21 lipca 2013

KNOW HOW. Sąsiedzkie pożycie.

Dostaję niekiedy "listy do redakcji", czyli maile, smsy, komunikaty oralne i pogróżki pisemne jako reakcje na mojego bloga. Mogłabym sobie masturbować ego poprzez dzielenie się głosami zachwytu, a przynajmniej aprobaty, które do mnie docierają, ale skoro mogę "po prostu pisać" lub "pisać z sensem", to czemu by nie postawić na tę drugą opcję?

Prowadzę fascynującą korespondencję na tematy mieszkaniowe z Panią B. (pozdrawiam), która niedawno zainwestowała w mieszkanie na warszawskich Bielanach. Obecnie doprowadza mieszkanie do porządku i przygotowuje siebie oraz swoje koty do przeprowadzki. Przygotowania polegają teraz głównie na psychicznym nastawianiu się na wojnę podjazdową z sąsiadami, albowiem:

(...) zostałam wczoraj bezpodstawnie oskarżona kartką wetkniętą w drzwi przez przyszłych/niedoszłych sąsiadów w bloku, do którego się jeszcze NIE wprowadziłam, że moje koty narobiły im na wycieraczkę i żebym ową wycieraczkę posprzątała.O kotach zapewne wiedzą, bo balkon mam już osiatkowany, ale nie zauważyli, że jeszcze tam nie mieszkam. Dostali stosowną informację zwrotną na kartce. Oto kurwa Polska. A ja głupia i naiwna baba. Na karteczce - bo nie otworzyli mi drzwi - napisałam cztery zdania, w tym, iż nie życzę sobie bezpodstawnych oskarżeń.
Nie wiem co teraz.

Sąsiedzi, czyli nic nie boli tak jak życie w starym budownictwie, zwłaszcza na początku. Podejrzewam - choć nie ręczę - że ludzie wybierający mieszkania w nowych budynkach unikają tego typu problemów. Kiedy 5, 10, 50 rodzin wprowadza się jednocześnie na któreś z tych świeżutkich osiedli, wszyscy są zbyt zajęci urządzaniem się, psioczeniem na dewelopera i wyszukiwaniem usterek we własnym eM, żeby chciało im się jeszcze walczyć z sąsiadami. Sytuacja jest też pewnie łatwiejsza w przypadku kupowania mieszkań "prawie nówek" - mam wrażenie, że na tych nowych i niemal nowych, przeważnie zamkniętych, osiedlach ludzie za bardzo walczą o własną prywatność, żeby wsadzać nos w cudze sprawy. Na dodatek w prawie nowych mieszkaniach remont zwykle ograniczony jest do minimum i mniej się człowiek rzuca w oczy. 

Za to w starym budownictwie... Jeśli budynek ma więcej niż 30 lat, jeśli jego mieszkańcy mieszkają tam od zawsze, jeśli na dodatek są ludźmi w jesieni  życia, zrobią Wam z dupy (nomen omen) jesień średniowiecza, to więcej niż pewne. Nowy sąsiad to wróg. Starego się znało, lubiło lub nie, ale znało. Nie oszukujmy się, mieszkania w starych budynkach z reguły kupuje się po trupach (znowu nomem omen). Czyli przed nami mieszkała tam jakaś znana twarz, nawet jeśli nielubiana, to przynajmniej mało zaskakująca. Znało się jej wady, zalety, choroby, wnuki i psa. A tu się nagle pojawia nowy sąsiad, obcy człowiek i robi mniejszą lub większą demolkę. 

Jak mogą na to zareagować dotychczasowi mieszkańcy bloku? Zwiększają dawkę leków na serce, vigor łykają dwa razy częściej i wstępują w nich siły i zapał jak przy odgruzowywaniu Warszawy po powstaniu. 

Jest plus w tym minusie: to tylko pokaz sił. Minie.

Zaraz po podpisaniu aktu notarialnego jak rącza łania pomknęłam do administracji, żeby się pochwalić, że eM jest moje. Pani administratorka ostudziła mój zapał informując, że zamieszkałam w siedlisku żmij i innych jadowitych gadzin, głównie pomilicyjnych wdów, przyklejonych przez całą dobę do wizjera lub parapetu, którym nic nie sprawi większej frajdy niż donoszenie na mnie. Dlatego, jeśli to możliwe, wszystko w eM musi odbywać się legalnie, porządnie i zgodnie z prawem. I tak będą wydzwaniać w mojej sprawie do administracji, na policję i do kurii biskupiej, lepiej, żeby nie mieli żadnych realnych powodów. Na pocieszenie administratorka rzuciła tylko: "Na szczęście są starzy i systematycznie wymierają". Trochę mną wstrząsnął ten brutalny komunikat, później jednak wiele razy uspokajała mnie skutecznie wizja kostuchy na klatce schodowej. 

Jak bardzo było źle? Jak każda miła dziewczyna w takiej sytuacji, przed rozpoczęciem remontu przeszłam się po sąsiadach, przepraszając z góry za hałas. Wszystkie odpowiedzi były sympatyczne i pełne zrozumienia. A w praktyce:

1. Ekipa budowlana bardzo szybko doniosła mi, że jakaś baba wchodzi do mieszkania i bezczelnie informuje, że "przyszła sobie pooglądać". 
2.  Zaczęło się mniej lub bardziej uciążliwe donoszenie na hałas.
3. Administracja została powiadomiona, że składuję gruz pod blokiem. Składowałam gruz w przeznaczonym do tego pojemniku i wszystko było w porządku - administracja o tym wiedziała, sytuację rozumiała, ale też musiała interweniować, jak sąsiedzi wydzwaniali.
4.  W sprawie gruzu byłam napastowana kilkakrotnie przez sąsiadkę, do której nie docierało, że nie zjem tego gruzu. Serio, nie zjem, dlatego mam na niego stosowny pojemnik. Jak grochem w ścianę. 
5.  Jedna miła pani zaczepiła mnie na klatce schodowej i powiadomiła, że wszystkim sąsiadom nagle wzrosły rachunki i że to moja wina.  Że z całą pewnością w wyniku remontu powiększyłam sobie metraż. Że ten metraż, nowy i większy, sprawia, że powinny zostać płatności przeliczone ponownie i ja powinnam płacić więcej. Że ona mi przygotuje formularz do rozliczenia metrażu i wrzuci do skrzynki na listy, a ja mam grzecznie wypełnić i przyznać się, ile dodatkowych metrów sobie ulepiłam.
6. Ta sama pani wyjęła mi z ręki telefon, bo niestety rozmawiałam z hydraulikiem na klatce schodowej (w eM hałas). Sama chciała omówić wpływ mojego remontu na jej instalacje (a nawet w tym samym pionie nie mieszkamy). 

I tak dalej, i temu podobne. Z czasem doszły jeszcze jakieś wewnętrzne podziały w bloku, wojny gangów i takie tam. Na zebraniu wspólnoty pojawiła się opinia, że nie powinnam mieć prawa głosu, bo mieszkam tam tylko rok - ale to już drobiazgi. Na początku była prawdziwa wojna, która skończyła się razem z remontem. Jak ją przetrwałam?

Spokój i tylko spokój może nas uratować. Z sąsiadami nie można wchodzić w dyskusję, nie można się awanturować - i tak obgadają, po co dawać im realne powody? Wszystkie dziwaczne rozmowy z sąsiadami, które z ich strony były bezpardonowymi atakami, z mojej strony były tylko uprzejmym potakiwaniem. I tak pewnie powiedzieli potem komu mogli, że wyglądam na przygłupa i jedzie mi z ust, ale nikt mi nie mógł zarzucić, że jestem pyskata i nie szanuję ich siwych włosów. Szybko kończyłam każdą rozmowę, ale nigdy nie dałam się sprowokować. Dodatkowy plus: kiedy opadł remontowy pył, nie miałam szczególnych zatargów z nikim. Formularz dotyczący mojego cudem zwiększonego metrażu wcale nie trafił do mojej skrzynki, chociaż ochoczo się na niego zgodziłam (oczywiście z zamiarem olania go ciepłym moczem).

Po roku: mam spokój. Starzy sąsiedzi się uspokoili, wymieniamy zdawkowe uprzejmości. Obecnie irytują mnie jedynie młodzi sąsiedzi, którzy zbyt często zbyt głośno demonstrują (eeee) radość oraz sąsiadka z parteru, która śmierdzi niemiłosiernie, ale jak to powiedziała administratorka... mniejsza z tym. 

Początek musi boleć, nie ma innej możliwości, ale potem jest już tylko pięknie i to "potem" nie jest po 20 latach, tylko znacznie szybciej. Trzeba oszczędzać nerwy i struny głosowe, to wszystko minie. 

Ponieważ dobry post to post ze zdjęciami, a ja nie mam żadnej słit foci np. mojej sąsiadki spadającej ze schodów (żart okrutny i nieśmieszny, przepraszam bardzo), zamieszczam piosenkę, którą zawsze sobie można puścić w mieszkaniu i z radością odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule "tak, jesteś moje <3". Jeśli ktoś nie może zrobić tego w mieszkaniu, może sobie posłuchać w każdej innej sytuacji, bo piosenka jest po prostu świetna, warto.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz