30 września 2013

Pomożecie...?

Najlepszą częścią mojego blogowania mieszkaniowego jest to, że dostaję bardzo przydatne komunikaty zwrotne od czytelników. Nawet jeśli nie widać tego w komentarzach pod postem czy na fanpage'u, słowo daję, że mailowo, telefonicznie i przy okazji kontaktów bezpośrednich dostaję solidną odpowiedź na wszystko, co piszę. Daruję sobie teraz górnolotne frazesy o tym, jaka jestem dumna, że jestem czytana i że się moje pisanie podoba (lub nie), jakie to cenne jest wsparcie w pracy mej... Nie o tym mowa, przynajmniej nie tym razem: cenię sobie bardzo merytoryczne, mądre uwagi na temat moich pomysłów czy działań. Cenię je sobie, pragnę ich i pożądam, dziś bardziej niż kiedykolwiek. 

Krótko mówiąc, mam interes, kochani. Nie, nie oczekuję wspierania żadnej fundacji, spokojnie możecie czytać dalej;). 

Po Ładnych Rzeczach#2 stworzonych wespół z Emilką dostałam solidną porcję opinii, które podzielić można na dwie grupy: pochwała pomysłu ze ścianą-tablicą oraz krytyka białej glazury. Bo biała glazura to biała spoina, a biała spoina to syf i malaria, żółte plamy po smażeniu i w ogóle dramat. Uznałam, że coś w tym jest, zwłaszcza, że białą glazurą dysponuję w łazience i rzeczywiście nauczyłam się dzięki niej, co to znaczy "osad", mimo różnych bajeranckich środków konserwujących i ochronnych. Reasumując, białą glazurę zostawiłam wspaniałomyślnie Pinterestowi, żeby dalej zachwycała na wszystkich nierealnych obrazkach, sama zaś stanęłam przed pytaniem: co, jeśli nie biała glazura?

Pojawił się pomysł szyby. Szyby w kuchni kojarzą mi się (i tu z góry przepraszam wszystkich ewentualnych posiadaczy) ze zdjęciami mokrych owoców w skali makro, a to mnie osobiście nie interesuje. Uznałam jednak, że możliwe są też szyby kolorowe i że na przykład szara pasowałaby do mojej szarej podłogi i nie kłóciłaby się raczej z białymi frontami szafek oraz utrzymanym w drewno-brązach blatem. W sprawie szyby udałam się do pobliskiego szklarza, który poinformował mnie, że zabawa taka kosztuje 700 zł za m2 plus 120 zł za każdy otwór na kontakt. Krótko mówiąc, szyba kosztowałaby - nawet w mojej naprawdę małej kuchni - więcej niż meble. Jako człowiek małej wiary olałam sprawę, w przeciwieństwie do mojej mamy oraz kilku innych dzielnych osób, które przegrzebały internet i udowodniły mi, że szyby wcale nie są takie drogie. 

Dziś rano odbyłam rozmowę z jakimś panem szklarzem, który szyby robi za 150 zł za mb, otwory gratis. Ja obstawałam za szybą jednokolorową, pan nakazał mi rozejrzenie się w grafikach na fotolia.com. Podeszłam do tego z ogromną niechęcią, mając przed oczami ciągle te mokre owoce, ewentualnie kawę lub LOVE w różnych wariantach. W banku zdjęć odkryłam jednak 24 mln pomysłów na tę szybę, z czego z tysiąc naprawdę kradnie serce. I tu właśnie pojawia się moja prośba: pomóżcie mi z wyborem, bardzo bardzo ładnie proszę. 

Na czym pracujemy: w mojej kuchnio-jadalni jest szara podłoga, szarawe ściany, będą białe meble kuchenne oraz drewniane blaty, pasujące do dębowego stołu i innych drewnianych elementów. Obecne są też drewniane, ale w opcji sosnowo-bielonej, drzwi i parapet, czyli stare drewno/antyk plus skandynawski look. Oznacza to, że pasować będzie każdy kolor i wzór, bo wnętrze nie jest w żaden sposób zdeterminowane kolorystycznie.

Niezastąpiony Pinterest sugeruje, że do tak stonowanego wnętrza pasuje mocny kolor i stanowczy wzór. Może ten wzór mi się nie podoba, jednak zdjęcie mówi samo za siebie:


Zakochałam się w pomyśle mocnego koloru lub wzoru i liczę na wsparcie Wasze. Mój wstępny wybór:

1. Trójkąty


 

2. Trójkąty inaczej - razem z mieszkaniem miałam wątpliwą przyjemność zakupienia kompletu rogów. Jako przeciwniczka polowań oraz takich ozdób, wyniosłam to do piwnicy, ale teraz zobaczyłam tę grafikę i wyobraziłam sobie te nieszczęsne poroża z piwnicy pomalowane kryjącą farbą, białą lub właśnie kolorową, no i....


3. Orientem trąca


4. Trochę retro


5. Mazy


 6. Kwiaty


7. Groszki


 8. Paski

9. Trudno to sklasyfikować, ale ładne


10. MIX. Mogę się mylić, ale obawiam się, że się nie mylę - zdecydowanie większość z powyższych grafik pasuje do siebie. Szyby są konieczne na dwóch ścianach i niebezpiecznie podoba mi się myśl o dwóch różnych wzorach. Uwielbiam połączenie kwiatów i pasków, pasków i kropek, pasków właściwie ze wszystkim. No i jak z tym żyć...

Błagam, proszę, domagam się - pomocy! Co wybrać?!



29 września 2013

Ciąg dalszy technologicznego pogromu

Zaledwie tydzień temu miałam wątpliwą przyjemność podzielenia się na blogu informacją o zgonie mojego smartfona, a już wczoraj bóg od technologii, kimkolwiek by on nie był, zabrał mi komputer. Ok, skoro już wyciągnęłam czynniki nadprzyrodzone, powinnam się jednak odwołać do świętego Walentego, patrona chorych psychicznie, bo tak naprawdę własnoręcznie laptopa sobie wykończyłam.

A było tak:

sobota, wczesny ranek, około 11. Siedzę sobie z moim ulubionym laptopem, herbatkę popijam, zbliżam się do końca czytania internetu (tak zwana rozgrzewka przed pisaniem doktoratu)  i... coś mnie podkusiło, za cholerę nie pamiętam co, czy spożywać zamierzałam (jedzenie to bardzo dobry kierunek ucieczki przed pisaniem pracy, zwłaszcza, jak potem człowiek ma wyrzuty sumienia i musi poświęcić jeszcze godzinę na aktywność fizyczną - pół dnia z głowy) czy inną absurdalną czynność wykonać, w każdym razie - wstałam zamaszyście i kubek z herbatą zniósł to bardzo kiepsko. Krótko mówiąc, podzielił się swoją zawartością z laptopem.

Jako człowiek chwilami rozsądny, zapisałam wszystkie zmiany w pootwieranych dokumentach, wyłączyłam sprzęt, prąd odłączyłam i wykonałam histeryczny telefon do mojego pogotowia informatycznego. Słowa kojące popłynęły z telefonu, że tak się zdarza, że będzie ok, że wyjąć baterię trzeba, odwrócić laptopa do góry nogami, dać mu ze trzy godziny, podsuszyć suszarką delikatnie i włączyć. Na drugiej linii moja podobna do Jamesa Deana przyjaciółka zapewniała, że takie historie kończą się dobrze.

Pocieszających czynników było wiele, bo ani tej herbaty dużo, ani bardzo ciepła, bez cukru na dodatek, szafa grać powinna. Lecz nie zagrała. Wykonałam wszystkie czynności ratujące życie i nic. Ani drgnął. Zabrałam go na pogotowie informatyczne i czekam na wyrok lub ratunek.

Żeby jednak nie było, że tylko narzekam, lista plusów wynikających z tego dramatu:

- dostałam laptopa zastępczego i pierwszy raz w życiu stukam sobie w Sony VAIO. Metki nie robią na mnie zwykle wrażenia, a na sprzęcie się nie znam, ale jakie to jest ładne! +10 do lansu, czuję się jak dama, mam ochotę przestać się garbić, założyć kapelusz i pić latte ze starbuniowego kubka (spokojnie, Pawle, napoje spożywam w innym pomieszczeniu)

- przy okazji wizyty w moim ulubionym pogotowiu informatycznym zostałam poczęstowana zupą kurkową z ciemnym piwem i to jest lepsze nawet niż VAIO. Zamierzam popełnić, choć nie wiem, czy uda mi się coś tak dobrego.

- skoro o częstowaniu przez pogotowie informatyczne mowa, jadłam też tort czekoladowy, prawdopodobnie najlepszy w historii. Reasumując, zamierzam psuć sobie coś z elektroniki co tydzień, chociaż mało sprzętu mi zostało.

Poza zgonem komputera od czasu mojego ostatniego posta działy się same dobre rzeczy: podpisałam umowę ze stolarzem, będę miała kuchnię! Montaż zapowiedziany jest na 18 października, choć umowa przewiduje przesunięcie tego terminu o 21 dni bez podania przyczyny. Średnio mi się ten zapis podoba, ale żyję nadzieją, że pan z tej możliwości nie skorzysta.

Anegdota: pan stolarz poprosił, żebym przelew zaliczkowy zrobiła na konto jego narzeczonej, bo "wie pani, ostatnio trochę przesadziłem". Zapis stosowny znalazł sie w umowie, ja będę miała kuchnię, a on może narzeczeństwo uratuje, chyba powinnam mieć zniżkę z okazji tych obustronnych korzyści.

Stolarz ów na blogu się jeszcze nie pojawił, tylko zapowiedź była, że czekam na czwartego pana. Czwarty pan okazał się właśnie tym jednym jedynym, który dostał szansę. Żeby nie zapeszać, nie będę się dzieliła przeczuciami i nadziejami za bardzo. Cenowo wstrzelił się w środek, szalenie kompleksowo podszedł do sprawy, już przy pierwszej wizycie zapytał o wszystko i wycenę zrobił od ręki. Spędziliśmy razem ponad godzinę, on, ja, kuchnia oraz jego narzeczona, moja przyjaciółka i nasz w połowie zrobiony obiad, ale może warto było i może wybrałam nawet słusznie, czas pokaże. Projekt pan zrobił, czym zapunktował, ale pokażę go w poście prezentującym kuchnię, będzie ciekawiej.

Zapowiadane było i wykonane zostało: muffinki! Wespół zespół z moją podobną do Jamesa Deana przyjaciółką, według przepisu VanillaSpice znajdującego się TU.  Procesowi tworzenia muffinków towarzyszyło wiele niepewności i egzystencjalnych pytań w rodzaju "Jezu, tyle cukru pudru?!" oraz pomysłów "Ale że tyle oleju? Może dajmy połowę...". Ostatecznie wiemy już na pewno, że w przepisy VanillaSpice wątpić nie należy, wszystko w życiu jest po coś, nawet bardzo dużo cukru pudru. Wyszło fantastycznie, co widać:


Z otwarcia galerii Ekierka Siedem zdjęć nie posiadam, nie dlatego, że A. odmówił wykonania, ale dlatego, że jakoś nie było powodu do wyciągania aparatu. Wrażenia mamy różne, tzn. A. był zadowolony z tego 10minutowego zwiedzania, a ja jakoś mniej. Inicjatywę będę obserwowała, bo w pomyśle jest potencjał, jednak na razie miałam wrażenie, że otwarcie było trochę na wyrost - brakowało mi eksponatów. Może jestem zwichnięta, bo zaledwie kilka tygodni temu byłam w londyńskim Museum of Brands, pokrewnym poniekąd, a może dlatego, że kiedy zapowiadana jest "kultowa porcelana", spodziewam się zbiorów ciekawszych, a w każdym razie liczniejszych niż to, co sama mam w domu. Stanowisko odzieżowe miało być, lecz chyba coś nie wyszło, że nie wspomnę o braku showroomu MOCartu. Daję im jednak czas, może się po prostu najpierw otworzyli, a potem rozpakowali.

Postaram się pisać częściej i krócej, bo nie jestem pewna, czy niedziela to dobry dzień na czytanie takich długich tekstów. Przepraszam bardzo:)



23 września 2013

Moja mała katastrofa

Powinnam się była tego spodziewać. Niby mnie nie zaskoczył, dawał znaki wcześniej. Widziałam, że gaśnie, odchodzi, że każdego dnia jakby go mniej, jakby bardziej zamyślony, a myślami coraz bardziej odległy. Dwa razy wygraliśmy walkę, za trzecim razem poległ i chyba nawet ja muszę się z tym pogodzić. 

Straciłam smartfona. Był ze mną ponad dwa lata. Wiem, jak na smartfona to dość długo. W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i gdy konto ziało pustką albo kończył się pakiet internetowy. Trwał przy mnie wierny jak Piętaszek, uniwersalny jak mała czarna, skuteczny jak urząd skarbowy. Miał wiele fantastycznych właściwości, na przykład aparat. Wiem, że szanujący się bloger taszczy ze sobą zawsze Nikona z dwumetrową lufą, ale ja chyba nie jestem z tych szanujących się, dlatego też telefon był podstawą mojego blogerskiego ekwipunku. To z jego pomocą utrwalałam wszystko co mnie śmieszyło, intrygowało, wzruszało czy inspirowało i na tej podstawie powstawały moje posty, przeważnie. Traktowałam go jak notatnik, nawet jeśli ostatecznie na bloga trafiały inne zdjęcia, to szybkie foty zrobione telefonem były fundamentem wszystkiego. Najlepszym tego dowodem jest moje tygodniowe milczenie blogowe - bez smartfona to wszystko jakoś nie działa. 

Dziś na przykład miałam wątpliwą przyjemność spędzenia 40 minut na korytarzu Instytutu Filozofii mojego szanownego uniwerku. Jedna ze ścian tego wyjątkowego miejsca jest dość specyficzna: na górze wisi dumnie tabliczka "Instytut Filozofii. Tablica ogłoszeń" poniżej zaś nie wisi nic. To znaczy: poniżej jest ściana, na której wnikliwy obserwator dostrzec może ślady po dawnej prawdopodobnie tablicy. Ileż ja miałam w głowie inteligenckich żarcików o bytach i niebytach oraz inteligencko-sprośnych o bytach, niebytach i odbytach (bo byt był, ale mu się odbyło)! Jednak: nic z tego, kolego, nie ma smartfona, nie ma aparatu, nie ma zdjęć i inteligenckich chichotów. Smutek i żal pozostał. 

Na pocieszenie zostają mi cudze telefony lub pogodzenie się z prawdziwym aparatem. Opcja pierwsza jest lepsza, wiadomo. Moim ulubionym smartfonem (czy o iPhone'ie można tak powiedzieć?) jest sprzęt posiadany przez A., który to robi takie piękne spontaniczne zdjęcia:


(swoją drogą, wespół zespół spłodziliśmy piękną tartę kilka dni temu, jak widać)

Jutro zamierzam pobić kulinarne rekordy świata z moją podobną do Jamesa Deana przyjaciółką. Planuję relację na blogu, czy to się drugiej połowie tego teamu podoba czy nie. W planie muffinki, które kiedyś już na blogu były, ale spuszczę zasłonę milczenia na odnośnik do tego posta. Liczę bardzo na telefon wspomnianej przyjaciółki. 

W piątek wybieram się na otwarcie Galerii Użytkowej "Ekierka Siedem" oraz MOCartowego  showroomu. MOCart to mili ludzie odpowiedzialni za imponujący wystrój pizzerii U Dziadka (o której była mowa TU). Robią piękne rzeczy i to na "mojej" Woli, powody do odwiedzin mam więc podwójne. Zabieram A., jak będę grzeczna będą zdjęcia.

