4 czerwca 2013

Ku uciesze czterech liter

Mam zaszczyt i przyjemność powiadomić, że problemy natury hydraulicznej zostały rozwiązane. Przyszedł chłop (porządny człowiek, kibic Legii), pomarudził, postękał, poprzednika powyzywał od najgorszych, zabrał mi pół wypłaty, ale zostawił mnie ze sprawnym brodzikiem.

Czyli: spokojnie, już nie śmierdzę, można ze mną rozmawiać nie tylko przez telefon. Komunikat ten kieruję głównie do osób, które mają ochotę spędzić ze mną resztę miesiąca na randkach w opcji staroświeckiej, bo nie widzę innego rozsądnego sposobu na uniknięcie głodu. Komunikatu tego absolutnie nie kieruję do mojej mamy - żadnych słoików, kobieto!

Abstrahując od problemu głodu, tematem dnia jest dziś bielenie drewna.

Bielenie to taki sprytny sposób na pozbawienie drewna  nieznośnej żółci bez unicestwiania rysunku, mniej więcej. Im więcej warstw farby tym mniej słoje widać, dlatego lepiej podchodzić do sprawy z namysłem, pozwolić na schnięcie, oglądać przy świetle dziennym i pamiętać, że drewno to nie śnieg i nie zęby, idealna biel wcale nie jest efektem najbardziej pożądanym.
 
Bielenie odkryłam na etapie wyboru drzwi: chciałam drewniane, sosnowe, ale sosnowa żółć nie miała prawa zaistnieć w moim szarym wnętrzu. Całkowite wyplenienie żółci się nie udało, ale i tak jestem zachwycona, a drzwi przez długi czas były jedynym elementem eM zbierającym pochwały.

Pretekstem do dzisiejszego posta nie są jednak drzwi, lecz krzesła. Krzesła to wyższa szkoła jazdy, dlatego sugeruję ćwiczenia na innych elementach wyposażenia, rodzinie i znajomych, zwierzętach domowych i nielubianych sąsiadach, na końcu zaś pracę z krzesłami.

W eksperymencie udział wzięły najprostsze z najprostszych krzesła z IKEA, surowe, sosnowe. Jedyne ładne, które znalazłam w IKEA, ze zdumieniem stwierdzam.
Nad moimi działaniami czuwała komisja.


 Efektem bielenia jest matowa powierzchnia z wyraźnymi skłonnościami do zbierania kurzu. W przypadku drzwi nie stanowi to problemu, drzwi z zasady funkcjonują w pionie i nikt się o nie nie ociera (jeśli ktoś się ociera i lubi to, to oczywiście może liczyć na moje wysłuchanie i wsparcie). Krzesła nie mają tak łatwo. Wiecznie na pierwszej linii frontu, nieustannie narażone na kontakt z czterema literami albo łapami albo (upodlone do granic możliwości) ze wszystkim, czego nie było gdzie postawić czy położyć. Krzesła wymagają dodatkowej opieki i ochrony, dlatego poza szlifowaniem i bieleniem wymagane jest lakierowanie.


Tak wygląda różnica między krzesłem naturalnym i bielonym. Bardzo, ale to bardzo starałam się uchwycić różnicę między wersją basic, bieloną a lakierowaną, ale absolutnie mi się to nie udało.

W ramach prób zrobiłam nawet zdjęcie wybitnie artystyczne, które nic nie pokazuje, ale wygląda rewelacyjnie. Moim zdaniem niesie ono głęboki przekaz, mówi wiele o tym, jak ważna jest szczerość w rodzinie, że dialog jest podstawą każdego zdrowego związku, delikatnie kieruje tez myśli w stronę stanu wojennego.


Krzesło oświetlane w tak rozpaczliwy sposób jest polakierowane, czego oczywiście nie widać.W ogóle robienie zdjęć krzesłom to sport ekstremalny, próbowałam różnie. Ostatecznie postawiłam na banał, jak widać.


Jedyne, co naprawdę warto zapamiętać na temat bielenia: za cholerę nie należy robić tego w towarzystwie kotów. Ta sama zasada dotyczy lakierowania. Oraz właściwie wszystkiego, czego najlepszym dowodem jest mistrz drugiego planu na tym zdjęciu krzesła:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz