11 września 2012

Parapet dla małej księżniczki - zrób to sam!

Wiele... Nie, bardzo wiele, a nawet: stanowczo zbyt wiele razy ładowałam energię, siły, zapał, entuzjazm i inne pozytywne rzeczy w misje całkowicie pozbawione sensu. Wiele razy, choć wszystko wokół zdawało się krzyczeć, że z gówna pałacu nie ulepię, twardo pracowałam na siwe włosy i nerwicę, choć ostatecznie okazywało się, że nie było warto.

Kilka razy razy myślałam, że mój remont to jedna z takich właśnie imprez, skazanych na spektakularną porażkę: kiedy pieniądze znikały z konta stanowczo zbyt szybko, kiedy wychodziły na jaw kolejne remontowe niedoróbki, kiedy pan układający panele zapowiadał, że szybciej państwo zacznie refundować antykoncepcję niż ja będę miała podłogę... 

Mamy jednak 11 września 2012 roku, dochodzi godzina 22:00, a ja siedzę w moim eM na mojej kanapie, laptopa trzymam na kolanach, bo stolik należy do kotów, radio gra piosenki, które wszyscy znamy, w piekarniku dojrzewa prowiant na jutrzejszą kolację dla przyjaciół, a pod stopami bez wątpienia mam panele, żadnego gruzu, klepiska, ani nawet bagna. 

Niniejszym postem rozpoczynam serię wpisów "od zera do pani na włościach". Jeśli komuś niniejsza seria trącać będzie córką premiera (a mam już takie głosy od osób, które zapoznały się z dokumentacją fotograficzną!) to bardzo proszę o podkręcenie odbiorników, założenie okularów, konsultację z lekarzem lub kilka gwałtownych konfrontacji głowy ze ścianą;). 

Zaczęło się od parapetów... Od parapetów zaczęła się moja miłość do eM. Na parapecie spożyłam pierwszy posiłek z Izoldą. Salonowo-kuchenny parapet jako pierwszy uległ zdecydowanej metamorfozie. 

Patrząc na poniższe zdjęcia można dojść do wniosku, że skoro pokochałam eM z powodu parapetów to... gust mam spaczony, a nawet zły, wybierając nie tylko mężczyzn;). 





W miniony weekend pojawiła się u mnie Emi, moja naczelna konsultantka wystrojowa (oraz kulinarna, a także ubraniowa, sercowa, itd., itp.), czyli firma E for Event. Dobry gust Emilki (nieskromnie powiem, że kompatybilny z moim równie doskonałym smakiem) plus wyroby jej firmy zmieniły mój parapet salonowo-kuchenny w marzenie każdej młodej damy oraz realizatorów reklamy Raffaello;). 

Raffaello musi jednak poczekać, ponieważ parapet natychmiast został doceniony oraz zamieszkany:





Relacja Emi z pobytu w eM znajduje się tutaj.

A jak to się stało, że się tak pozmieniało?

Na początku była błyskotliwa idea oraz wykonanie parapetu z sosnowego drewna nabytego w pewnym markecie budowlanym - jedno i drugie: TATA <3.

Parapet zamontowali panowie budowlańcy, a ja go pracowicie pomalowałam kilkakrotnie takim specjalnym mazidełkiem, które drewno wybiela, lecz nie pokrywa całkowicie (jeśli ktoś jest zainteresowany, mogę poszukać puszki i uzyskać bardziej szczegółowe informacje na temat tego specyfiku).  

Następnie stoczyłam straszliwą walkę człowieka z materią, by dojść do wniosku, że wszystkie rolety dostępne w tej części kraju są zwyczajnie brzydkie i idę w karnisze, czego efektem była konieczność zgłębienia tematu zasłon. 

Na koniec przyjechała Emi i pompony - o dziwo, koty nie są nimi zainteresowane (odpukać). Uskuteczniłyśmy wycieczkę do Ikei, by nabyć drogą kupna materiał, który teoretycznie nie jest zasłonką, ale nie protestował, gdy tak właśnie został powieszony. Uwagę wszystkich na pewno przykuło szklane coś stojące na parapecie - to szklarnia, która cudownie wygląda, a w wersji oficjalnej pozwala uchronić rośliny przed kotami. Bzdura, chodziło tylko o to, jak pięknie się prezentuje na parapecie:). 

Do parapetu doskonale pasowały moje Vogue'i, zwiezione z różnych miejsc przeze mnie i osoby znające moją małą manię (ok, teraz to nawet dla mnie trąca Tuskówną) oraz inne dziewczyńskie badziewia, które tworzą teraz tę atmosferę dziewczyńsko-słitaśną, która cieszy mnie jak diabli;). 

A w następnym odcinku: tapicerowanie mebli jako atrakcyjny pomysł na małą imprezkę:). 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz