6 sierpnia 2013

Dla każdego coś miłego

Czuję się trochę jak mieszkaniowe Avanti, czyli znowu będzie o zakupach. 

Każdy chyba wie, jak to jest, kiedy chce się mieć coś nowego, ale nie ma nic ciekawego/pieniędzy/miejsca na kolejną szafę....

 (Nie)stety, komunikat taki bardziej dla miasta Warszawy, ale jeśli ktoś spoza sobie życzy, mogę dilować.  

Tiger to sieć sklepów z wyposażeniem, która narodziła się w Kopenhadze, z czasem dotarła do Polski i zagnieździła się w trzech punktach w stolicy. Znaleźć można tam sztuczną kupę, akcesoria papiernicze, lampy, śmietniki, świeczniki, słodycze - wszystko. Tiger łączy bardzo skandynawski design ze stylówą sklepów ze śmiesznymi rzeczami. Są wrażliwi na trendy (można tam znaleźć na przykład wszystko czego dusza zapragnie z motywem wąsów), choć czasem mają opóźniony zapłon (bo kogo teraz jarają wąsy?). Zakupy tam są trochę jak wycieczka do szmateksu albo na grzyby, czyli czasem coś się wygrzebie, czasem wraca się tylko z niesmakiem. Ok, przeważnie wraca się z łupami. 

Ceny mają niskie: może nie wiem, po ile chodzą na wolnym rynku sztuczne kupy, ale różnego rodzaju pojemniki i inne akcesoria kuchenne porównać pod względem ceny z konkurencją mogę i wychodzi to bardzo na plus dla Tigera. Dobre miejsce dla wielbicieli detali, np. zabawnych ścierek do kurzu albo tzw. zmywaków (czy jakkolwiek nazwiemy gąbki do mycia naczyń), albo papieru toaletowego (mają łamigłówki, sugestywne wzory w muchy, itd.). Wiem, wiem, w Somalii jest kiepsko ze studniami, a ja tu o papierze toaletowym...

Łupy z Tigera można podzielić na konkretne, gotowe do użytku przedmioty, oraz rzeczy z potencjałem - mają na przykład piękny papier dekoracyjny, z którego zrobić można bardzo wiele, jeśli się tylko potrafi. Z wczorajszego wypadu do Tigera przytaszczyłam bardzo konkretny serwetnik...


... oraz taśmy z potencjałem. Nie nazwę pod żadnym pozorem tego, co z nimi zrobiłam, "DIY". W ramach DIY różni ludzie robią odrzutowce z kartonów po mleku, ja po prostu minimalnym nakładem kosztów i pracy dałam pewnym rzeczom drugie życie...


Ale od początku: dawno, dawno temu, miałyśmy z Izoldą okrutny pociąg do bardzo słodkich napojów alkoholowych w bardzo wysokich, wąskich butelkach. Ciąg minął nam już koło piątej i to bez interwencji specjalisty od uzależnień, na szczęście. Butelki jednak miały w sobie coś, więc zostały. Niedawno A. zasugerował, że należy z nimi coś zrobić (sugerowała to też moja mama, choć ona skupiała się głównie na opcji "śmietnik"), a Tiger przyszedł z pomocą. 

 

Na poważniejsze wykorzystanie Tigera przyjdzie jeszcze czas, szykuje się prawdziwe DIY, ale wszystko z czasem.

Zdjęcie efektów oklejania opublikuję z pewnymi obawami, ponieważ ładnie ponazywane butelki po napełnieniu oliwą i innymi płynami zaczęły przypominać wystawkę w szpitalnym punkcie pobrań. Trzeba wierzyć na słowo, że jest nieźle, a na pewno lepiej, niż kiedy w widocznym miejscu miałam masę sklepowych butelek, każda z innej parafii.


4 komentarze:

  1. Oboże, jakam ja dumna!!!! <3 pieknie!!

    OdpowiedzUsuń
  2. To dopiero początek, miejmy nadzieję;)

    OdpowiedzUsuń
  3. jakie fajniutkie :) też się zamierzam zakupić takie tasiemki :D
    a stojaczek na husteczki... bombowy :D

    OdpowiedzUsuń