30 lipca 2013

Goście all inclusive

Gość w dom - wiadomo. Nie, nie, wcale nie cukier do szafy. Lubię mieć gości i to tak bardzo, że prawdopodobnie moi sąsiedzi podejrzewają mnie o prowadzenie jakiegoś nielegalnego przytułku lub bardzo niemoralne prowadzenie się. Na godzinę, dwie, tydzień, na herbatę, na wystawny obiad z rodową zastawą, na "jak zamierzasz u mnie coś jeść to kup to po drodze". Różni goście, sytuacje też różne, każda ma swoje plusy, żadna chyba nie ma minusów.

Z całym szacunkiem dla wszystkich moich bliższych i dalszych znajomych, królowa może być tylko jedna. Moim ulubionym gościem jest moja własna prywatna podobna do Jamesa Deana przyjaciółka, o ile gościem można nazwać kogoś z własnym kluczem, własną kołderką, zapędami do sprzątania i gotowania. 

Ostatnio pobiła ona własne rekordy i w ramach wizyty nie tylko (zdrowo!) gotowała, ale też zorganizowała dwuosobową ekipę malarską, prawdopodobnie jedną z ładniej wytatuowanych w Warszawie.





Widoczne na zdjęciach prace malarskie to tylko zapowiedź większych zmian. Praca szła tak efektownie i efektywnie, że aż mój kot, spuszczony na chwilę z oka, postanowił się włączyć. Wlazł w korytko po farbie i przebiegł przez całe mieszkanie, zostawiając normandzkie mgły wszędzie. Ważne info: farba lateksowa zmywa się bez problemu ciepłą wodą. Kamień z serca.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz