30 lipca 2013

Goście all inclusive

Gość w dom - wiadomo. Nie, nie, wcale nie cukier do szafy. Lubię mieć gości i to tak bardzo, że prawdopodobnie moi sąsiedzi podejrzewają mnie o prowadzenie jakiegoś nielegalnego przytułku lub bardzo niemoralne prowadzenie się. Na godzinę, dwie, tydzień, na herbatę, na wystawny obiad z rodową zastawą, na "jak zamierzasz u mnie coś jeść to kup to po drodze". Różni goście, sytuacje też różne, każda ma swoje plusy, żadna chyba nie ma minusów.

Z całym szacunkiem dla wszystkich moich bliższych i dalszych znajomych, królowa może być tylko jedna. Moim ulubionym gościem jest moja własna prywatna podobna do Jamesa Deana przyjaciółka, o ile gościem można nazwać kogoś z własnym kluczem, własną kołderką, zapędami do sprzątania i gotowania. 

Ostatnio pobiła ona własne rekordy i w ramach wizyty nie tylko (zdrowo!) gotowała, ale też zorganizowała dwuosobową ekipę malarską, prawdopodobnie jedną z ładniej wytatuowanych w Warszawie.





Widoczne na zdjęciach prace malarskie to tylko zapowiedź większych zmian. Praca szła tak efektownie i efektywnie, że aż mój kot, spuszczony na chwilę z oka, postanowił się włączyć. Wlazł w korytko po farbie i przebiegł przez całe mieszkanie, zostawiając normandzkie mgły wszędzie. Ważne info: farba lateksowa zmywa się bez problemu ciepłą wodą. Kamień z serca.


27 lipca 2013

Najlepsza pizza na Woli

Już za chwilę niedziela, dla wielu jedyny dzień w tygodniu, kiedy wypada założyć wyprasowaną koszulę i zjeść porządny obiad z rodziną, czyli już za moment Google przeżyją gromadny atak poszukiwaczy "gdzie zjeść", "tani obiad", "tanio szybko smacznie", "dobre jedzenie". Dla wszystkich, którzy do podanych fraz dodają "na Woli", mam dobrą wiadomość - najlepszy obiad na Woli został odnaleziony. Pizza z pieca, taka prawdziwa, proszę ja Was - Pizza u Dziadka. Nawet nazywa się familiarnie. 


Pizzerię ową namierzyliśmy z A. totalnym przypadkiem za czasów remontu w eM. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj: było cholernie gorące lato, niedziela, ekipa wykańczała łazienkę oraz mnie psychicznie, kilka ścian czekało na pomalowanie, nie wiedziałam w co ręce włożyć najpierw, włożyłam je więc w kieszenie i poszłam z A. na obiad w nieznane. Jak przez mgłę kojarzyłam, że przy Wolskiej na wysokości przystanku Płocka jest ciąg pawilonów, a w tymże ciągu może czaić się nasz obiad. A., znany dotąd na moim blogu jako zagorzały przeciwnik orzeszków, jest też negatywnie nastawiony wobec kontaktów z przypadkowymi Azjatami, dlatego szerokim łukiem ominęliśmy wietnamskie budki i w samym środku niczego odkryliśmy pizzerię U Dziadka. 


Miejsce to schowane jest bardzo, na tyłach pawilonów, na szczęście minimum rok już stoi i nie zamierza chyba uciec - okoliczne budki straszą pustkami, co dobrze nie wróży tej okolicy. Dziadek nie tylko się trzyma, ale też się rozwija - jeszcze rok temu wszystko tam wyglądało dość podejrzanie, z czasem robi się coraz bardziej stylowo, jest wyraźnie dofinansowane i wcale nie przypadkowe. Sporo elementów wystroju widziałabym w eM (plajty im absolutnie nie życzę, ale jakby się zdarzyła, będę pierwszą chętną do wykupienia wyposażenia).


W menu króluje pizza w kilkunastu wersjach i cenach od 20 do 30zł, pierogi, których nie próbowałam, więc się nie wypowiem oraz makarony. Osobiście jestem fanką ich pizzy - na cienkim cieście, nieźle napakowana dodatkami, wystarczająca dla dwojga, nawet jeśli jedno jest facetem, a drugie styraną remontem babą. Najlepsza jest - moim zdaniem - opcja pikantna, czyli diavolo, ale te delikatniejsze wersje też są w porządku. Dziś postawiliśmy na prostotę widoczną na poniższych zdjęciach i wyszliśmy po pierwsze zadowoleni, po drugie zaś tak napchani, że zmieścił nam się już tylko jeden 3Bit na pół (mam nadzieję, że Ewa Chodakowska mi wybaczy). Mają też oranżadę, co się chwali, szczególnie w takie dni jak dziś, oraz różne promocje cenowe, co się chwali jeszcze bardziej. 


Na pizzę marsz, moi drodzy z Woli i okolic, nie samym kebabem człowiek żyje.

PS Tradycyjnie - lepsze zdjęcia zrobił A., gorsze ja, wszystko i tak do obczajenia na żywo.


25 lipca 2013

Jesień puka do eM

Można mnie nazwać trendsetterką albo wariatką, ale ja osobiście czuję już jesień w powietrzu. Doszłam do takiego wniosku po wnikliwym przejrzeniu zdjęć w telefonie. Żadnych lodów, słonecznych widoków, pań w bikini czy drinków z palemką.

Z Olsztyna przywiozłam w formie cyfrowej:

- marzenia nie-do-zrealizowania (albo do zrealizowania po trupie mojego kota), włochate dywany:

Wiem, wiem, siedlisko kurzu i wszelkich możliwych bakterii, wirusów i cholera wie czego. Wiem też, że za dywanami nie przepadam i do sklepu z takim sprzętem trafiłam tylko towarzysko, bo sama przecież nigdy... ale te włochate, kolorowe i z lekka kiczowate coś po prostu w sobie miały, skoro trafiły do przepastnej pamięci mojego telefonu. Kto wie.

- coś, co trudno wyjaśnić, a jednak skojarzenia nasuwają się same:

Dla niezorientowanych: z lewej strony widzimy fotel z House Cafe, po prawej welurową (?) zasłonę z kina Awangarda.

Nie trzeba być Freudem, żeby zinterpretować to wszystko jednoznacznie: jesień, kawa, książka (bo przecież nie smartfon), koc. Ciasto. Koniecznie ciasto, Emilki lub Oli. W opcji jesiennej może być krucho z owocami, ale wszystko da się zastąpić czekoladą;). Tak, już mi się chce. Lato tego roku jest takie jakby chciało, a nie mogło przyjść w końcu konkretnie i na dłużej, więc ja sobie życzę długiej jesieni. 

Za zdjęciami poszły czyny, choć w skali mikro i w wyniku przypadku. Musiałam się wczoraj pofatygować do centrum handlowego w celu zdobycia dozownika do mydła, który zginął niedawno śmiercią tragiczną (swoją drogą odkryłam, że nie umiem żyć bez tego sprzętu). Centrum dozownikami nie dysponowało, a przynajmniej nie takimi, które odpowiadałyby moim wyrafinowanym potrzebom, miało za to Home&You i sezonowe wyprzedaże tamże. 

Wyprzedaże w Home&You to jedno z najbardziej niebezpiecznych dla mojego portfela zjawisk. Omijam szerokim łukiem, unikam, ale nigdy mi to do końca nie wychodzi. W styczniu wydałam tam małą fortunę na akcesoria świąteczne, czyli od siedmiu miesięcy w napięciu czekam na Gwiazdkę, żeby tego wszystkiego w końcu użyć. 

Byłam naprawdę twarda, kupiłam tylko jedną rzecz, wybór jednak nie był zaskakujący:



Jeśli ktoś mi powie, że kubki w swetrach są so last season będzie miał oczywiście rację, ale jako fanka tego trendu, nie mogłam sobie darować. Swetrowe poduszki i koce mogłyby się nie sprawdzić przy kocie (nie wiem, po co ja trzymam tego sierściucha, same ograniczenia), ale kubek powinien wyjść z tego cało. 

Kubek kosztował niecałe 12 zł, oczywiście w ramach 70-procentowej przeceny. Biorąc pod uwagę, że dzięki niemu eM jest w pełni gotowe na jesień, a nawet zimę, czyli najbliższe 8 miesięcy, można przyjąć, że te 12 zł to prawie za darmo;). W pakiecie miał też małą puszkę widoczną na dolnym zdjęciu, idealną na kawę lub herbatę lub czekoladę. Czy wspominałam już o czekoladzie?

21 lipca 2013

KNOW HOW. Sąsiedzkie pożycie.

Dostaję niekiedy "listy do redakcji", czyli maile, smsy, komunikaty oralne i pogróżki pisemne jako reakcje na mojego bloga. Mogłabym sobie masturbować ego poprzez dzielenie się głosami zachwytu, a przynajmniej aprobaty, które do mnie docierają, ale skoro mogę "po prostu pisać" lub "pisać z sensem", to czemu by nie postawić na tę drugą opcję?

Prowadzę fascynującą korespondencję na tematy mieszkaniowe z Panią B. (pozdrawiam), która niedawno zainwestowała w mieszkanie na warszawskich Bielanach. Obecnie doprowadza mieszkanie do porządku i przygotowuje siebie oraz swoje koty do przeprowadzki. Przygotowania polegają teraz głównie na psychicznym nastawianiu się na wojnę podjazdową z sąsiadami, albowiem:

(...) zostałam wczoraj bezpodstawnie oskarżona kartką wetkniętą w drzwi przez przyszłych/niedoszłych sąsiadów w bloku, do którego się jeszcze NIE wprowadziłam, że moje koty narobiły im na wycieraczkę i żebym ową wycieraczkę posprzątała.O kotach zapewne wiedzą, bo balkon mam już osiatkowany, ale nie zauważyli, że jeszcze tam nie mieszkam. Dostali stosowną informację zwrotną na kartce. Oto kurwa Polska. A ja głupia i naiwna baba. Na karteczce - bo nie otworzyli mi drzwi - napisałam cztery zdania, w tym, iż nie życzę sobie bezpodstawnych oskarżeń.
Nie wiem co teraz.

Sąsiedzi, czyli nic nie boli tak jak życie w starym budownictwie, zwłaszcza na początku. Podejrzewam - choć nie ręczę - że ludzie wybierający mieszkania w nowych budynkach unikają tego typu problemów. Kiedy 5, 10, 50 rodzin wprowadza się jednocześnie na któreś z tych świeżutkich osiedli, wszyscy są zbyt zajęci urządzaniem się, psioczeniem na dewelopera i wyszukiwaniem usterek we własnym eM, żeby chciało im się jeszcze walczyć z sąsiadami. Sytuacja jest też pewnie łatwiejsza w przypadku kupowania mieszkań "prawie nówek" - mam wrażenie, że na tych nowych i niemal nowych, przeważnie zamkniętych, osiedlach ludzie za bardzo walczą o własną prywatność, żeby wsadzać nos w cudze sprawy. Na dodatek w prawie nowych mieszkaniach remont zwykle ograniczony jest do minimum i mniej się człowiek rzuca w oczy. 

Za to w starym budownictwie... Jeśli budynek ma więcej niż 30 lat, jeśli jego mieszkańcy mieszkają tam od zawsze, jeśli na dodatek są ludźmi w jesieni  życia, zrobią Wam z dupy (nomen omen) jesień średniowiecza, to więcej niż pewne. Nowy sąsiad to wróg. Starego się znało, lubiło lub nie, ale znało. Nie oszukujmy się, mieszkania w starych budynkach z reguły kupuje się po trupach (znowu nomem omen). Czyli przed nami mieszkała tam jakaś znana twarz, nawet jeśli nielubiana, to przynajmniej mało zaskakująca. Znało się jej wady, zalety, choroby, wnuki i psa. A tu się nagle pojawia nowy sąsiad, obcy człowiek i robi mniejszą lub większą demolkę. 

Jak mogą na to zareagować dotychczasowi mieszkańcy bloku? Zwiększają dawkę leków na serce, vigor łykają dwa razy częściej i wstępują w nich siły i zapał jak przy odgruzowywaniu Warszawy po powstaniu. 

Jest plus w tym minusie: to tylko pokaz sił. Minie.

Zaraz po podpisaniu aktu notarialnego jak rącza łania pomknęłam do administracji, żeby się pochwalić, że eM jest moje. Pani administratorka ostudziła mój zapał informując, że zamieszkałam w siedlisku żmij i innych jadowitych gadzin, głównie pomilicyjnych wdów, przyklejonych przez całą dobę do wizjera lub parapetu, którym nic nie sprawi większej frajdy niż donoszenie na mnie. Dlatego, jeśli to możliwe, wszystko w eM musi odbywać się legalnie, porządnie i zgodnie z prawem. I tak będą wydzwaniać w mojej sprawie do administracji, na policję i do kurii biskupiej, lepiej, żeby nie mieli żadnych realnych powodów. Na pocieszenie administratorka rzuciła tylko: "Na szczęście są starzy i systematycznie wymierają". Trochę mną wstrząsnął ten brutalny komunikat, później jednak wiele razy uspokajała mnie skutecznie wizja kostuchy na klatce schodowej. 

Jak bardzo było źle? Jak każda miła dziewczyna w takiej sytuacji, przed rozpoczęciem remontu przeszłam się po sąsiadach, przepraszając z góry za hałas. Wszystkie odpowiedzi były sympatyczne i pełne zrozumienia. A w praktyce:

1. Ekipa budowlana bardzo szybko doniosła mi, że jakaś baba wchodzi do mieszkania i bezczelnie informuje, że "przyszła sobie pooglądać". 
2.  Zaczęło się mniej lub bardziej uciążliwe donoszenie na hałas.
3. Administracja została powiadomiona, że składuję gruz pod blokiem. Składowałam gruz w przeznaczonym do tego pojemniku i wszystko było w porządku - administracja o tym wiedziała, sytuację rozumiała, ale też musiała interweniować, jak sąsiedzi wydzwaniali.
4.  W sprawie gruzu byłam napastowana kilkakrotnie przez sąsiadkę, do której nie docierało, że nie zjem tego gruzu. Serio, nie zjem, dlatego mam na niego stosowny pojemnik. Jak grochem w ścianę. 
5.  Jedna miła pani zaczepiła mnie na klatce schodowej i powiadomiła, że wszystkim sąsiadom nagle wzrosły rachunki i że to moja wina.  Że z całą pewnością w wyniku remontu powiększyłam sobie metraż. Że ten metraż, nowy i większy, sprawia, że powinny zostać płatności przeliczone ponownie i ja powinnam płacić więcej. Że ona mi przygotuje formularz do rozliczenia metrażu i wrzuci do skrzynki na listy, a ja mam grzecznie wypełnić i przyznać się, ile dodatkowych metrów sobie ulepiłam.
6. Ta sama pani wyjęła mi z ręki telefon, bo niestety rozmawiałam z hydraulikiem na klatce schodowej (w eM hałas). Sama chciała omówić wpływ mojego remontu na jej instalacje (a nawet w tym samym pionie nie mieszkamy). 

I tak dalej, i temu podobne. Z czasem doszły jeszcze jakieś wewnętrzne podziały w bloku, wojny gangów i takie tam. Na zebraniu wspólnoty pojawiła się opinia, że nie powinnam mieć prawa głosu, bo mieszkam tam tylko rok - ale to już drobiazgi. Na początku była prawdziwa wojna, która skończyła się razem z remontem. Jak ją przetrwałam?

Spokój i tylko spokój może nas uratować. Z sąsiadami nie można wchodzić w dyskusję, nie można się awanturować - i tak obgadają, po co dawać im realne powody? Wszystkie dziwaczne rozmowy z sąsiadami, które z ich strony były bezpardonowymi atakami, z mojej strony były tylko uprzejmym potakiwaniem. I tak pewnie powiedzieli potem komu mogli, że wyglądam na przygłupa i jedzie mi z ust, ale nikt mi nie mógł zarzucić, że jestem pyskata i nie szanuję ich siwych włosów. Szybko kończyłam każdą rozmowę, ale nigdy nie dałam się sprowokować. Dodatkowy plus: kiedy opadł remontowy pył, nie miałam szczególnych zatargów z nikim. Formularz dotyczący mojego cudem zwiększonego metrażu wcale nie trafił do mojej skrzynki, chociaż ochoczo się na niego zgodziłam (oczywiście z zamiarem olania go ciepłym moczem).

Po roku: mam spokój. Starzy sąsiedzi się uspokoili, wymieniamy zdawkowe uprzejmości. Obecnie irytują mnie jedynie młodzi sąsiedzi, którzy zbyt często zbyt głośno demonstrują (eeee) radość oraz sąsiadka z parteru, która śmierdzi niemiłosiernie, ale jak to powiedziała administratorka... mniejsza z tym. 

Początek musi boleć, nie ma innej możliwości, ale potem jest już tylko pięknie i to "potem" nie jest po 20 latach, tylko znacznie szybciej. Trzeba oszczędzać nerwy i struny głosowe, to wszystko minie. 

Ponieważ dobry post to post ze zdjęciami, a ja nie mam żadnej słit foci np. mojej sąsiadki spadającej ze schodów (żart okrutny i nieśmieszny, przepraszam bardzo), zamieszczam piosenkę, którą zawsze sobie można puścić w mieszkaniu i z radością odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule "tak, jesteś moje <3". Jeśli ktoś nie może zrobić tego w mieszkaniu, może sobie posłuchać w każdej innej sytuacji, bo piosenka jest po prostu świetna, warto.











19 lipca 2013

Wszędzie dobrze, ale...

Podobno każda kobieta wybiera mniej lub bardziej świadomie mężczyzn podobnych do swojego ojca. Absolutnie się to nie sprawdza w moim przypadku, ponieważ mój ojciec jest bardzo porządnym i wszechstronnie udanym człowiekiem, a ja takich omijam szerokim łukiem, ale sam schemat zapożyczania wzorców z domu coś w sobie ma. 

Jestem w Olsztynie, wizytuję rodzinne kąty. Jestem tu kilka godzin, jest mnie z 60 kg więcej, ale jest cudownie. Przyjazd do domu uświadomił mi, ile moje eM ma wspólnego z tym miejscem oraz ile chciałabym by miało, choć sporo z tego się nie ziści.

Lubię mieszkanie moich rodziców za wszechobecne drewno, ale drewno z klasą - zadbane, jasne, skandynawskie, a nie skansenowe. Za zieleń wokoło, za kwiaty doniczkowe, które nie zdychają po tygodniu. Za to, że nowym sprzętem są kolejne półki na książki i nikt tu nie uważa, że książki to oldskul i potwierdzenie burżujsko-lewackich poglądów.


Wyszukując godne uwiecznienia elementy domu natknęłam się na zestaw kieliszków, który muszę zdobyć. Nie wiem jeszcze jak, głupio się dopraszać o przyspieszoną realizację testamentu, dlatego rozważam opcję "za 500 lajków pod tym postem rodzice oddadzą mi rodowe kryształy". Jeśli się na taką akcję zdecyduję, pamiętajcie kochani, zwłaszcza kochani mieszkający niedaleko, że za takim zestawem poszłaby domowa produkcja nalewek, czyli warto polubić, warto;).



17 lipca 2013

Najbardziej egzotyczne strzyżenie na Woli

Na eM świat się nie kończy, stwierdzam. Wybierając mieszkanie zdecydowałam się nie tylko na ten swój kwadrat, ale też na sąsiadów, na blok, ulicę i okolicę. Po roku życia tutaj wiem na pewno - jestem fanką Woli, a najciekawszych odkryć dokonanych na dzielni nie zamierzam zachować tylko dla siebie. 

Na wszelki wypadek zaznaczę od razu: opisać chcę miejsca warte odwiedzenia. Chociaż... Wola obfituje też w zjawiska dziwne, śmieszne, ciekawe,  na granicy prawa lub daleko za tą granicą. Jak choćby sklep na Wolskiej:



Na pierwszy ogień - i słowo "ogień" nie jest przypadkowe - rzucam Carlosa, fryzjerskie odkrycie roku. 

Salon Art Capelli (ulica Płocka 31) zauważyłam i przetestowałam już rok temu. Pani Weronika była człowiekiem miłym i fryzjerem poprawnym, dlatego zdarzało mi się tam wracać ze spokojem, bez nadziei na rewolucję, ale też i bez obaw przed katastrofą. 



Pewnego czerwcowego (a może majowego?) dnia zajrzałam tam jak zwykle i ze zdumieniem odkryłam całkowity brak pani Weroniki, jej aniołków, złotej farby na ścianach i zdjęć Michaela Jacksona. W salonie zastałam za to mrocznego Latynosa, który powiadomił mnie, że "to ja jestem fryzjer". Nigdy się tak nie bałam, ale uciec nie wypadało. 

Wyszłam olśniona i zachwycona, wróciłam nie raz, nie dwa, nie trzy... Polecam wszystkim i jestem gotowa osobiście koordynować przyjazdy wycieczek z najodleglejszych miast Polski i nie tylko. Własnej najlepszej przyjaciółce sprezentowałam na urodziny voucher i też jest pod wrażeniem umiejętności Carlosa, zaś pod wrażeniem jej fryzury jest już połowa Warszawy.


(A skoro o umiejętnościach mowa - autorką vouchera jest niezastąpiona E for Event)

Co należy wiedzieć o Carlosie:

- Carlos jest tani jak barszcz, co oczywiście jest jego ogromnym plusem, ale też rodzi moje obawy o jego przyszłość, bo rachunki chyba płacić musi i wypadałoby mieć z czego.

- Carlos jest idealny dla osób znających hiszpański (Meksykanin!). Ludzie z angielskim i zaawansowaną mową ciała też sobie dadzą radę. Przy polskim pojawiają się schody, ale jak ma się dobrą wolę (nomen omen) i cierpliwość to też się może udać. Spokojnie, uczy się;)



- Carlos jest wyznawcą idei slow work, czyli nawet na podcięcie grzywki trzeba sobie zarezerwować godzinę. 

- Carlos nie jest gejem i trochę się wkurza, kiedy  musi się z taką sugestią zmierzyć pięć razy w ciągu dnia.

- Carlos nie jest ciasteczkiem do schrupania (i takie podejrzenia wkurzają go nawet bardziej niż homosugestie). Nie sądzę, żeby czytała te słowa jakaś "wolska pani w średnim wieku", ale jeśli tak, to zaprzestań kobieto tekstów w rodzaju "woda jest ciepła, Ty jesteś gorący" (jako odpowiedź na jego z trudem po polsku zadane pytanie przy myciu włosów o temperaturę wody). Takie niegodne damy zachowania są podobno normą, w sumie się nie dziwię - Meksykanin na Woli to jest spora egzotyka.

- Carlos jest prawdopodobnie jedynym fryzjerem w Warszawie, który między klientami ogląda filmy Tarantino, żeby wyłapać jakiś dobry tekst do wytatuowania. 

- Jest fanem czaszek, czaszek i czaszek. Lubi też radykalne decyzje fryzjerskie i śmiałe cięcia. Kręci nożyczkami jak pistoletem!



- Nie lubi banalnych rozwiązań, krótkich włosów u mnie i malin. 

Polecam, polecam, polecam! Spieszmy się odwiedzać fryzjerów, tak szybko plajtują!

14 lipca 2013

Arbuz inaczej

Wiecie może, jak to jest, kiedy człowiek ma w towarzyskim pobliżu osoby, które są w czymś frustrująco dobre, a nawet lepsze, a przy tym niestety są fajne? Sytuacja tragiczna: tak ładnej/mądrej/zdolnej/świetnie ubranej osoby nie powinno się lubić, a przecież tak trudno nie lubić...

Bardzo długo nie znałam tego uczucia (hłe, hłe, hłe), ale pewnego dnia moja podobna do Jamesa Deana przyjaciółka przedstawiła mi Dominikę i Anię, właścicielki firmy cateringowej VanillaSpice. Dziewczyny gotują jak natchnione, mają rzadki dar robienia rzeczy pozornie prostych, ale fantastycznych, od niechcenia łączą smaki niełączliwe i pozwalają maluczkim odkryć nowe kulinarne lądy. Dodatkowo, SĄ SZCZUPŁE, co w przypadku osób, których życie w znacznym stopniu toczy się kuchni, jest zwyczajną niesprawiedliwością. Szczupłe i ładne, i ich koty niszczą mieszkanie mniej niż moje... I znalazłoby się wiele innych powodów do nielubienia, gdyby nie to, że już je polubiłam i chyba się tego  nie da odkręcić.

Ale, ale - do czego zmierzam. Dawno temu, przy okazji meczu Polska-Rosja w ramach Euro 2012, dziewczyny podzieliły się (szokującą dla mnie wówczas) informacją, że arbuz jest dobry z cebulą. Wiadomość była tak zaskakująca, że aż okoliczności jej podania zapamiętałam na całe życie. I nie wierzyłam, bardzo długo. 

Nadeszło jednak znowu lato, znowu sezon arbuzowy i pomyślałam, że raz się żyje. Poprosiłam Dominikę i Anię o przepis i dostałam go od razu (jak tu ich nie lubić?).

Listę zakupów (arbuz, oliwki, cebula, feta, ocet winny, oliwa) wysłałam A., z którym zamierzałam przeprowadzić ten eksperyment. Na swoje usprawiedliwienie pragnę ujawnić, że taki zestaw produktów nic A. nie powiedział i jeszcze w połowie zakupów dopytywał, co my właściwie możemy z tego zrobić...? Teraz już wiemy, że zrobić z tego można same dobre rzeczy. Sałatkę wzięłam później ze sobą do pracy i też wywołała sensację. Czyli może nie tylko ja jestem słaba w te klocki.

Wyszło pięknie i pysznie:


Według przepisu VanillaSpice, cebula miała być czerwona, ale żaden warzywniak w okolicy takową nie dysponował. Kupiliśmy białą, podobno łagodną odmianę. Oliwki zwykłe, choć miały być kalamata. Niestety, tu też zawiodły sklepy na Woli. Dominika sugerowała orzechy włoskie, ale A. stanowczo niestety zaprotestował. 

Blogerskie zwichnięcie kazało mi sytuację utrwalić na zdjęciach i podsunęło pomysł dodania pietruszki. Inicjatywa była ukierunkowana na poprawę estetyki zdjęć, ale  okazała się też udana smakowo.


Pod powyższymi pozytywnymi opiniami absolutnie nie podpisują się koty, którym wyraźnie brakowało "tego czegoś".


Aktualnie jednym z moich najważniejszych życiowych celów jest dorwanie czerwonej cebuli, właściwych oliwek i orzechów, żeby było tak, jak być powinno. Chociaż, biorąc pod uwagę, jak dobrze wyszła realizacja przepisu w 80%, strach pomyśleć, jak poważnie się uzależnię od pełnej wersji sałatki. 

Wielkie dzięki dziewczyny za przepis, podobna do Jamesa Deana przyjaciółko - za dziewczyny, oraz A. - za wspólną realizację i te jakościowo lepsze foty.

11 lipca 2013

W domach z betonu nie ma wolnej miłości?

Moja mama od lat powtarza mi jak mantrę: nigdy nie wychodź za mąż i planuj! Co do pierwszego przykazania - serdecznie pozdrawiam tatę, mamie poślubionego. Drugie polecenie zawiera treść głęboką jak Rów Mariański, natchnioną jak Pytia po wdychaniu toksycznych wyziewów i prostą jak budowa młotka - do szczęścia potrzebne są plany. Małe, duże, mniej i bardziej złożone cele życiowe, do których się dąży. Oczywiście, zaplanować sobie można sprzątanie piwnicy w weekend, ale prawdziwą frajdę sprawia wyznaczanie sobie celu ekscytującego, do którego zmierzanie samo w sobie jest frajdą. Planować warto wakacje lub podbój świata, nic poniżej!

Moje plany, choć nie wszystkie, kręcą się wokół eM. Jeden z nich narodził się wczoraj: będę miała betonowy blat w kuchni.

Zwracam uwagę na drastyczną różnicę między planami a marzeniami - ja nie chcę mieć betonowego blatu, ja go miała będę i koniec! Na potwierdzenie tych słów umieszczam tu niniejszym mix zdjęć mojego najświeższego obiektu westchnień, zaczytuję się we wskazówkach, jak coś takiego zrobić na własną rękę, szukam (niekoniecznie) własnej ręki gotowej blat popełnić i niech mnie kule biją, jak to się szybko nie zrealizuje!

Kot nie podrapie, nóż przypadkiem nie potnie, do przyłożenia zbolałej głowy na porannym kacu jak znalazł. No i jak wygląda...


8 lipca 2013

Nadmorskie inspiracje

Podróże kształcą. Każde nowe miejsce zostawia w człowieku ślad, każda przygoda wzbogaca, każde opuszczenie domu pozwala na spotkanie z samym sobą. Podróże to niepowtarzalne źródło inspiracji.

Powyższe farmazony napisałam nie bez przyczyny: wróciłam właśnie z Heineken Open'er Festival. Festiwal i samo Trójmiasto na źródło inspiracji nadaje się doskonale. 


Open'er - o czym najlepiej świadczy dobór wykonawców, zaplecze gastronomiczne, dodatkowe atrakcje, takie jak premiera sztuki Warlikowskiego, czy chociażby cena biletów - jest imprezą hipstersko-lansiarską. Można się napatrzeć do woli na metki, trendy, gadżety oraz ich bardzo atrakcyjnych nosicieli. Na tym festiwalu żadne kalosze nie są przypadkowe, a pewne obowiązki są oczywiste: na przykład zdjęcia z halacją. Bez zdjęć z halacją nie ma mowy o klimacie festiwalowym, lecz ich robienie jest dość nużące. W moim przypadku, im lepsza halacja, tym bardziej znudzony wyraz twarzy.


Różnica między festiwalowiczami a resztą świata stała się szczególnie widoczna, gdy (trawiaste i wyboiste) lotnisko zaatakowały fanki Rihanny z okazji jej niedzielnego koncertu, który dla posiadaczy karnetów był atrakcją dodatkową, oficjalnie z lekka pogardzaną (nieoficjalnie całkiem ekscytującą).


Open'er to nieustanny kontakt z kulturą i sztuką w wielu wymiarach. Na poniższym zdjęciu uwieczniony został fragment podłoża, po którym tuż obok mnie przeszedł Andrzej Chyra, a Skunk Anansie grało akurat "I believe in you".

Reasumując, było cudownie. Fantastyczna muzyka (alt-J<3), choć nie obyło się bez rozczarowań (koniec z nami, Kings of Leon!). Piękna pogoda, tylko jedno deszczowe popołudnie, którego nie można uznać za minus, skoro stało się okazją do kaloszowego lansu. Ciekawe jedzenie, które pewnie zostało przy mnie na zawsze w postaci dodatkowej fałdy. Fałda, fala, wydma, morze - pamiątka pasująca do kontekstu;). 

A teraz clue imprezy, czyli jak to się wszystko przełoży na eM?

Niby nijak, a jednak;). Wyjazd zaowocował ogromną tęsknotą za własnym łóżkiem, własną łazienką i domowym jedzeniem. Tydzień jedzenia na mieście rodzi potrzebę zjedzenia kanapki z pasztetem;). Mam też ochotę na poeksperymentowanie z hummusem własnej roboty, jednak na razie ciiii! - moje kulinarne deklaracje to red alert dla sanepidu i epidemiologów, nie ma co straszyć porządnych ludzi dopóki nic nie zrobiłam. Nie ukrywam jednak, że będę wdzięczna za przepisy;).

Mały prezent na koniec, typowo eMowy - to cudo wypatrzyłam na Monciaku, widziałabym to w mojej łazience. Koniec z kompleksami murowany;).