18 kwietnia 2013

Po mojemu

O. rozejrzała się niepewnie i usiadła na skraju kanapy, przyciskając do siebie torebkę. Gdyby przez eM przechodził właśnie jakiś policjant, byłby z niej bardzo dumny: idealnie wykonała wszystkie przykazania pasażerki komunikacji miejskiej - bagaż przed sobą, zapięciem do ciała, itd. 

- Może postawisz ją tutaj, albo tu, albo tam? - zapytała Perfekcyjna Pani Domu eN, wskazując kolejne potencjalne miejsca umiejscowienia torebki.

- Nie, nie. Tak tu u ciebie szaro i zimno, że tylko przytulając się do torebki, czuję się bezpiecznie. 

Czyli jak się urządzić i nie zwariować.

Temat społecznego odbioru wystroju wnętrza dałoby się spokojnie załatwić klasycznym: "o gustach się nie dyskutuje", ale nie po to urodziłam się z nieuleczalną grafomanią, żeby cokolwiek jednym zdaniem (a zwłaszcza równoważnikiem!) zamykać. 

Sprawę widzę poważną i widzę ją w co najmniej dwóch aspektach:

Po pierwsze: życzliwi krytykanci. 

Życzliwy krytykant to człowiek poniekąd bliski. Osoba, którą wpuszcza się do domu, być może nawet do tego domu zaprasza. Sadza się taką osobę na kanapie, podaje kawę-herbatę, ciasteczka (jak są), kota do pogłaskania. Krytykant rozgląda się czujnie i życzliwie sugeruje zmianę koloru ścian. Wymianę mebli. Inne ustawienie, a w ogóle to - na Boga! - czemu kamienica? I czemu na Woli? Właściciel omawianego mieszkania stara się nie udusić się sernikiem tudzież nie udusić gościa poduszką. Przeżywa kryzys i załamanie. W myślach wyzywa siebie od najgorszych oferm, potem wyzywa gościa i ostatnich sześć pokoleń jego rodziny, na końcu czuje ścisk w gardle i nie wie już, czy to łzy czy jad. 

Ok, krytyka boli zawsze. Krytyka mieszkania uderza w godność silniej niż bycie przyłapanym na... hmm. Myślałam o dłubaniu w nosie i jedzeniu smarków, ale nie, to nadal nie jest tak upokarzające jak krytyka wystroju mieszkania.

Sposobów na ukaranie krytykanta nie mogę omawiać, bo wszystkie poza wyrzuceniem ze znajomych na fejsbuku są mało legalne. Poradzić sobie trzeba nie z krytykantem, ale z krytyką. Na krytykę mieszkania pomaga tylko jedno: spokój wynikający z pewności, że moje mieszkanie jest takie, jakie powinno być. MOIM ZDANIEM. A jeśli jeszcze nie jest, to będzie. I żadna krytyka mnie nie interesuje. Jak komuś jest zimno - służę kocem, ja lubię szarości i nara. 

Tu się jednak pojawia aspekt drugi: jak to zrobić, żeby u mnie było po mojemu, gdy wokół tylu sprzyjających ludzi? No właśnie, sprzyjający ludzie. 

Sprzyjający ludzie to dar i przekleństwo. Na każdym, na każdym etapie urządzania mieszkania panikowałam, nie umiałam podjąć decyzji, szukałam pomocy i wsparcia, dobrego człowieka z narkotykami, który pozbawiłby mnie świadomości i sam wybrał panele. Sprzyjających ludzi nigdy nie brakowało. 

Efektem korzystania z bardzo wielu rad bardzo wielu osób było chociażby kilkakrotne zwracanie (bez skojarzeń fizjologicznych) farb w Leroy. Schemat był prosty: byłam na zakupach ze sprzyjającym człowiekiem, człowiek doradził, jak umiał, a ja w domu odkrywałam, że mam wielkie opakowanie czegoś, czym nawet garażu bym nie wymalowała. Nie mój stajl, nie mój klimat, w ogóle nie ja. Podejrzewam, że na etapie mojego zaopatrywania się w farby, zarząd Leroy poważnie rozważał rezygnację z przyjmowania zwrotów. 

Sposobem na sprzyjających ludzi jest ich właściwy dobór. Czyli: nie każdy człowiek, który nie ucieka, kiedy wyciągam katalog z drzwiami wewnętrznymi, jest moim przyjacielem. W ogóle słowo "przyjaciel" nie ma większego znaczenia, gdy przychodzi czas castingu na wsparcie ws. decyzji mieszkaniowych. Moja własna, najlepsza, podobna do Jamesa Deana przyjaciółka, która sprawdza się w każdym kryzysie i w której towarzystwie zamierzam kiedyś urodzić dziecko, w sprawach wnętrz autorytetem nie jest. Tzn. jest, jeśli za sprawy wnętrza uznamy rozwój duchowy albo degradację moralną, ale nie tapety i sztukaterie. Cynizm, sarkazm, orgazm - tak, ale  dylemat "normandzkie mgły czy navy blue" zostawmy komuś innemu.

Kluczem doboru grupy wsparcia powinien być podobny gust. Jeśli mam koleżankę (a mam), której szafę mogłabym przejąć bez żadnych ale, a każde jej buty kocham jak własne, to prawdopodobnie fale mamy też podobne w sprawach wnętrzarskich. Jeśli mam kolegę (a mam), którego chłopców spokojnie widziałabym przy własnym boku, to można zaryzykować założenie, że podobnie oceniamy też walory płytek łazienkowych. Jeśli mam byłego chłopca (a mam)... ok, tutaj krótka piłka. Raz w życiu udowodnił, że ma dobry gust (JA) i od tej pory może być w sprawach gustu ekspertem w Wielkiej Grze.

Oczywiście, w teorii wygląda to wszystko ładnie i prosto. W praktyce, gdy nadchodzi czas decyzji, wsparcia szuka się u każdego, kto nie ucieknie. 

Teoretycznie powinnam zakończyć to jakimś zdaniem moralizatorskim, wspierającym wszystkich borykających się z decyzjami mieszkaniowymi, ale w praktyce byłam dziś w Leroy i nic nie kupiłam, choć się rozglądałam za kilkoma rzeczami, czyli ratuj się kto może:).



11 kwietnia 2013

Kiedy pytają mnie, jak się mieszka w eM...

Tego się nie da opisać. W eM mieszka się świetnie, cudownie, wspaniale. Nie mam pojęcia, na czym to polega - niby mieszkanie jak każde, co więcej - gorsze nawet, bo w mieszkaniach zwykle jednak bywa kuchnia. Czy inne jakieś drobiazgi, których wciąż mi trochę brakuje. A jednak - eM nie ma sobie równych.

Na niedostatki eM jestem głucha i ślepa. Ciężki dzień w pracy, przeprawa ze studentami, którzy wymienili mózgi na smartfony, nieuprzejma ekspedientka, zapchany autobus? Don't worry, zaraz będziesz w eM! W moim eM zawsze świeci słonce, w eM nigdy nie spotka mnie nic złego! Nie ma znaczenia, że na wejściu otula mnie bryza z kociej kuwety. Nie ma znaczenia, że trzy razy dziennie moi sąsiedzi udowadniają, że nie mają problemu z potencją, a wyraźnie czują potrzebę podzielenia się tą dobrą nowiną z całą dzielnicą... Nie ma znaczenia, że czasem dla dobra eM muszę zmarnować 2,5 godziny na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej.

(No ok, nie zmarnowałam tego czasu, czego dowodem jest interakcja z sąsiadką. Interakcja polegała na lekkim szturchnięciu i zatroskanym pytaniu sąsiadki: "Pani, śpisz?". Pani nie spała, pani po prostu zbierała sił na drogę do domu, domku, domeczku...)

Tajemnica eM zapewne tkwi w fakcie jego posiadania - jest moje tak bardzo, że już mojsze być nie może. Byłam przy jego narodzinach, znam każdą cholerną rurę, nierówność wylewki pod parkietem, wiem, co się kryje za podwieszanym sufitem. 

Przewrotnie można to interpretować tak, że szczęście i poczucie bezpieczeństwa czerpię z posiadania kredytu, który jeszcze wnuki moich wnuków będą spłacać. Człowiekowi jarającemu się taką kulą u nogi pewnie pierwsza zarzuciłabym poważne zaburzenia psychiczne, ale kiedy chodzi o mnie i o eM...

Oczywiście pamiętam, że ten post miał być zupełnie o czymś innym. Miał być pół roku temu. Miałam wtedy udowodnić, że jestem prawdziwą panią na włościach, że spełniam się w pobliżu piekarnika (bez skojarzeń z zatruciem gazem), kuchareczka, że hoho. Umówmy się tak: ja opublikuję zdjęcie tego, co upiekłam po moim buńczucznym poście zapowiadającym rewolucję w cukiernictwie. W zamian za to nikt mnie nigdy nie zapyta już o nic kulinariami trącającego, a ja się postaram pisać o rzeczach, które dla odmiany mi wychodzą.