8 lipca 2013

Nadmorskie inspiracje

Podróże kształcą. Każde nowe miejsce zostawia w człowieku ślad, każda przygoda wzbogaca, każde opuszczenie domu pozwala na spotkanie z samym sobą. Podróże to niepowtarzalne źródło inspiracji.

Powyższe farmazony napisałam nie bez przyczyny: wróciłam właśnie z Heineken Open'er Festival. Festiwal i samo Trójmiasto na źródło inspiracji nadaje się doskonale. 


Open'er - o czym najlepiej świadczy dobór wykonawców, zaplecze gastronomiczne, dodatkowe atrakcje, takie jak premiera sztuki Warlikowskiego, czy chociażby cena biletów - jest imprezą hipstersko-lansiarską. Można się napatrzeć do woli na metki, trendy, gadżety oraz ich bardzo atrakcyjnych nosicieli. Na tym festiwalu żadne kalosze nie są przypadkowe, a pewne obowiązki są oczywiste: na przykład zdjęcia z halacją. Bez zdjęć z halacją nie ma mowy o klimacie festiwalowym, lecz ich robienie jest dość nużące. W moim przypadku, im lepsza halacja, tym bardziej znudzony wyraz twarzy.


Różnica między festiwalowiczami a resztą świata stała się szczególnie widoczna, gdy (trawiaste i wyboiste) lotnisko zaatakowały fanki Rihanny z okazji jej niedzielnego koncertu, który dla posiadaczy karnetów był atrakcją dodatkową, oficjalnie z lekka pogardzaną (nieoficjalnie całkiem ekscytującą).


Open'er to nieustanny kontakt z kulturą i sztuką w wielu wymiarach. Na poniższym zdjęciu uwieczniony został fragment podłoża, po którym tuż obok mnie przeszedł Andrzej Chyra, a Skunk Anansie grało akurat "I believe in you".

Reasumując, było cudownie. Fantastyczna muzyka (alt-J<3), choć nie obyło się bez rozczarowań (koniec z nami, Kings of Leon!). Piękna pogoda, tylko jedno deszczowe popołudnie, którego nie można uznać za minus, skoro stało się okazją do kaloszowego lansu. Ciekawe jedzenie, które pewnie zostało przy mnie na zawsze w postaci dodatkowej fałdy. Fałda, fala, wydma, morze - pamiątka pasująca do kontekstu;). 

A teraz clue imprezy, czyli jak to się wszystko przełoży na eM?

Niby nijak, a jednak;). Wyjazd zaowocował ogromną tęsknotą za własnym łóżkiem, własną łazienką i domowym jedzeniem. Tydzień jedzenia na mieście rodzi potrzebę zjedzenia kanapki z pasztetem;). Mam też ochotę na poeksperymentowanie z hummusem własnej roboty, jednak na razie ciiii! - moje kulinarne deklaracje to red alert dla sanepidu i epidemiologów, nie ma co straszyć porządnych ludzi dopóki nic nie zrobiłam. Nie ukrywam jednak, że będę wdzięczna za przepisy;).

Mały prezent na koniec, typowo eMowy - to cudo wypatrzyłam na Monciaku, widziałabym to w mojej łazience. Koniec z kompleksami murowany;).


3 komentarze:

  1. Zacne dupsko z obrazka. No piękne.
    Ja poszłabym dalej i powiesiłabym to dzieło nie w łazience, a w salonie.
    Ale nie mam salonu.
    Dlatego wszystko jasne.

    OdpowiedzUsuń