabym jeszcze wyrazić wdzięczność sąsiadom, że mimo wszystko nie przeszkadzali mi za bardzo i nie nasłali na mnie policji.

Ufff, nie martwcie się, następny post nie będzie już tandetnym wyciskaczem łez;). Będą foty, będą jaja, będzie akcja... a przede wszystkim, będzie już napisany z eM.

Czuwaj!

2 komentarze:

  1. Izolda:
    Że tak to ujmę.
    'Słoneczko', ja jestem chyba najmniej bezinteresownym pomocnikiem w tej całej akcji. Jak już minie parę lat i będziesz chciała w moim pokoju upchnąć męża i dzieci, tudzież same dzieci bo mąż będzie łaskawie dopuszczony na miejsce Weny, więc wtedy ja stawię opór i zaśpiewam, że "mój jest ten kawałek podłogi" a dzieci mogą spać pod zlewem (chyba, że w międzyczasie jednak dorobimy się szafek, wtedy na kanapie). Wykurzać mnie będziesz gazem łzawiącym bądź zawartością kuwety Wtorka ;)

    Z serii wspominkowej i wyciskającej łzy z oczu: a pamiętasz, jak rozpoczynałyśmy flatwalking...?

    Chciałam też z tego miejsca pozdrowić serdecznie Twoją mamę, która o zdrowie me troszczy się na równi z moją własną :)

    OdpowiedzUsuń
  2. D jak Dom i N jak Nominacja. Moja Panno, jesteś nominowana do łańcuszka, które tak uwielbiasz! hłe hłe hłe :)

    http://tekstualna.blogspot.com/2012/09/gruby-ancuch-nie-jest-zy.html

    OdpowiedzUsuń