11 kwietnia 2013

Kiedy pytają mnie, jak się mieszka w eM...

Tego się nie da opisać. W eM mieszka się świetnie, cudownie, wspaniale. Nie mam pojęcia, na czym to polega - niby mieszkanie jak każde, co więcej - gorsze nawet, bo w mieszkaniach zwykle jednak bywa kuchnia. Czy inne jakieś drobiazgi, których wciąż mi trochę brakuje. A jednak - eM nie ma sobie równych.

Na niedostatki eM jestem głucha i ślepa. Ciężki dzień w pracy, przeprawa ze studentami, którzy wymienili mózgi na smartfony, nieuprzejma ekspedientka, zapchany autobus? Don't worry, zaraz będziesz w eM! W moim eM zawsze świeci słonce, w eM nigdy nie spotka mnie nic złego! Nie ma znaczenia, że na wejściu otula mnie bryza z kociej kuwety. Nie ma znaczenia, że trzy razy dziennie moi sąsiedzi udowadniają, że nie mają problemu z potencją, a wyraźnie czują potrzebę podzielenia się tą dobrą nowiną z całą dzielnicą... Nie ma znaczenia, że czasem dla dobra eM muszę zmarnować 2,5 godziny na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej.

(No ok, nie zmarnowałam tego czasu, czego dowodem jest interakcja z sąsiadką. Interakcja polegała na lekkim szturchnięciu i zatroskanym pytaniu sąsiadki: "Pani, śpisz?". Pani nie spała, pani po prostu zbierała sił na drogę do domu, domku, domeczku...)

Tajemnica eM zapewne tkwi w fakcie jego posiadania - jest moje tak bardzo, że już mojsze być nie może. Byłam przy jego narodzinach, znam każdą cholerną rurę, nierówność wylewki pod parkietem, wiem, co się kryje za podwieszanym sufitem. 

Przewrotnie można to interpretować tak, że szczęście i poczucie bezpieczeństwa czerpię z posiadania kredytu, który jeszcze wnuki moich wnuków będą spłacać. Człowiekowi jarającemu się taką kulą u nogi pewnie pierwsza zarzuciłabym poważne zaburzenia psychiczne, ale kiedy chodzi o mnie i o eM...

Oczywiście pamiętam, że ten post miał być zupełnie o czymś innym. Miał być pół roku temu. Miałam wtedy udowodnić, że jestem prawdziwą panią na włościach, że spełniam się w pobliżu piekarnika (bez skojarzeń z zatruciem gazem), kuchareczka, że hoho. Umówmy się tak: ja opublikuję zdjęcie tego, co upiekłam po moim buńczucznym poście zapowiadającym rewolucję w cukiernictwie. W zamian za to nikt mnie nigdy nie zapyta już o nic kulinariami trącającego, a ja się postaram pisać o rzeczach, które dla odmiany mi wychodzą. 





1 komentarz: