27 maja 2013

Traktat o jakości

Oliwki, wątróbka, krewetki, alkohole inne niż słodkie i tanie, porządek w domu, zasypianie i budzenie się we własnym łóżku (zamiast szlajania się po koleżankach, mamo) - żeby polubić pewne rzeczy, trudne i odpychające przy pierwszym podejściu, trzeba czasu. Jednak, kiedy już się je pozna, zaczyna się je lubić, z czasem kochać, a potem są już poziomem, poniżej którego się nie schodzi.

Tak, tak, drogie dzieci, w dzisiejszym odcinku ciocia eN będzie nadużywała słów takich jak "wartość", "jakość", "standard". Spokojnie, ja też byłam zdziwiona i przestraszona, kiedy je poznałam.

Mniej więcej rok temu zadzwonił do mnie stary znajomy, z którym od dawien dawna nie rozmawiałam, miałam dla niego więc mnóstwo ploteczek, z tą jedną najważniejszą na początek: kupuję mieszkanie! eM było już wybrane, zaklepane, trwał casting na ekipę remontową, a ja jak pijane dziecko we mgle biegałam po sklepach, szukając tego wszystkiego, bardzo mi obcego i niezrozumiałego, co miało zamienić eM w DOM.

Znajomy bardzo się w sprawę wczuł i choć noc była późna, a ja miałam w planach spanie, przez dwie godziny tłumaczył mi przez telefon, dlaczego dom to drewno, dlaczego płyta to zło, dlaczego drzwi płycinowe to wiocha, dlaczego, dlaczego, dlaczego... Dla zobrazowania różnic między tworzywami chodził i ostukiwał różne przedmioty tak, żebym słyszała i mogła sobie wyobrazić dźwięki mojego eM. Nieustraszony opukiwacz stukał w coś sztucznego, potem w drewno, potem znowu w coś sztucznego i zadawał mi podchwytliwe pytania w rodzaju: "które pukanie chcesz słyszeć w swojej sypialni, hę?" (nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że w sprawach pukania soundtrack będą robili głównie moi sąsiedzi i że będzie to miało niewiele wspólnego z drewnem).

Przerobiliśmy w ten sposób drzwi, stolarkę okienną, podłogi, stoły, krzesła, ramy łóżek, aż w końcu mój telefon zaczął się buntować, ja zresztą też, noc była ciemna, a moja wiara w zdrowe zmysły znajomego coraz bardziej zachwiana.

Nawet nie podejrzewałam, jak ważna była to rozmowa.

Na drewniane podłogi i okna było już za późno, bo to akurat miałam już zamówione (i chwalę sobie obecnie), ale drzwi wzbudziły moje zainteresowanie. Dzięki drzwiom opanowałam obawy przed rękodziełem, zwłaszcza własnym, szlifowaniem i bieleniem, któremu poświęcę posta, jak tylko wybrnę z tego tutaj, "tytułem wstępu".

Później ruszyło wszystko lawinowo, bo skoro zdobyłam się na drzwi, to czemu by nie parapet na tej samej zasadzie? Inne, moje, własne, unikalne. Wszystko zaczęło mieć sens.

Im dalej w las tym więcej drewna - na początku mieszkaniowego szopingu ruszyłam oczywiście do IKEA, ze ślinotokiem i zachwyceniem, bo uwielbiam to miejsce tak bardzo, że jestem w stanie nawet nie odmieniać nazwy, skoro firmie sprawia to przyjemność. W IKEA nabyłam szafę, bardzo ładną i w śmiesznej cenie, ale szybko się okazało też, że bardzo interesującą dla mojego kota.

Ponieważ zależy mi na poprawnych stosunkach z moimi ulubionymi Szwedami, postaram się podać złą wiadomość w dobry sposób: otóż meble IKEA nie są testowane na zwierzętach. Z całą pewnością przy ich produkcji nie ucierpiał żaden kot, co więcej - przy ich eksploatacji koty też nie cierpią, czego nie można powiedzieć o szafach. Szafy cierpią. Każde jednorazowe podejście Weny do szafy zostawiło na niej (szafie, nie Wenie) ślad oraz siwiznę na mych skroniach, bo do jasnej anielki, jakieś meble trzeba mieć, a te najwyraźniej nie zdają egzaminu.

