20 sierpnia 2013

Co się dzieje, jak nic się nie dzieje

Drodzy, Drogie, jak widać, od pewnego czasu mnie tu nie widać. Dlaczego tak się dzieje? Przyczyn jest kilka, każda warta wzmianki:

1. W eM toczą się dość poważne prace. Efekty wkrótce. Chwilowo pot, łzy i ślady farby wszędzie oraz co chwila pojawiające się wrażenie, że coś robię źle, a w ogóle to głupio wymyśliłam. Dam znać, kiedy będzie się czym pochwalić lub kiedy będzie ewidentna konieczność przyznania się do błędu.


2. Promocje i wyprzedaże, czyli w galeriach handlowych jest teraz bardziej niebezpiecznie niż w nocnym autobusie pełnym kibiców Legii. Niby nikt nie śpiewa niepoprawnych politycznie piosenek zawierających groźby karalne pod adresem mniejszości różnego rodzaju, a i tak człowiek czuje się jak w potrzasku i ma ataki duszności. W ostatni weekend Home&You zrobiło straszny numer, czyli przy zakupie dwóch rzeczy za tańszą płaciło sie tylko 10 zł. Na takie chwile czeka się całe życie. Od dawna marzyłam o formie do tarty, ale nad drugim przedmiotem musiałam się porządnie zastanowić. Zastanawiałam się w sklepie, obsługa już mnie chciała tam zameldować. W końcu wyszłam z tym tajemniczym drugim czymś widocznym na zdjęciu, który bardzo się przyda do... patrz punkt 1.


  3. Rozbijam się po Wawce, to tu, to tam, dziś BUW, jutro Biblioteka Narodowa, kto bogatemu zabroni? Bardziej serio, czasem zdarza mi się zabłądzić w okolice, w których nie ma biblioteki, są za to ewidentnie wojowniczy staruszkowie. Na zdjęciu poniżej przykład wandalizmu z przystanku Sokratesa. Stare Bielany zobowiązują, niech mnie kule biją, jeśli ten rzezimieszek miał mniej niż 70 lat.


4. No i piszę. A przynajmniej się staram. Z okazji doktoratu cierpią moje kontakty towarzyskie, plany zawodowe, blog i kot, którego znudzona mina z poniższego zdjęcia mówi wszystko. Niech się cieszy, że chociaż jej nie robię awantur bez powodu, a jestem już na tym etapie. Ehh.


5. Jakbym miała za mało na głowie, przygotowuję się też, głównie mentalnie, bo na pakowanie nie mam czasu, do urlopu. Będę się odzywać! Tak mi dopomóż drogi internecie działający poza granicami kraju naszego.


Reasumując, jesteśmy w taczu, za przedłużające się milczenie z góry przepraszam, postaram się, żeby wyczekane posty były warte czekania. Spocznij!

15 sierpnia 2013

Stooo lat!

Zamknięte sklepy nawet bezrobotnym, "wierzącym-niepraktykującym", całkiem niewierzącym, a nawet kpiącym ze wszystkiego i cudzoziemcom dobitnie uświadamiają, że mamy dziś święto kościołowe i to z gatunku tych grubszych. Portale internetowe przypominają dla odmiany, że dziś świętuje wojsko i kontekst ma całkiem niezły, bo rocznicę Cudu nad Wisłą. Media bardziej wszechstronne, takie jak niezależna.pl, oraz ludzie światli, tacy jak abp Hoser, bez problemu łączą te wszystkie okazje w jedno, wskazując oczywiste powiązania między Wniebowzięciem a rozgromieniem bolszewików przez rozmodlone polskie wojsko ku radości rozmodlonego społeczeństwa polskiego przy minimalnym wkładzie Józefa P., który był już wtedy po stronie luterańskiej, czyli się nie liczył.

Abstrahując jednak od tych wszystkich historyczno-militarno-religijnych spraw, dziś jest naprawdę ważny dzień, moja osobista rocznica mojego osobistego cudu, nie da się ukryć, że nad Wisłą. Po kilku miesiącach szukania, po kilkumiesięcznej batalii z bankiem, po tygodniach użerania się z fachowcami, po ryzykowaniu życia i zdrowia w efekcie poszukiwania mieszkania w czasie zimy stulecia, po ryzykowaniu życia i zdrowia w efekcie remontowania mieszkania w czasie lata stulecia...

15 sierpnia 2012 roku po raz pierwszy obudziłam się w eM

Tak, to już rok. 15 sierpnia 2012 nie działał jeszcze prysznic w eM, nie było paneli, tylko klepisko, pył, pył i jeszcze raz pył oraz zapach farby, która rozprowadzana była na ścianach poprzedniego wieczoru w oparach absurdu i alkoholu. 15 sierpnia 2012 spożyłam w eM pierwsze śniadanie (7days), pożegnałam Pragę na zawsze, do eM zjechała reszta dobytku i zwierzęta przede wszystkim. 15 sierpnia 2012 zakończyłam tak zmęczona, że zasnęłam (znowu w eM!) zostawiając klucze w drzwiach wejściowych po zewnętrznej stronie. 

(Ok, już 16.08 skapitulowałam wobec braku prysznica i zwiałam do dobrych ludzi, ale..;))

15 sierpnia 2013 roku prysznic bez wątpienia działa, śniadanie miałam lepsze i zdrowsze niż rok temu, pod stopami mam panele, a pod tyłkiem prawdziwe krzesło, czas na małą podróż sentymentalną do początków życia w eM. 



Pierwsze dni w eM (a może nawet tygodnie?) to paczki, tobołki, kartony, graty, graty, graty... i wyposażenie czekające na montaż, jak choćby panele czy widoczny na zdjęciu kran. Wszechobecny pył. W tym wszystkim koty. Dwa koty. Wnioski: worki próżniowe to rewelacyjny pomysł na pakowanie, naprawdę świetny. Chyba, że ktoś ma koty. Dwa koty kontra cztery worki próżniowe - wynik tej bitwy mógł być tylko jeden, żaden cud. 

A teraz kilka historii związanych z jedną fotografią, w tym zgon:

Bardzo możliwe, że to ja stworzyłam tę kretyńską piramidę z tarasem widokowym na szczycie. Piramida stała chyba ze dwa tygodnie i codziennie była z lekka modyfikowana, bo ciągle okazywało się, że jest w niej coś, co jest właśnie niezbędne albo że szybko należy zmniejszyć jej obwód, bo trzeba się dostać do ścian, itd. Blat stolika na samej górze to jednak dowód zaawansowanej głupoty, umieszczenie go tam skutków miało kilka, wszystkie opłakane. 

Po pierwsze, stolik zleciał, jak łatwo się domyślić. Poleciał ślizgiem i przyłożył w ścianę, wybijając w niej dziurę (ściana była oczywiście świeżo pomalowana). Szczęście w nieszczęściu, nauczyłam się dzięki temu szpachlować i przydało mi się to w życiu jeszcze kilka razy. 

Po drugie, nie tylko stolik zleciał - dzięki kotom wszystko z tej piramidy leciało jak złoty deszcz w piosence Bajmu. Jeden ze spadających elementów pociągnął za sobą stojącą na parapecie klatkę z chomikiem. Atylla, najmniejszy chomik świata, lot przetrwał, zderzenie z ziemią też, ale klatka się przy okazji otworzyła... no i do akcji znowu wkroczyły koty. Atylla - na zawsze w naszych sercach. 

(Patrzę teraz na grzecznie śpiącą na moich kolanach Wenę i nie wiem, czy nie jestem przypadkiem legowiskiem dla zbrodniarza wojennego)

Moje drogie eM! Z okazji Twoich pierwszych urodzin życzę Tobie, a właściwie sobie, żeby za rok o tej porze w PRAWDZIWEJ KUCHNI śniadanie przygotowywała osoba z "dr" przed nazwiskiem, a przynajmniej bardzo bliska wejścia w posiadanie tych liter. Żeby nie było, że oczekuję zbyt wiele, informuję los, matkę naturę, wszystkie siły wyższe i Atyllę w krainie wiecznego biegania w kółku, że widzę minimum dwa  dobre warianty realizacji tych życzeń:

1. Opcja najbardziej oczywista, czyli dr eN.

2. Opcja niemal tak samo oczywista, czyli Dr Moja Najlepsza Podobna Do Jamesa Deana Przyjaciółka robiąca śniadanie w mojej kuchni w związku z moją nieobecnością, która może być efektem np. mojej bardzo udanej podróży do Peru, stanowiącej nagrodę za udaną obronę również mojego dr.

3. Wariant otwarty, czyli "Przeznaczenie, zaskocz mnie!". Kilka luźnych sugestii obrazujących, na jak wiele sposobów można rozumieć moje życzenia. Tylko kuchnia nie podlega dyskusji.





Wszystkiego dowiemy się z posta jubileuszowego już za rok:).







13 sierpnia 2013

Tanie dranie

Niedawno pewien gość odwiedzający eM po raz pierwszy, po wnikliwym obejrzeniu wnętrza, stwierdził: "No, w elektronikę to nie inwestujesz". Opinia jak najbardziej trafiona, pod względem RTV-AGD mam w domu takie trochę spełnienie marzeń Kononowicza i za sukces uważam obecność lodówki. Gdyby ktoś wpadł na szatański plan napadu na eM, mógłby liczyć na zyski chyba tylko po wymontowaniu drzwi wejściowych albo sedesu. Potencjalnym złodziejom z serca radzę: instalacja hydrauliczna musi być sporo warta, a przynajmniej tak wynika z faktur wystawionych przez fachowca. Ewentualnie "moja" część gruntu pod budynkiem. 

Czyli, gdyby nie paniczny (choć uzasadniony) lęk przed psychofanami zainteresowanymi moją bielizną osobistą, mogłabym zrezygnować z zamykania drzwi.

Opinia na temat poziomu inwestycji (lub bardziej ich braku) skłoniła mnie do spojrzenia kosztowego na eM. Spojrzenie będzie wybiórcze, ponieważ z urządzaniem mieszkania jestem w lesie i końca nie widać, analizie poddam więc jedno zdjęcie jednego fragmentu mieszkania. Fota autorstwa Pawła przedstawia moją sypialnię, a właściwie jej zasadniczy element (i wyjątkowo nie mówię tu o kocie).


Na zdjęciu widzimy (od dołu, dla mniej zorientowanych):

1. łóżko wraz z materacem (560zł) - łóżko jest szerokie (140cm), drewniane (serio!), materac dwustronny, z jakimiś bajeranckimi kokosowymi wstawkami, które dobrze wyglądały w opisie, ale nie są zauważalne w trakcie użytkowania (albo jestem mało wrażliwa). Bardzo polecam sklep: Meble Magnat.

2. narzuta (29,99zł) - IKEA.

3. blenda Pawła, zbędny kawałek materiału, który wyjęłam z jakiegoś na pewno bardzo ważnego powodu, a potem rzuciłam na łóżko ku radości blendy, kot Wena (koszt zakupu: 1zł, koszt użytkowania: hohoho)

4. rusztowanie do zawieszenia poduszek (2,99 zł), poduszki (2x6,90zł), materiał na poduszki (ok. 30 zł) - wszystko IKEA plus montaż wymienionych elementów (tata) oraz szycie poszewek (ja).

5. półki (2x7,90zł) i wsporniki (4x8zł) - wszystko IKEA.

6. bałagan na półkach - bezcenne.

Reasumując: mniej niż 685 zł (kot nie jest wliczony). 

Z podstawowego wyposażenia sypialni, które nie załapało się na zdjęcie, wymienić należy szafę (IKEA, obecnie brak na stronie, ale z tego, co pamiętam, mniej niż 400 zł) oraz zasłony (też IKEA, ok. 200 zł).

Dużo? Mało? Proporcjonalnie do efektów? 

Trudno jest mi to ocenić, dlatego przejdę do uwag:

- odkrycie Mebli Magnat uważam za najlepszą rzecz, jaką zrobiła dla mnie mama (zaraz po urodzeniu mnie, oczywiście). Info o sklepie poszło wirusowo i znam obecnie wielu zadowolonych użytkowników.

- rusztowanie do powieszenia poduszek to bardzo fajna sprawa. Kosztuje 3 zł (to nie jest pomyłka!), można powiesić poduszki, albo jakiś materiał i za pomocą tylko tekstylnych dodatków zmienić całkowicie charakter miejsca. Jednak: z opieraniem się o to jest lekka lipa - konieczny udział dodatkowych poduszek plus strach (przynajmniej ja mam takowy), że to się urwie w cholerę.

- powieszenie półek nad łóżkiem to jeden z moich głupszych pomysłów. Nawet nie dlatego, że mój kot czasem tam doskakuje, a potem zrzuca rzeczy i może kogoś zabić. Po prostu pod półkami nie leży się komfortowo (bo się coś urwie, bo coś spadnie, bo zginę), choć można się przyzwyczaić. Nie mniej jednak, w planie mam przeprowadzenie książek w inne miejsce.

Na wypadek, gdyby znalazł się tu ktoś oceniający efekty bardzo negatywnie, przypomnę zdjęcia "przed", które kiedyś już były na blogu:

I teraz chyba wszyscy się zgodzimy, że jest pięknie;).

11 sierpnia 2013

Białe szaleństwo

Ponieważ wiem, że statystyki bloga bardzo by mi się poprawiły, gdybym pisała o seksie, postanowiłam iść tym tropem i omówić jedną z podstawowym kwestii w tej dziedzinie, czyli "czy rozmiar ma znaczenie?".

I doprecyzuję, zanim zadzwoni do mnie mama z awanturą, że chodzi tu o rozmiary mojej łazienki (suchar na niedzielę).

Moja łazienka wielkością nie grzeszy - to pomieszczenie jako jedyne w eM uchowało się w pierwotnym rozmiarze, który za słuszny uznał w latach 50. jakiś zły człowiek głęboko wierzący, że łazienka łazienką, a na siku i tak się chodzi za stodołę. Jedna modyfikacja była konieczna - drzwi zostały przesunięte na środek ściany, bo inaczej mogłabym zapomnieć o sensownym urządzeniu - nie dość, że ciasno, to jeszcze wchodziło się niemal z narożnika. 

Ojcem chrzestnym łazienki jest Daniel, pełną gębą profesjonalista, którego bliżej poznać można TUTAJ. To Daniel utwierdził mnie w przekonaniu, że biel i czerń to najlepszy pomysł na mikroskopijną łazienkę, oraz pokazał mi lepszy świat uświadamiając, że glazura nie powinna pokrywać całej ściany. Daniel odbierał telefon bardzo wiele razy bladym świtem, późną nocą i telefonicznie brał udział z zakupie płytek. Bardzo miły i cierpliwy człowiek (tulaski). 

Nie mam niestety zdjęcia łazienki w stanie pierwotnym - być może jej totalne zapuszczenie i niezwykle intensywną woń wyparłam nie tylko z pamięci własnej, ale też komputera. Pierwsze foty są z etapu remontu. Proszę zwrócić na szaleńczy rozmach tego remontu, tylko grzyba atomowego brakuje. 






No cóż, na imprezę dla wrażliwych estetów to nie wygląda, więc przejdźmy do części bardziej dekoracyjnej. Pomysł na łazienkę był prosty - biel na ścianach, biel i czerń w postaci szachownicy karo na podłodze. IKEA okazała się przydatna bardziej niż kiedykolwiek sprzedając niemal płaską umywalkę wraz z szafką, Electrolux spłodził pralkę w rozmiarze mikro i ostatecznie wygląda to tak (zdjęcie by Paweł):



Świetnym rozwiązaniem dla małej łazienki są podłużne płytki - moje mają 44x22 cm (mniej więcej). Co prawda, panowie fachowcy narzekali, że kijowe, ale ja narzekałam na panów fachowców, więc mamy remis;). 

Anegdota: łazienka była ostatnim robionym przez ekipę pomieszczeniem. Ostatni dzień, wieczór, ciemno się robi bardzo, a pan fachowiec spoinuje i twierdzi, że wcale nie potrzebuje do tego światła - gdyby chciał to by sobie zamontował, jest przecież elektrykiem. Prawie zawału dostałam, bo ja nie widziałam nawet za bardzo pana w tych ciemnościach, a on twierdził, że widzi wszystko i wszystko mu ładnie wychodzi... Pierwszy (i ostatni) raz w życiu byłam rozsądna i odmówiłam zapłacenia za robociznę w tych warunkach, kwestie finansowe uregulowaliśmy następnego dnia, przy normalnym świetle i po bardzo licznych poprawkach.

Zlew IKEA robi wrażenie na wszystkich chyba oglądających - potencjalnych naśladowców ostrzegam, dozownik mydła, kubek ze szczoteczkami i inne takie w ogóle się go nie trzymają. Spłukuje się dość też dość kijowo i czegoś niezbędnego do montażu brakowało w zestawie. Ale jak wygląda...

Przeglądając zdjęcia z etapu planowania łazienki znalazłam bardzo, bardzo wiele zdjęć płytek różniących się deseniem, ale nie kolorystyką. Te też były rozpatrywane i pewnie nie byłyby złym wyborem:


Przez chwilę chorowałam na hiszpańskie płytki Vives, zupełnie nie czerń i biel, ale bardzo, bardzo ładne. Niestety, Google ujawniły, że dystrybutor tychże ma niezwykle złą prasę i nie zaryzykowałam. Ktoś coś wie może...?

Tymczasem, czas na morał: łazienkę, w której dominuje biel, sprzątać trzeba wciąż i wciąż. Zwłaszcza jak jest się brunetką i mieszka się z kotem, który nie jest biały. Tempo brudzenia się łazienki może mobilizować do sprzątania albo doprowadzić na skraj choroby psychicznej. Ja sobie radzę, ale sugeruję przemyślenie tej sprawy, zanim ktoś się w nadmiar bieli właduje. "Białe szaleństwo" niejedną ma postać.


6 sierpnia 2013

Dla każdego coś miłego

Czuję się trochę jak mieszkaniowe Avanti, czyli znowu będzie o zakupach. 

Każdy chyba wie, jak to jest, kiedy chce się mieć coś nowego, ale nie ma nic ciekawego/pieniędzy/miejsca na kolejną szafę....

 (Nie)stety, komunikat taki bardziej dla miasta Warszawy, ale jeśli ktoś spoza sobie życzy, mogę dilować.  

Tiger to sieć sklepów z wyposażeniem, która narodziła się w Kopenhadze, z czasem dotarła do Polski i zagnieździła się w trzech punktach w stolicy. Znaleźć można tam sztuczną kupę, akcesoria papiernicze, lampy, śmietniki, świeczniki, słodycze - wszystko. Tiger łączy bardzo skandynawski design ze stylówą sklepów ze śmiesznymi rzeczami. Są wrażliwi na trendy (można tam znaleźć na przykład wszystko czego dusza zapragnie z motywem wąsów), choć czasem mają opóźniony zapłon (bo kogo teraz jarają wąsy?). Zakupy tam są trochę jak wycieczka do szmateksu albo na grzyby, czyli czasem coś się wygrzebie, czasem wraca się tylko z niesmakiem. Ok, przeważnie wraca się z łupami. 

Ceny mają niskie: może nie wiem, po ile chodzą na wolnym rynku sztuczne kupy, ale różnego rodzaju pojemniki i inne akcesoria kuchenne porównać pod względem ceny z konkurencją mogę i wychodzi to bardzo na plus dla Tigera. Dobre miejsce dla wielbicieli detali, np. zabawnych ścierek do kurzu albo tzw. zmywaków (czy jakkolwiek nazwiemy gąbki do mycia naczyń), albo papieru toaletowego (mają łamigłówki, sugestywne wzory w muchy, itd.). Wiem, wiem, w Somalii jest kiepsko ze studniami, a ja tu o papierze toaletowym...

Łupy z Tigera można podzielić na konkretne, gotowe do użytku przedmioty, oraz rzeczy z potencjałem - mają na przykład piękny papier dekoracyjny, z którego zrobić można bardzo wiele, jeśli się tylko potrafi. Z wczorajszego wypadu do Tigera przytaszczyłam bardzo konkretny serwetnik...


... oraz taśmy z potencjałem. Nie nazwę pod żadnym pozorem tego, co z nimi zrobiłam, "DIY". W ramach DIY różni ludzie robią odrzutowce z kartonów po mleku, ja po prostu minimalnym nakładem kosztów i pracy dałam pewnym rzeczom drugie życie...


Ale od początku: dawno, dawno temu, miałyśmy z Izoldą okrutny pociąg do bardzo słodkich napojów alkoholowych w bardzo wysokich, wąskich butelkach. Ciąg minął nam już koło piątej i to bez interwencji specjalisty od uzależnień, na szczęście. Butelki jednak miały w sobie coś, więc zostały. Niedawno A. zasugerował, że należy z nimi coś zrobić (sugerowała to też moja mama, choć ona skupiała się głównie na opcji "śmietnik"), a Tiger przyszedł z pomocą. 

 

Na poważniejsze wykorzystanie Tigera przyjdzie jeszcze czas, szykuje się prawdziwe DIY, ale wszystko z czasem.

Zdjęcie efektów oklejania opublikuję z pewnymi obawami, ponieważ ładnie ponazywane butelki po napełnieniu oliwą i innymi płynami zaczęły przypominać wystawkę w szpitalnym punkcie pobrań. Trzeba wierzyć na słowo, że jest nieźle, a na pewno lepiej, niż kiedy w widocznym miejscu miałam masę sklepowych butelek, każda z innej parafii.


4 sierpnia 2013

Z pamięci pewnego telefonu



Całe życie byłam i jestem grafomanką, w okresie mojej obecnej późnej starości blog i smartfon wywołały kolejną przypadłość – robię zdjęcia wszystkiemu. Od czasu do czasu pamięć telefonu daje znać, że przegięłam, na pulpicie (wiem, nie powinnam trzymać tego na pulpicie) rośnie folder, do którego zrzucam łupy i… no właśnie, i nic. Zdjęcia mam, niektóre okazy przesyłam znajomym, inne upubliczniam fejsbukiem. Dziś mnie natchnęło, że kilkoma osiągnięciami fotograficznymi mogę się podzielić na blogu. Nie nazwę tego ani podsumowaniem, ani zbiorem inspiracji, to raczej katalog „dziwne, śmieszne, ciekawe”. Z naciskiem na „dziwne”. 

Zanim pojawią się głosy oburzenia, że inicjatywa ta mija się z ideą bloga o mieszkaniu, spieszę poinformować, że zdjęcia będą zawsze chociaż trochę zahaczać o eM, no chyba, że zupełnie się nie da nawiązać. Warto też wspomnieć, że ze statystyk bloga jasno wynika, że trafiają tu nie tylko świadomi wielbiciele eM, ale też czytelnicy, którzy wpisali w Google frazy takie jak „nie ma wolnej miłości” albo „masturbacja zabawki własnej roboty”. Ich potrzeby też muszę jakoś zaspokajać;). Najchętniej zaspokajałabym potrzeby poszukiwaczy zdjęć i informacji na temat Andrzeja Chyry (miałam, miałam czytelników, którzy trafili tu dzięki wrzuceniu tego pana w Google), ale jakoś nic mi ostatnio nie wpadło.

Panie i panowie, ostatnie kilka dni wg pamięci telefonu eN: 

26 lipca – dawno mnie tak nie ucieszył listonosz! Nie, nie jestem jeszcze (kwestia czasu) blogerką na topie, która zgarnia prezenty od sponsorów dzień w dzień, kawę od Lani Coffee osobiście wygrałam w facebookowym konkursie. Wymagało to ode mnie spostrzegawczości, siły, refleksu… No ok, zostałam 300. fanką;). Fanką Lani zostałabym i bez konkursu, bo ich kawę znam i cenię od dawna. Wspominałam zresztą o tym w poście na temat spotkania olsztyńskich blogerek. Zapach kawy to element wystroju wnętrza ceniony od wieków i przez miliony, ale c’mon, jest zapach kawy i jest zapach Lani;). 



      29 lipca – Kraków. Mimo tropikalnych upałów polowanie na inspiracje trwa. Nawet jeśli mogą mi się nigdy nie przydać do niczego. Albo jeśli są dość daleko od mojej zwyczajowej stylówy.  



         2 sierpnia – Warszawa ponownie. Jedno z miejsc do odwiedzenia, nawet jeśli komuś ten rower kiczem trąca, a studzienka czy inny właz na pierwszym planie nie jest zbyt twarzowy.

    
    3 sierpnia – rozpłynęłam się i to wcale nie w związku z temperaturą panującą w autobusie (klima nawet działała). Chciałabym mieć coś takiego, chociaż może nie torbę, ale poszewki na poduszki albo makatkę na ścianie. Pasowałoby mi do kominka, którego nie mam i do typowej amerykańskiej kanapy w kwiatowy wzór, której też nie mam. Ale może metodą małych kroków... Włochate kolano w prawym dolnym rogu jest całkowicie przypadkowe.



     Ponownie 3 sierpnia – Wola, sklep spożywczy „Andrzej”. Nie dla mięczaków. I ten figlarny uśmieszek, if you know what I mean.


          4 sierpnia – ktoś musi pisać bloga, żeby leżeć mógł ktoś. W eM leżing wzięła na siebie Wena.


        Udanej niedzieli:)