4 sierpnia 2013

Z pamięci pewnego telefonu



Całe życie byłam i jestem grafomanką, w okresie mojej obecnej późnej starości blog i smartfon wywołały kolejną przypadłość – robię zdjęcia wszystkiemu. Od czasu do czasu pamięć telefonu daje znać, że przegięłam, na pulpicie (wiem, nie powinnam trzymać tego na pulpicie) rośnie folder, do którego zrzucam łupy i… no właśnie, i nic. Zdjęcia mam, niektóre okazy przesyłam znajomym, inne upubliczniam fejsbukiem. Dziś mnie natchnęło, że kilkoma osiągnięciami fotograficznymi mogę się podzielić na blogu. Nie nazwę tego ani podsumowaniem, ani zbiorem inspiracji, to raczej katalog „dziwne, śmieszne, ciekawe”. Z naciskiem na „dziwne”. 

Zanim pojawią się głosy oburzenia, że inicjatywa ta mija się z ideą bloga o mieszkaniu, spieszę poinformować, że zdjęcia będą zawsze chociaż trochę zahaczać o eM, no chyba, że zupełnie się nie da nawiązać. Warto też wspomnieć, że ze statystyk bloga jasno wynika, że trafiają tu nie tylko świadomi wielbiciele eM, ale też czytelnicy, którzy wpisali w Google frazy takie jak „nie ma wolnej miłości” albo „masturbacja zabawki własnej roboty”. Ich potrzeby też muszę jakoś zaspokajać;). Najchętniej zaspokajałabym potrzeby poszukiwaczy zdjęć i informacji na temat Andrzeja Chyry (miałam, miałam czytelników, którzy trafili tu dzięki wrzuceniu tego pana w Google), ale jakoś nic mi ostatnio nie wpadło.

Panie i panowie, ostatnie kilka dni wg pamięci telefonu eN: 

26 lipca – dawno mnie tak nie ucieszył listonosz! Nie, nie jestem jeszcze (kwestia czasu) blogerką na topie, która zgarnia prezenty od sponsorów dzień w dzień, kawę od Lani Coffee osobiście wygrałam w facebookowym konkursie. Wymagało to ode mnie spostrzegawczości, siły, refleksu… No ok, zostałam 300. fanką;). Fanką Lani zostałabym i bez konkursu, bo ich kawę znam i cenię od dawna. Wspominałam zresztą o tym w poście na temat spotkania olsztyńskich blogerek. Zapach kawy to element wystroju wnętrza ceniony od wieków i przez miliony, ale c’mon, jest zapach kawy i jest zapach Lani;). 



      29 lipca – Kraków. Mimo tropikalnych upałów polowanie na inspiracje trwa. Nawet jeśli mogą mi się nigdy nie przydać do niczego. Albo jeśli są dość daleko od mojej zwyczajowej stylówy.  



         2 sierpnia – Warszawa ponownie. Jedno z miejsc do odwiedzenia, nawet jeśli komuś ten rower kiczem trąca, a studzienka czy inny właz na pierwszym planie nie jest zbyt twarzowy.

    
    3 sierpnia – rozpłynęłam się i to wcale nie w związku z temperaturą panującą w autobusie (klima nawet działała). Chciałabym mieć coś takiego, chociaż może nie torbę, ale poszewki na poduszki albo makatkę na ścianie. Pasowałoby mi do kominka, którego nie mam i do typowej amerykańskiej kanapy w kwiatowy wzór, której też nie mam. Ale może metodą małych kroków... Włochate kolano w prawym dolnym rogu jest całkowicie przypadkowe.



     Ponownie 3 sierpnia – Wola, sklep spożywczy „Andrzej”. Nie dla mięczaków. I ten figlarny uśmieszek, if you know what I mean.


          4 sierpnia – ktoś musi pisać bloga, żeby leżeć mógł ktoś. W eM leżing wzięła na siebie Wena.


        Udanej niedzieli:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz