30 czerwca 2013

Ładne rzeczy #1!




eN: Kiedy pytają mnie, skąd czerpię inspiracje oraz te wszystkie zdjęcia i pomysły, którymi jaram się dniami i nocami, przychodzą mi do głowy przede wszystkim dwa źródła: Pinterest i Emilka. Dawno dawno temu, los był tak dobry, że pozwolił by nasze ścieżki (nie kojarzyć z narkotykami) się przecięły i miało to miejsce - nie inaczej! - na zajęciach plastycznych. Potem ścieżki nam się rozjechały, lecz nie na zawsze. Ponowne spotkanie było już poważnego kalibru: mieszkałyśmy ze sobą kilka lat, dzieliłyśmy stołeczną dolę i niedolę, czekoladę i papier toaletowy. Obecnie złe kilometry dzielą nas, ale wspólne fale pozostały - w dobie internetu wciąż możemy konsultować wszystkie pomysły, a zwłaszcza braki pomysłu, wspólnie szukać rozwiązań, nawiązań i powiązań. Przy kawie byłoby sympatyczniej, lecz zbyt rzadko mamy taką możliwość. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że Emilka jest matką chrzestną eM - konsultowała wszystko, od układu ścian po szampon w łazience. Opinie miewamy fantastycznie jednomyślne i inspirująco odmienne. Nie raz i nie dwa razy udało nam się wspólnie wykombinować coś, dzięki czemu świat jest piękniejszy, a ludziom żyje się lepiej, dlatego zdecydowałyśmy się upublicznić niektóre nasze debaty. Czytajcie i bierzecie z tego wszyscy:).

E: Zdecydowanie tak! Współczesne technologie sprzyjają naszej wymianie wrażeń, marzeń i zapytań. Kocham FB i mms'y! Okazało się, że jakość rozmów nie zależy od ilości wypitych na żywo kaw, że urządzać wspólnie eM można też wirtualnie, że kolor ścian dobiera się równie fajnie za pomocą wzorników kolorów w photoshopie i zdjęć z Pinterestu. Zresztą, aż tak dużo tych zdjęć nie potrzeba, bo wybitnie rozumiemy się w lot! Do tej pory twierdze, że eN to moja ulubiona współlokatorka (co oburza Bartka) i wciąż czerpię garściami z tej grubej nici porozumienia, lub... łańcucha, który przypadł nam w udziale.
Nasze rozmowy to świetna rzecz. Na szczęście archiwum jest pojemne i szybko znajduję informacje i inspiracje, które wymieniałyśmy i omawiałyśmy, jak mi jest to potrzebne. Może i Wam się przyda?








eN: Posprzątałam dziś na błysk, można jeść z podłogi, ALE.... mam kurde łyso nad kanapą, stwierdzam. Zoba:






I za cholerę nie wiem, co z tym zrobić, bo ta ściana z drzwiami to taka pseudościana, a ta z oknem to z lekka pole minowe: pod tynkiem same kable i rury i wiercenie odpada. Jak z tym żyć, Emilka, ja się pytam?! Makatki z jeleniem ni chu chu nigdzie nie powieszę:((.

E: Fajne poduszki :)) Sama je szyłaś? Hmm..może tapeta jakaś? Paski, kropki? Co myślisz? Możemy zrobic graffti!

eN:  Sama, sama, tymi rękami. Ale tapeta na jednej ścianie? Każdej ścianie? Tapetę widziałabym w części korytarzowej...

E: No racja, tu trochę kiepsko, musiałabyś z nią polecieć po całej ścianie, za ciemno będzie. Poczekaj, coś zaraz znajdę!! Widziałam kiedyś coś fajnego!

Pinterest

Sama zobacz - nie trzeba chyba wiercić, można to jakoś przykleić! I wygląda super! Hmm?

eN: Wygląda mega!! Chcę mieć taki fotel!! Widziałam gdzieś "LOVE" w jakimś sklepie... No ale kaman, buhahaha. Skąd się bierze taki pijany alfabet jak na fotce z prawej...? Może, gdybym miała takie literki, to sama bym sobie coś ułożyła? Chociaż dużo roboty i wątpliwy efekt byłby z klejenia po literce, gdyby miało to być coś dłuższego:/.

E: Można wydrukować i wyciąć, z kartonu jakiegoś, pobawić się. Moja koleżanka chyba robi litery ze sklejki, ale to trochę cienkie i nie do końca do mnie przemawia - nie ma takiego efektu WOW. Albo możemy namalowac coś na ścianie :D "Nina loves James Dean & Jude Law"

 eN: Proszę Cię, tylko po polsku! Polski jest trendy teraz;). Hmmm.... Może "nie ufaj abstynentom"? Tam w wersji końcowej ma być nie kanapa, tylko stół i krzesła, czyli jadalnia, więc może coś nawiązującego, np. "żryj co dają" lub nieco grzeczniej "a kto z nami nie wypije..." :). Cholerka, ale karton, serio?

E: Skoro to ściana docelowo jadalni, to może właśnie coś swojskiego "Wino i owoce, czyli wódka i ogórek", "Reklamacji nie uwzględnia się", albo "Sto lat sto lat, niech żyje żyje nam" - chociaż nie, nie będziemy tyle wycinać! Znienawidzę Cię w połowię. Musi być coś prostszego. Wiesz co? Możemy ulepić litery z czegoś..hmm..nie no, przecież można to wyciąć ze styroduru, to chyba jest najlepszy pomysł! O! Mój geniusz mnie właśnie obezwładnił!

eN: Nie wiem, co to jest ten styrodur, i boję się googlać ale cieszę się Twoim szczęściem, jeśli to szczęście przełoży się na moją ścianę;).








E: O! I super! Dobrze, że napis po polsku - ma być jadalnia, więc trza jeść w spokoju i ogólnej szczęśliwości - tekst w sam raz. Ja bym tak to widziała.



 I czcionka chyba całkiem fajnie - wiem, że chciałaś maszynową, ale ostatnio strasznie lubię pisane czcionki i jest super - dobrze, że dałaś się przekonać :)) Odwdzięczysz się w naturze! O!

eN: Aaaa!! I szary kolor...no słabość mam :) Mi lajk it!








eN: Trochę to trwało, ale w końcu mam zdjęcia!!! Z napisem nie było łatwo, bo trochę tam ciasno, światło akurat było bardzo nocne, ale Paweł się spisał. Zobacz!


Hłe, hłe, i szczęśliwa posiadaczka:


Tak jak mówiłaś! Na kropelkę czy inny superklej, poszło w sekundę i twardo wisi. Nie ma słów, by wyrazić to, co czuję :*****. Marnujesz się, królewno!

E: Pracuję nad niemarnowaniem się, tak więc opanuj drżenie łydek! Będę raportować!

29 czerwca 2013

Przyszedł czas na prawdziwe dzyń dzyń

Płytka ze mnie i pusta paniena (niekiedy), muszę przyznać. Lubię jak jest ładnie, lubię jak jest fajnie, wszystko musi świecić jak miliony monet i brzęczeć jak kiecki lasek z filmów z Bollywood. Od kiedy tylko zaczęła się moja blogowa przygoda, każdego dnia bolało mnie serce, godność i inne takie organy - wszyscy, ale to WSZYSCY blogerzy mają lepsze zdjęcia! A przynajmniej tak mi to wyglądało i było mi przykro z tego powodu jak jasny gwint.

Ale od czego ma się swoich ludzi:)?

Paweł fotografuje głównie samoloty, które można obejrzeć sobie tutaj. Różnica między mną a samolotami duża nie jest: orły też latają, c'nie:)? Żart,  żart, nie o mnie tu chodziło, lecz o eM, które jest raczej nielotem.

Wpływ Pawła na bloga widać już na pierwszy rzut oka: zdjęcie w nagłówku jest Jego autorstwa. Jest to chyba moje ulubione zdjęcie ever, mam je w nagłówku bloga, w tle na Facebooku, jest moją tapetą w telefonie, myślę o wytatuowaniu go sobie na plecach (żart, mamo). Moje umiłowanie black&white to jednak temat na innego posta.

Na zdjęcia Pawła przyjdzie jeszcze czas, oj przyjdzie. Na razie bekstejdż, żebyście mogli docenić profesjonalizm sesji;).


 W eM pojawiło się dużo sprzętu poważnego kalibru.


Na niektórych jednak nie zrobiło to żadnego wrażenia.


Wenka była najbardziej fotogenicznym i lgnącym do obiektywu elementem eM. Poniższe zdjęcie pokazuje, jakiej jakości są foty Pawła. Jest po co czekać na następne posty:).


17 czerwca 2013

Kot w dom...

Odnoszę wrażenie, że dziś cały internet pisze o kotach (np. E for Event), piszę więc i ja. Początkowo chciałam zrobić dziś post inspiracyjny, pokazać, o czym marzę, ale skoro spora część moich mieszkaniowych marzeń rozbija się o koty, czemu by o nich nie napisać najpierw?

Dawno, dawno temu, Disney, mama i łzawe powieści dla nastolatek nauczyły mnie, że jest coś takiego jak instynkt wojownika. Walka do końca, im trudniej tym lepiej, jak nie wpuszczą drzwiami to... No właśnie. W wieku lat nastu myślałam, że dotyczy to mężczyzn, dobijając 30tki wiem, że chodziło o koty.

Zamknięte drzwi? Drapie się. Drapie się i miauczy tak długo, aż ktoś je otworzy w końcu. Otwarte drzwi nie są już interesujące, wnętrze pokoju nie pociąga, króliczka się goni, a nie łapie. Koty.


Od prawej patrząc: Wenka i Wtorek. Śpią w tej chwili, więc mogę pokozaczyć  - nie, one nie rządzą w domu. Ale mają sporo do powiedzenia. Tak, wiem, podobno kota da się wychować. Podobno.

Chciałabym móc podać odpowiedź na pytanie: "Jak żyć z kotami i nie zwariować?", ale sama jej jeszcze nie odnalazłam. Mam jednak kilka wskazówek, które może ułatwią trochę życie z tymi szatanami. Zapamiętać jednak należy: bezstresowo nie będzie nigdy. Miły, spokojny kot, który nie sieje zniszczenia, to kot chory i sugeruję szybki kontakt z weterynarzem.

1. Kot nie dostosuje się do mieszkania. Niestety. 

Kotu nie wytłumaczy się raczej, że "nie wolno". Oczywiście, są środki, które pomagają zwalczyć skłonności kota do drapania mebli. Nawet działają. Nie mniej jednak, kot ma nieograniczoną wyobraźnię, jeśli chodzi o niszczenie otoczenia. Skłonności do drapania można wytępić, wchodzenie na stół też, co pozwala niekiedy uratować naczynia, ale i tak możliwości jest wiele, większość nie do przewidzenia. Nawet przy najgrzeczniejszym kocie należy unikać sytuacji zagrożenia - jeśli okazja jest, zawsze skorzystają (Wenka z podłą satysfakcją, Wtorek z głupawym uśmiechem).


To akurat była sytuacja kontrolowana, gdybym jednak spuściła towarzystwo z oka, tylko sobie mogłabym pluć w brodę w związku ze stratą filiżanki. 

2. Jak już wspominałam, kot nie dostosuje się do mieszkania

Jeśli najpierw pojawia się kot, a potem eM, warto wziąć na kota solidną poprawkę. Kota nie łączy się z meblami ze skóry, meblami tapicerowanymi w cokolwiek z węzełkami, które można by było szarpać pazurami, dywanami czy kocami ze wspomnianymi węzełkami lub inną nitką do wyciągnięcia. Podejrzewam, że staromodne koronkowe obrusy czy serwety przegrałyby z kretesem. W firanki też nie radzę inwestować za bardzo. Moje po roku mają bardzo wiele blizn.

3.  Czy wspominałam już, że kot nie dostosowuje się do mieszkania?

To już drobiazg, ale warto go odnotować - przy kotach o ciemnej sierści białe meble tapicerowane to prosta droga do domu bez klamek. Mieszkanie z kocim lokatorem nigdy nie będzie sterylnie czyste - dobrze jest więc kolorystykę wnętrza zgrać z futrzakiem, jeśli jest to możliwe. Mniej widać, błogosławione złudzenie mniejszego syfu niż w rzeczywistości.

4. IKEA wcale nie pany. 

O tym już było: IKEA przy kotach sprawdza się słabo. Każdy kontakt z pazurami zostawia ślad i boli całe życie. Widoczna poniżej szafa stoi w mojej sypialni i przez długi czas była obiektem zainteresowania Weny.  Usiłowałam z tym walczyć psikaniem stosownym środkiem,  utrudniałam też kotu dostęp do szafy poprzez zastawianie jej czymkolwiek (szalenie wygodne, nie ma co!). Im bardziej jednak z nią walczyłam, tym bardziej jej na tej cholernej bliskości z szafą zależało. Kiedy ja odpuściłam, odpuściła też Wena. Teraz mogłabym trzymać tam tonę świeżej ryby i Wenka nawet by się spojrzeniem w tę stronę nie pofatygowała. Straciła przeciwnika, straciła więc cel, ale ja naprawdę wierzę, że ona mnie kocha;).


5. Puk puk, do cholery.

Podobnie sprawa ma się z drzwiami do sypialni. Zamknięte drzwi to drzwi interesujące. Niestety, wejście do mojej sypialni jest niebezpiecznie blisko kanapy. Z oparcia kanapy Wenka ma już drzwi w zasięgu łapy i drzwi wiedzą o tym bardzo dobrze.


6. Ok, ale co z tym zrobić?

Jak wspominałam - nic. Można się modlić i dużo rozmawiać z kotem. Można oglądać programy o tresurze kota. Można też zapewnić mu rozrywki, bo kot, który ma co robić, mniej niszczy. Koty cieszą dziwne rzeczy, np. Wtorka ulubioną zabawą jest grzebanie w śmietniku i rozrzucanie wygrzebanych fantów po mieszkaniu. Niekiedy jednak prawdziwe zabawki też się sprawdzają. I nie śmierdzą jak za długo leżą pod łóżkiem.


7. Ja kontroluję świat.

Dobrym rozwiązaniem w sezonie letnim jest wietrzenie kota. Kota wietrzyć można na balkonie lub parapecie, pod warunkiem, że wszystko mamy zabezpieczone siatkami. Kot przez siatkę może pogapić się na owady, ścigać muchy, nagrzewać się jak mały kaloryfer, który potem szuka dla odmiany ochłody i śpi blisko podłogi, najchętniej w łazience. Siatka działa. Kwestie estetyczne przemilczę. Moim zdaniem warto. Dodatkowo siatka chroni doniczki na parapetach zewnętrznych przed ptakami i innymi roślinnymi agresorami. Poza kotami, oczywiście, wiadomo. W moim eM siatki zostały zamontowane w kuchni i w sypialni. Okno kuchenne zajmują obecnie moje uprawy widoczne poniżej, parapet w sypialni pozostaje do dyspozycji kotów.



11 czerwca 2013

TK MAXX, sorry Cię.

Mogłabym temat przemilczeć i nie robić sobie wstydu na cały internet, ale za bardzo jaram się sprawą, by o tym nie napisać, dlatego niniejszym biję się w mą lichą pierś - TK MAXX, przepraszam!

Otóż dawno, dawno temu, czyli od zawsze do dziś, nie znosiłam TK MAXX. Nie podobał mi się za granicą, nie ucieszył w kraju. W pierwszym warszawskim sklepie byłam może ze dwa razy w roli bardzo marudzącej osoby towarzyszącej.

Aż do dziś.

Dziś miałam sporo czasu przed squashem, w którego grywam w Blue City, spędziłam więc ten czas na spacerze po sklepach. TK MAXX jak zawsze omijałam szerokim łukiem, ale ale ale. Rzuciwszy z pogardą okiem na witrynę dostrzegłam jakiś kuchenny badziew. Postanowiłam sprawę zbadać. I tak się zaczęła miłość.

TK MAXX, przepraszam Cię. Ja nie wiedziałam, że masz dział z wyposażeniem wnętrz. To nie Ty, to ja, to moja wina, to ja jestem prostą dziewczyną z Polski B albo i C, nieufną wobec nowości, oporną wobec odmienności, zupełnie beznadziejną, lecz na szczęście reformowalną.

Wynagrodzę Ci lata niechęci wkrótce hojnie. I tak, wiem, jedyna nie wiedziałam o tym aspekcie Twojej działalności. Przede wszystkim zaś nie myślałam, że masz tak niskie ceny jak obiecujesz. A masz!



Podobało mi się rzeczy wiele, lecz najbardziej na świecie poniższe:


Kupię sobie takie pojemniki i będę się czuła jak na wakacjach u babci na wsi (ok, wszystkie moje babcie były miejskie, ale kto mi zabroni sobie powyobrażać?).

No i ta głowa. Call me crazy, ale coś w sobie ma.


4 czerwca 2013

Ku uciesze czterech liter

Mam zaszczyt i przyjemność powiadomić, że problemy natury hydraulicznej zostały rozwiązane. Przyszedł chłop (porządny człowiek, kibic Legii), pomarudził, postękał, poprzednika powyzywał od najgorszych, zabrał mi pół wypłaty, ale zostawił mnie ze sprawnym brodzikiem.

Czyli: spokojnie, już nie śmierdzę, można ze mną rozmawiać nie tylko przez telefon. Komunikat ten kieruję głównie do osób, które mają ochotę spędzić ze mną resztę miesiąca na randkach w opcji staroświeckiej, bo nie widzę innego rozsądnego sposobu na uniknięcie głodu. Komunikatu tego absolutnie nie kieruję do mojej mamy - żadnych słoików, kobieto!

Abstrahując od problemu głodu, tematem dnia jest dziś bielenie drewna.

Bielenie to taki sprytny sposób na pozbawienie drewna  nieznośnej żółci bez unicestwiania rysunku, mniej więcej. Im więcej warstw farby tym mniej słoje widać, dlatego lepiej podchodzić do sprawy z namysłem, pozwolić na schnięcie, oglądać przy świetle dziennym i pamiętać, że drewno to nie śnieg i nie zęby, idealna biel wcale nie jest efektem najbardziej pożądanym.
 
Bielenie odkryłam na etapie wyboru drzwi: chciałam drewniane, sosnowe, ale sosnowa żółć nie miała prawa zaistnieć w moim szarym wnętrzu. Całkowite wyplenienie żółci się nie udało, ale i tak jestem zachwycona, a drzwi przez długi czas były jedynym elementem eM zbierającym pochwały.

Pretekstem do dzisiejszego posta nie są jednak drzwi, lecz krzesła. Krzesła to wyższa szkoła jazdy, dlatego sugeruję ćwiczenia na innych elementach wyposażenia, rodzinie i znajomych, zwierzętach domowych i nielubianych sąsiadach, na końcu zaś pracę z krzesłami.

W eksperymencie udział wzięły najprostsze z najprostszych krzesła z IKEA, surowe, sosnowe. Jedyne ładne, które znalazłam w IKEA, ze zdumieniem stwierdzam.
Nad moimi działaniami czuwała komisja.


 Efektem bielenia jest matowa powierzchnia z wyraźnymi skłonnościami do zbierania kurzu. W przypadku drzwi nie stanowi to problemu, drzwi z zasady funkcjonują w pionie i nikt się o nie nie ociera (jeśli ktoś się ociera i lubi to, to oczywiście może liczyć na moje wysłuchanie i wsparcie). Krzesła nie mają tak łatwo. Wiecznie na pierwszej linii frontu, nieustannie narażone na kontakt z czterema literami albo łapami albo (upodlone do granic możliwości) ze wszystkim, czego nie było gdzie postawić czy położyć. Krzesła wymagają dodatkowej opieki i ochrony, dlatego poza szlifowaniem i bieleniem wymagane jest lakierowanie.


Tak wygląda różnica między krzesłem naturalnym i bielonym. Bardzo, ale to bardzo starałam się uchwycić różnicę między wersją basic, bieloną a lakierowaną, ale absolutnie mi się to nie udało.

W ramach prób zrobiłam nawet zdjęcie wybitnie artystyczne, które nic nie pokazuje, ale wygląda rewelacyjnie. Moim zdaniem niesie ono głęboki przekaz, mówi wiele o tym, jak ważna jest szczerość w rodzinie, że dialog jest podstawą każdego zdrowego związku, delikatnie kieruje tez myśli w stronę stanu wojennego.


Krzesło oświetlane w tak rozpaczliwy sposób jest polakierowane, czego oczywiście nie widać.W ogóle robienie zdjęć krzesłom to sport ekstremalny, próbowałam różnie. Ostatecznie postawiłam na banał, jak widać.


Jedyne, co naprawdę warto zapamiętać na temat bielenia: za cholerę nie należy robić tego w towarzystwie kotów. Ta sama zasada dotyczy lakierowania. Oraz właściwie wszystkiego, czego najlepszym dowodem jest mistrz drugiego planu na tym zdjęciu krzesła:


2 czerwca 2013

Jak trwoga to do…

… no właśnie, to cholera wie do kogo.

Kiedy człowiek mieszka w najętym mieszkaniu czy pokoju, to ma ten luksus, że wszelkimi naprawami bardziej zaawansowanymi niż wymiana żarówki, zwłaszcza jeśli konieczność naprawy nie wynika z niewłaściwej eksploatacji sprzętów, zajmuje się właściciel mieszkania. Ok, dobra, wiem, wiele osób pomamrotało teraz gniewnie pod adresem różnych właścicieli różnych mieszkań, na których nigdy nie można było liczyć.  W idealnym świecie właściciel mieszkania jest jednak od napraw, jednak jest to idealny świat  osób najmujących mieszkania. Dla właścicieli owych mieszkań ten świat wcale nie jest idealny, zwłaszcza jeśli w tym mieszkaniu się mieszka i konieczność naprawy dotyczy bezpośrednio.

Jak łatwo się domyślić, na eM spadła katastrofa.

Kilka dni temu zdarzył się niewinny z pozoru wypadek. Z brodzika prysznica wypadło takie coś do zatykania tegoż brodzika. Taki grzybek, gwint, czy jakkolwiek to nazwać. Takie coś, co jest na środku, można sobie tym brodzik zatkać, choć głównie chyba zapchać. Jak wyleciał to się nawet ucieszyłam, jeszcze nigdy tak dobrze mi woda nie spływała. Moja radość skończyła się dość szybko: rano się okazało, że mam zalaną z lekka łazienkę. Czyli gwint wyleciał uszkadzając (?) rurę i woda spływa jakoś gdzieś pod brodzik, a potem się spod niego powoli wylewa. Reasumując, nie jest dobrze, co więcej, szybko dobrze nie będzie, bo jezioro odkryłam w piątek rano, musiałam lecieć do pracy, a zaraz po pracy opuścić na kilka dni miasto stołeczne.

Szukanie hydraulika na odległość jest łatwe mniej więcej tak, jak zdalne zbieranie grzybów.

Najpierw zadzwoniłam do hydraulika, który zajmował się eM rok temu. Poinformował mnie, że zajęty jest przez co najmniej tydzień, więc nic z tego. Na osuszenie łez, bo raczej nie łazienki, powiedział mi, że jestem piękna i wolna. O ile wrażenia estetyczne były jakoś uzasadnione, bo rok temu widywał mnie dość często, o tyle zdiagnozowana wolność trochę mnie zaskoczyła. Tylko wolnym ludziom psują się brodziki?

W związku z niedyspozycją pana Krzysztofa, obdzwoniłam kilka innych osób, uzyskując przydatne informacje takie jak „mam hydraulika, ale nie szybko”, „mam, ale nie w Warszawie”, „jak chcesz się umyć to wpadaj”.

Dostałam też jedną niezłą wskazówkę: administracja budynku powinna mieć swojego człowieka. Wskazówka cenna, choć realizacja trudna, bo weekend, a numer do administracji mam tylko na stacjonarny, bo mnie nie było w Warszawie… Na szczęście udało mi się wysłać umyślnego do gabloty na klatce schodowej i uzyskać faktycznie wiszący tam numer hydraulika.

Na nieco mniejsze szczęście, hydraulik telefon odebrał i powiedział, że od dwóch lat domaga się usunięcia swojego numeru z gabloty w moim budynku, bo on sobie nie życzy współpracy, noga jego więcej nie postanie i w ogóle widmo jakiejś awantury. Wyraził ubolewanie, że pomóc nie może, ale nie może. Nie powiedział mi nawet, że jestem piękna. Ogólnie dół.

Ostateczną ostatecznością okazał się internet i gumtree. Zadzwoniłam do pierwszego pana, który się tamże ogłaszał. Z rozmowy wynikało, że jest trzeźwy. Rozmawialiśmy wczoraj i jeszcze nie zadzwonił z komunikatem „pamiętam, że rozmawialiśmy, ale nie pamiętam o czym”, jak to się zdarzało w kontaktach z fachowcami z ogłoszenia. Jutro wielki test, przyjdzie lub nie, odezwie się lub nie, naprawi albo w sezonie wysokich temperatur będę emitowała nieznośną woń przez tydzień.


Mam marzenie, wielkie marzenie. Marzy mi się jakiś serwis, portal, forum, cokolwiek, co ułatwiłoby szukanie fachowców różnych specjalności. Coś z rekomendacjami, nie tylko namiarami. Miejsce, które sprawiłoby, że szukanie fachowca przestałoby przypominać rosyjską ruletkę. Jeśli ktoś rozumie moją wizję i co więcej – wie, że jest ona zrealizowana – bardzo proszę o jakiś link w komentarzu. Jeśli ktoś rozumie moją wizję i podziela to marzenie, może się modlić, żeby mi się chciało coś takiego zorganizowaćJ