Konieczne stało się szukanie rozwiązań kotoodpornych i tu przyszło z pomocą rękodzieło - okazało się, że tak jak ikeowską szafę Wena załatwia jednym machnięciem łapy, tak stuletniego kredensu nie jest w stanie ruszyć, choć bardzo się stara. Sprawdziłam to zainwestowawszy w takowy kredens. Sukces kredensu przełożył się na dalsze rupieciowe zakupy, koniecznie do renowacji, bo tylko tak jest fun.

Moim najnowszym nabytkiem jest stół, którym niniejszym się pochwalę, bo cieszy mnie on tak, że nawet się przez moment zastanawiałam, czy wypada siedzieć sobie przy nim z kompem i w dresie. Uznałam, że stół nie ma nic przeciwko.

Stół znalazłam na tablica.pl na początku kwietnia, kosztował niewiele, ale zdjęcia nie zachęcały. Zachęcała informacja, że to dąb, że z międzywojnia, że art deco. Zaokrąglone krawędzie powiedziały do mnie "mamo" i zdecydowałam się zaryzykować. Czekałam na transport trzy tygodnie, bo przewiezienie tego rupiecia spod Tarczyna okazało się trudną logistycznie operacją, ale udało się. Przyjechał.

- Absolwentka renowacji, co? - zapytał pan, który przywiózł mi stół.
- Nie, skąd, amator-szaleniec - odparłam.
- Ale umie się nim pani zająć?
- Jeszcze nie, ale się nauczę.

Początki łatwe nie były:


Można nie wierzyć, na zdjęciu po prawej jest kot.

Szlifowanie - jeden dzień świąteczny, sprzątanie zapylonego warsztatu umiejscowionego w kuchni - drugi dzień, malowanie lakierobejcą dwukrotnie z przerwą na schnięcie - trzeci dzień.

Warto było? Moim zdaniem tak, inne opinie nie są brane pod uwagę. Z informacji technicznych - po rozłożeniu to trzymetrowy byk, nie w kij dmuchaj sprawa. Tak, było warto.





14 maja 2013

Olsztyńskie blogerki

Jak na prawdziwą warszawiankę z Warszawą w dowodzie osobistym przystało, wcale nie jestem z Warszawy. Jestem z Olsztyna, z Warmii (nie z Mazur!), i to ta kraina na zawsze w sercu mym oraz czasem pod stopami, przede wszystkim wtedy, gdy kręci się tam niezła impreza, a taka zakręciła się w ostatnią sobotę.

Emilka, Gabi, Ola i Agata zorganizowały Pierwsze Spotkanie Olsztyńskich Blogerek. Głęboko wierzę, że za pierwszym pójdą kolejne, bo było lepiej niż tylko miło.

Po pierwsze, gwoli wyjaśnienia: na spotkaniu pojawiłam się nie tyle jako blog (albo nie tylko), ale jako człowiek, który zna się na pisaniu. Jak każdy z moich wiernych czytelników wie, w blogowaniu jestem słaba.  Jak każdy z moich studentów wie, w wyszukiwaniu błędów w cudzym pisaniu jestem świetna. Swoją drogą, zajrzałam niedawno w statystyki bloga, i jak bum cyk cyk mam więcej odwiedzających niż znajomych na FB! A to już o czymś świadczy, choć jeszcze nie wiem, o czym.

Co do bloga - miałam okazję podzielić się z innymi blogerkami myślą, że "eN szuka eM" to sprawa przeterminowana w związku ze znalezieniem eM. Domena jednak jest niezła, liczba odwiedzających zaskakująca, głupio to zmarnować. Pojawiło się kilka propozycji nowego znaczenia "eM", ale żadna nie była dobra (bo na "m" nie ma ciekawych rzeczy, prawda M.?). Proces myślowy trwa.

Poniżej widać, jak to wygląda, kiedy proces myślowy przechodzi u mnie w proces mówienia, są to z reguły dwa wykluczające się procesy (prawda, wszyscy ludzie, którzy mnie znacie?).



Spotkanie odbyło się w zupełnie nowym dla mnie miejscu. Tak to jest, jak się człowiek w Olsztynie żywi głównie u mamy. Teraz już wiem, że mama jest spoko, ale to Fajferek ma zielone kopytka.  Nie to, żebym była kopytkową rasistką, ale po inny kolor więcej nie sięgnę.


Poza jedzeniem najważniejsze były prezenty. Nie, żart, ludzie. Nie, żart, prezenty, ale o ludziach wypada wspomnieć wcześniej:).



Olsztyn, jak każde niewielkie miasto, ma to do siebie, że wszyscy się znają. Czyli poszłam na spotkanie w ciemno i okazało się, że przynajmniej połowę pań znam lub kojarzę. Albo nie kojarzę, ale znam i tu się nasuwa anegdota, której oczywiście nie zamierzam zachować dla siebie.

Natalia, autorka zdjęć, rozpoznała mnie natychmiast. Podobno (ok, żadne podobno, moja mama potwierdza) znamy się od gówniarza, a właściwie gówniary. Podobno w okresie nastoletnim zdarzyło nam się uczestniczyć razem w zajęciach z rysunku. Ja niestety jestem bardzo kiepska w rozpoznawaniu ludzi, czego najlepszym dowodem jest to, że kiedyś zobaczyłam w sklepie znajomą twarz i chciałam się przywitać, choć za cholerę nie pamiętałam skąd kojarzę, ale powstrzymałam się, na szczęście. Na szczęście, bo po kilku godzinach rozważań przypomniało mi się, że to był aktor z "Na Wspólnej". Z ciekawostek dodam, że zaraz po spotkaniu blogerek zdarzyło mi się inne spotkanie, na którym opowiedziałam o Natalii i naszych zaskakujących powiązaniach. Dzięki temu, droga Natalio, do listy chwil, gdy jakoś zetknęło nas życie, dodać mogę, że studiowałaś z moim ulubionym byłym chłopcem. Gdyby różniła nas płeć, pomyślałabym, że jesteś moim przeznaczeniem.

Poza Natalią, znaną-nieznaną, obecne były też:

Monika, która teraz jest chodzącą reklamą macierzyństwa, ale pamiętam ją z pełnych wyklasku młodzieńczych czasów, gdy jadłyśmy czekoladę, oglądałyśmy filmy o miłości i udowadniałyśmy na każdym kroku, że z aparatem ortodontycznym można żyć, podbijać świat i łamać serca;).

Natalia, którą pamiętam z czasów, gdy usiłowałam być artystką w czerni. Natalia zawsze stawiała na kolor i chyba miała rację.

Nie mogę nie wspomnieć też o Paulinie, Ani, SylwiiEwieMoniceKarolinieMałgosiDorocie, LidceAgnieszceDorocie i Ani. Szczególnie Paulinie dziękuję w imieniu mojej fryzury za ciepłe słowa na YT:).

Mogłabym pisać tak jeszcze bardzo długo, ponieważ piję właśnie kawę, którą otrzymałam w prezencie. Chyba nigdy w życiu nie byłam taka pobudzona. 

Bardzo dużo otrzymałam w prezencie. 





Wymienianie wszystkiego byłoby wbrew mojej nieprzekupnej naturze (tak, jasne). Uwagę mojego potencjalnego przyszłego narzeczonego zwracam na Pat&Rub. Bez pomarańczowego pilingu do ust ja się nie zamierzam już nigdy całować.

Za logo i wszelkie inne wizualne rozwiązania odpowiada Emilka, najzdolniejsza i najbardziej pracowita kobieta na świecie. Pękam z dumy, że ją znam i czasem mogę pławić się w jej blasku:).

Dziewczęta, dziękuję za już i proszę o więcej:).