14 lipca 2013

Arbuz inaczej

Wiecie może, jak to jest, kiedy człowiek ma w towarzyskim pobliżu osoby, które są w czymś frustrująco dobre, a nawet lepsze, a przy tym niestety są fajne? Sytuacja tragiczna: tak ładnej/mądrej/zdolnej/świetnie ubranej osoby nie powinno się lubić, a przecież tak trudno nie lubić...

Bardzo długo nie znałam tego uczucia (hłe, hłe, hłe), ale pewnego dnia moja podobna do Jamesa Deana przyjaciółka przedstawiła mi Dominikę i Anię, właścicielki firmy cateringowej VanillaSpice. Dziewczyny gotują jak natchnione, mają rzadki dar robienia rzeczy pozornie prostych, ale fantastycznych, od niechcenia łączą smaki niełączliwe i pozwalają maluczkim odkryć nowe kulinarne lądy. Dodatkowo, SĄ SZCZUPŁE, co w przypadku osób, których życie w znacznym stopniu toczy się kuchni, jest zwyczajną niesprawiedliwością. Szczupłe i ładne, i ich koty niszczą mieszkanie mniej niż moje... I znalazłoby się wiele innych powodów do nielubienia, gdyby nie to, że już je polubiłam i chyba się tego  nie da odkręcić.

Ale, ale - do czego zmierzam. Dawno temu, przy okazji meczu Polska-Rosja w ramach Euro 2012, dziewczyny podzieliły się (szokującą dla mnie wówczas) informacją, że arbuz jest dobry z cebulą. Wiadomość była tak zaskakująca, że aż okoliczności jej podania zapamiętałam na całe życie. I nie wierzyłam, bardzo długo. 

Nadeszło jednak znowu lato, znowu sezon arbuzowy i pomyślałam, że raz się żyje. Poprosiłam Dominikę i Anię o przepis i dostałam go od razu (jak tu ich nie lubić?).

Listę zakupów (arbuz, oliwki, cebula, feta, ocet winny, oliwa) wysłałam A., z którym zamierzałam przeprowadzić ten eksperyment. Na swoje usprawiedliwienie pragnę ujawnić, że taki zestaw produktów nic A. nie powiedział i jeszcze w połowie zakupów dopytywał, co my właściwie możemy z tego zrobić...? Teraz już wiemy, że zrobić z tego można same dobre rzeczy. Sałatkę wzięłam później ze sobą do pracy i też wywołała sensację. Czyli może nie tylko ja jestem słaba w te klocki.

Wyszło pięknie i pysznie:


Według przepisu VanillaSpice, cebula miała być czerwona, ale żaden warzywniak w okolicy takową nie dysponował. Kupiliśmy białą, podobno łagodną odmianę. Oliwki zwykłe, choć miały być kalamata. Niestety, tu też zawiodły sklepy na Woli. Dominika sugerowała orzechy włoskie, ale A. stanowczo niestety zaprotestował. 

Blogerskie zwichnięcie kazało mi sytuację utrwalić na zdjęciach i podsunęło pomysł dodania pietruszki. Inicjatywa była ukierunkowana na poprawę estetyki zdjęć, ale  okazała się też udana smakowo.


Pod powyższymi pozytywnymi opiniami absolutnie nie podpisują się koty, którym wyraźnie brakowało "tego czegoś".


Aktualnie jednym z moich najważniejszych życiowych celów jest dorwanie czerwonej cebuli, właściwych oliwek i orzechów, żeby było tak, jak być powinno. Chociaż, biorąc pod uwagę, jak dobrze wyszła realizacja przepisu w 80%, strach pomyśleć, jak poważnie się uzależnię od pełnej wersji sałatki. 

Wielkie dzięki dziewczyny za przepis, podobna do Jamesa Deana przyjaciółko - za dziewczyny, oraz A. - za wspólną realizację i te jakościowo lepsze foty.

2 komentarze:

  1. widzę że ktoś tu również jest smakoszem arbuza z fetą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No raczej:). Nawet dziś jest w planie obiadowym:)

      Usuń