15 sierpnia 2013

Stooo lat!

Zamknięte sklepy nawet bezrobotnym, "wierzącym-niepraktykującym", całkiem niewierzącym, a nawet kpiącym ze wszystkiego i cudzoziemcom dobitnie uświadamiają, że mamy dziś święto kościołowe i to z gatunku tych grubszych. Portale internetowe przypominają dla odmiany, że dziś świętuje wojsko i kontekst ma całkiem niezły, bo rocznicę Cudu nad Wisłą. Media bardziej wszechstronne, takie jak niezależna.pl, oraz ludzie światli, tacy jak abp Hoser, bez problemu łączą te wszystkie okazje w jedno, wskazując oczywiste powiązania między Wniebowzięciem a rozgromieniem bolszewików przez rozmodlone polskie wojsko ku radości rozmodlonego społeczeństwa polskiego przy minimalnym wkładzie Józefa P., który był już wtedy po stronie luterańskiej, czyli się nie liczył.

Abstrahując jednak od tych wszystkich historyczno-militarno-religijnych spraw, dziś jest naprawdę ważny dzień, moja osobista rocznica mojego osobistego cudu, nie da się ukryć, że nad Wisłą. Po kilku miesiącach szukania, po kilkumiesięcznej batalii z bankiem, po tygodniach użerania się z fachowcami, po ryzykowaniu życia i zdrowia w efekcie poszukiwania mieszkania w czasie zimy stulecia, po ryzykowaniu życia i zdrowia w efekcie remontowania mieszkania w czasie lata stulecia...

15 sierpnia 2012 roku po raz pierwszy obudziłam się w eM

Tak, to już rok. 15 sierpnia 2012 nie działał jeszcze prysznic w eM, nie było paneli, tylko klepisko, pył, pył i jeszcze raz pył oraz zapach farby, która rozprowadzana była na ścianach poprzedniego wieczoru w oparach absurdu i alkoholu. 15 sierpnia 2012 spożyłam w eM pierwsze śniadanie (7days), pożegnałam Pragę na zawsze, do eM zjechała reszta dobytku i zwierzęta przede wszystkim. 15 sierpnia 2012 zakończyłam tak zmęczona, że zasnęłam (znowu w eM!) zostawiając klucze w drzwiach wejściowych po zewnętrznej stronie. 

(Ok, już 16.08 skapitulowałam wobec braku prysznica i zwiałam do dobrych ludzi, ale..;))

15 sierpnia 2013 roku prysznic bez wątpienia działa, śniadanie miałam lepsze i zdrowsze niż rok temu, pod stopami mam panele, a pod tyłkiem prawdziwe krzesło, czas na małą podróż sentymentalną do początków życia w eM. 



Pierwsze dni w eM (a może nawet tygodnie?) to paczki, tobołki, kartony, graty, graty, graty... i wyposażenie czekające na montaż, jak choćby panele czy widoczny na zdjęciu kran. Wszechobecny pył. W tym wszystkim koty. Dwa koty. Wnioski: worki próżniowe to rewelacyjny pomysł na pakowanie, naprawdę świetny. Chyba, że ktoś ma koty. Dwa koty kontra cztery worki próżniowe - wynik tej bitwy mógł być tylko jeden, żaden cud. 

A teraz kilka historii związanych z jedną fotografią, w tym zgon:

Bardzo możliwe, że to ja stworzyłam tę kretyńską piramidę z tarasem widokowym na szczycie. Piramida stała chyba ze dwa tygodnie i codziennie była z lekka modyfikowana, bo ciągle okazywało się, że jest w niej coś, co jest właśnie niezbędne albo że szybko należy zmniejszyć jej obwód, bo trzeba się dostać do ścian, itd. Blat stolika na samej górze to jednak dowód zaawansowanej głupoty, umieszczenie go tam skutków miało kilka, wszystkie opłakane. 

Po pierwsze, stolik zleciał, jak łatwo się domyślić. Poleciał ślizgiem i przyłożył w ścianę, wybijając w niej dziurę (ściana była oczywiście świeżo pomalowana). Szczęście w nieszczęściu, nauczyłam się dzięki temu szpachlować i przydało mi się to w życiu jeszcze kilka razy. 

Po drugie, nie tylko stolik zleciał - dzięki kotom wszystko z tej piramidy leciało jak złoty deszcz w piosence Bajmu. Jeden ze spadających elementów pociągnął za sobą stojącą na parapecie klatkę z chomikiem. Atylla, najmniejszy chomik świata, lot przetrwał, zderzenie z ziemią też, ale klatka się przy okazji otworzyła... no i do akcji znowu wkroczyły koty. Atylla - na zawsze w naszych sercach. 

(Patrzę teraz na grzecznie śpiącą na moich kolanach Wenę i nie wiem, czy nie jestem przypadkiem legowiskiem dla zbrodniarza wojennego)

Moje drogie eM! Z okazji Twoich pierwszych urodzin życzę Tobie, a właściwie sobie, żeby za rok o tej porze w PRAWDZIWEJ KUCHNI śniadanie przygotowywała osoba z "dr" przed nazwiskiem, a przynajmniej bardzo bliska wejścia w posiadanie tych liter. Żeby nie było, że oczekuję zbyt wiele, informuję los, matkę naturę, wszystkie siły wyższe i Atyllę w krainie wiecznego biegania w kółku, że widzę minimum dwa  dobre warianty realizacji tych życzeń:

1. Opcja najbardziej oczywista, czyli dr eN.

2. Opcja niemal tak samo oczywista, czyli Dr Moja Najlepsza Podobna Do Jamesa Deana Przyjaciółka robiąca śniadanie w mojej kuchni w związku z moją nieobecnością, która może być efektem np. mojej bardzo udanej podróży do Peru, stanowiącej nagrodę za udaną obronę również mojego dr.

3. Wariant otwarty, czyli "Przeznaczenie, zaskocz mnie!". Kilka luźnych sugestii obrazujących, na jak wiele sposobów można rozumieć moje życzenia. Tylko kuchnia nie podlega dyskusji.





Wszystkiego dowiemy się z posta jubileuszowego już za rok:).







2 komentarze:

  1. dr Lubicz to najlepsza opcja!!!! Obudzi Cię kawą i pocałunkiem oraz delikatnym nuceniem "Jak pory roku Vivaldiego, zmienia się światło w Twoich oczach"...<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ehh, i tak moim typem numer 1 był doktor Burski, ale nie wiem, czy on przypadkiem przy okazji święta kościelnego nie musiałby pracować w tej swojej parafii w Sandomierzu, wtedy nici ze wspólnego śniadania:(

      Usuń