Reasumując: choć czuję się od kilku dni, jakby mi ktoś wyrwał cząstkę duszy (i to jakąś wyjątkowo ważną), show must go on, postaram się, by blog przeżył mimo tej straty. 

Swoją drogą, czy wie ktoś może, ile powinna trwać żałoba po telefonie, żebym nie wyszła na kobietę bez serca zbyt szybko inwestując w nowy sprzęt? Nie no, żart, bardziej serio: nie znoszę takich technologicznych decyzji. Nie znam się, nie lubię, unikam. Ale się zmuszę kiedyś, słowo.

16 września 2013

Ładne rzeczy #2








eN: Jest sprawa! Ty wiesz i ja wiem, że Ty wiesz, co to za sprawa jest, bo czytałaś (tudzież w ciemno lajkowałaś) moje ostatnie histeryczne posty kuchenne. Nie wiem, co z tą kuchnią... Pomożecie?

E: Haha, tak, lajkowałam w ciemno. No ok. Możemy pomyśleć. Czego potrzebujesz? Inspiracji, rysunków, czegoś, co będziesz mogła pokazać panom fachowcom? Temat znam mniej więcej, ale jak potrzebujesz czegoś konkretnego, to musisz się okreslić :)

eN: Potrzebuję wszystkiego. Sama zaplątałam się już w mojej wizji i nadmiarze oczekiwań, potrzebuję więc pomocy w ogarnięciu nadmiaru inspiracji. Dodatkowo coś przejrzystego do pokazania panom, którzy gardzą rysowaniem, też by się przydało:). Mój kąt kuchenny znasz:


A w kącie co następuje: okno, które uparłam się zachować, dlatego głupio teraz z niego rezygnować. Piecyk, który ma zniknąć, ale cholera wie kiedy, pewnie potrzebne są do tego miesiące przechodzące w lata. Najbrzydsza lodówka świata, czyli lodówka do zabudowy. Zlew narożny jest rozwiązaniem co najmniej niewygodnym, wciskam się w ten róg przy zmywaniu jak stringi i wcale nie jest mi z tym dobrze, ale można go chyba tylko przekręcić, z kąta się nie wyciągnie. Kuchenka oczywiście spisana na straty, nabyta razem z mieszkaniem, ale już nie do nowej kuchni. Lodówkę przesunąć będzie trzeba, bo zmieścić się tu ma jeszcze zmywarka. Uff, to tyle ze stanu obecnego.

E: Czekaj czekaj, ja przygotuję pole do kombinacji, a Ty myśl od czego zaczynamy.



Dobra - to Twoja kuchnia :) Nie śmiej się, na szybko to robiłam! Dawaj meble, zobaczymy jak to będzie wyglądać, mniej więcej.


eN: Dla mnie bomba! Meble i inne obiekty zachwytu mam już ogarnięte z lekka na mojej pinterestowej tablicy TU, ale krok po kroku może: na pierwszy (tfu, tfu) ogień niech idą szafki. Dolne szafki i zabudowa lodówki: proste, białe, bez zdobień, proste uchwyty. Lodówka po lewej, po prawej kuchenka, na rogu zlew. Widzisz Ty to?


E: Masz to? Czy Ty czujesz to?? Umówmy się - ja takiej kuchni bym nie chciała? Poziomów i pionów brak!  (ale za to masz kwiatki i kolekcje książek kucharkich. I retro śmietnik)


eN: Śmietnik prawie jak mój, ale kuchenka gorsza niż ta, którą ja planuję. Piekarnik to moja miłość od pierwszego wejrzenia, retro Amica, płyta to następstwo piekarnika, ta sama kolekcja. Patrz TU. Patrz i wzdychaj nabożnie, bo to piękna rzecz jest. Opinie tylko pozytywne w necie, chociaż z opinii lajf doszło do mnie, że nowe meble stylizowane na retro to wiocha. Czy Ty podzielasz tę opinię, czy gardzisz jak ja? Ok, wiem, że gardzisz:).


E: Tak, gardzę! A Bartkowi mówię, że mi się nasza kuchenka podoba, żeby mu nie było przykro :) Taka dobra jestem. A jeśli się boisz, to może poszukaj na allegro jakieś przedpotopowej kuchenki, fajerki, drewno i te sprawy. W końcu i tak jej za często używać nie będziesz, więc może pełnić funkcję czysto dekoracyjną :)

I jak? Jestem mistrzynią photoshopa? Voila! 





eN: Piekarnik jak żywy:). No to może płytki teraz? Klasyką polecę, białe, podłużne, cegłopodobne. Co Ty na to? Mają się świecić jak psu jajca, ale też trochę chatą za wsią trącać.

E: Hahaha, dajemy białą cegłę kafelkową. Niby loft i kamienica, szał, a jednak cegła niczym w skansenie. Mi się one zawsze podobały, więc jestem za. Poczekaj chwilę.



Płytki długie i białe ceglaste, tylko są ułożone jeden nad drugim, nie na przemian, jak normalna cegła, chyba tak chciałaś? Jak nie, to zmienię :)

eN: Tak jest ok, bardzo ok. Szafki górne teraz, co? Dylemat mam poważny, bo pierwotnie planowałam wmontowanie antyku jako górne szafki, jednak wielkie oczy panów stolarzy, kiedy im o tym mówiłam, przekonały mnie, że może jednak klasyczne wiszące są lepsze. No i trochę byłoby z tym zachodu, antyk swoje waży!

E: Waży, ale chyba da się powiesić? Mi się podoba opcja stare-nowe. Zobaczymy jak to będzie wyglądać. Antyk przy lodówce?

Antyk gotowy :)Co myślisz?



eN: O kurde, lepiej niż myślałam! Za antykiem zabudowa piecyka, co na Twoim projekcie, jakkolwiek fantastycznym, jest słabo widoczne, bo ten piecyk trochę poleciał w kosmos. Ale to drobiazg:). Bazę już mamy mniej więcej, czas na atak detali. Marzy mi się ścieralna ściana... wyglądałaby bosko nad kafelkami, na ścianie z oknem - chociaż w praktyce chyba za mało na to tam miejsca, farba weszłaby w obszar pryskania z patelni. Ale zobaczyć można;). Coś jak tu, trudno się nie zakochać, Pinterest rulez.





E: O nieee! To był mój pomysł, ja będę to miała! (Małpo jedna). Masz tablice w drewnianej ramie. Taka wąska miałaby być? (no fakt, trochę mi się tu rozmiary nie zgadzają :P nie wiem, czy powinnam się przyznawać - pani inżynier w końcu, jak Ty zresztą, ale robimy to na szybko)




eN: Wąska, w rzeczywistości między oknem a poziomem zabudowy nie ma takich hektarów ściany, jak się może wydawać na podstawie wizualizacji. Do tego pasowałyby - nad tym otwartym blatem, ściana z oknem - takie lampy-żarówki na zasadzie kontrastu albo klimat retro-rustykalny. To co, sugerujesz industrial, czy swojskie klimaty? Dodałabym tu też trochę detali, jakąś półka może? Albo wieszak na kubki?Kamerdynera? Plantację ziół?


E: Już się robi Królewno :P Do usług, kłaniam się do nóżek.
Te żarówki sa boskie! Industrial koniecznie (a co Ty, kaganki chciałaś?) Musisz mieć je koniecznie! Wrzucam też dywanik - mega niepraktyczny w kuchni, brudzi się szybko i w ogóle, ale Ty przecież i tak nie gotujesz, a od robienia herbaty się chyba nie zniszczy :P







eN: Dywanik z IKEA love <3. Kpiących uwag o gotowaniu prawie nie zauważyłam:). Niech no ja Ci moją tartę pokażę... 

E: Czy jesteś usatysfakcjonowana? Stwierdzam, że ta kuchnia wygląda na...większą niż w rzeczywistości...dużo :) Ale co tam, w końcu to kuchnia marzeń, reklamacji nie uwzględnia się. I plantację też masz :) Kamerdynera brak - nie ma za dobrze! Musisz najpierw mieć pozwolenie od związku sąsiedzkiego na trzymanie mężczyzny w domu!

eN: Haha, bosko! Najbardziej podoba mi się Wena na tym sanko-krześle, idealnie pasuje do tego ewidentnego stoku narciarskiego tworzącego podłogę:). Dzięki wielkie! Wygląda jak ptasie mleczko z trzema poziomami, czyli spełnienie marzeń i snów! Możesz być pewna, że moja ostatecznie wybrana ekipa (jak ją kiedyś ostatecznie wybiorę), będzie musiała mi krwią podpisać, że zrobią właśnie tak:).

E: To w pakiecie będziesz musiała im zapewnić stały dostęp do napojów procentowych, jeśli masz ochotę uzyskać takie poziomy i piony :)  Niczym w Barcelonie. Jak w Olsztynie mamy "Gaudiego" (tfu tfu, co za szkaradztwo), to Wola będzie miała swojego!

14 września 2013

Przygody ze stolarzami, cz.2.

Część druga przygód ze stolarzami, na pewno nie ostatnia, chociażby dlatego, że dziś mam kolejnego umówionego pana, czwartego już. Nie wiem, czy czterech to dużo czy mało i czy to normalne, że trochę jestem już sfrustrowana? Z Waszych komentarzy pod poprzednim postem wynika, że tak, nie wiem, czy to dla mnie dobra wiadomość:).

Przypomnijmy: 

- pierwszy pan przybył i wymierzył, po czym po dwóch tygodniach przysłał maila z kwotą i zapadł się pod ziemię po pytaniu o projekt.

- drugi pan przybył i wymierzył, nie pokazał próbek, nie przysłał projektu, jako odpowiedź na wszystko miał swoje 30-letnie doświadczenie. Przysłał za to bardzo szybko wycenę.

Trzeci muszkieter pojawił się przedwczoraj. Przemiły chłopiec ze spojrzeniem bardziej artysty niż rzemieślnika. Dobrego wrażenia nie zmącił nawet fakt, że pan stolarz trafiwszy u mnie na przedstawiciela płci męskiej, usilnie usiłował z tymże przedstawicielem rozmawiać na temat mojej kuchni. Wyszedł nam z tego dość zabawny głuchy telefon, bo ja do pana mówiłam, a pan patrzył na A. i jemu zadawał pytania. A. odbijał wszystkie pytania komunikatem, że to ja tu decyduję, co pan przyjmował do wiadomości, aż do następnego pytania. Możliwe, że w oczach pana stolarza A. jest największym pantoflarzem na świecie:).

Przejdźmy jednak do tematu podstawowego, czyli kuchni. Wymyśliłam sobie, że moja kuchnia może i powinna być wyższa niż przeciętna, jako i mieszkanie mam z lekka wyższe niż normalnie zwykło się mieć. Wymyśliłam sobie, że zabudowa lodówki mogłaby być do sufitu, reszta proporcjonalnie wysoka takoż. Pan posłuchał, ponotował, przysłał projekt.



Kuchnia jest jak widać mała, to właściwie kąt kuchenny, wiszące szafki tylko na jednej ścianie, bo na drugiej chcę mieć coś ciekawszego. Wszystko ma być oczywiście białe, ale rozumiem, że projekt byłby wtedy nieczytelny, stąd ten brąz. Uchwyty też mam w planie inne.

Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że pan sobie jak gdyby nigdy nic zabudował totalnie piecyk gazowy oraz kratkę wentylacyjną, co chyba nie jest najlepszym rozwiązaniem i on chyba powinien o tym wiedzieć. Ewentualnie zadziałała znowu zasada: klient płaci, klient wymaga, chciała wysokie te szafki to niech się dusi. 

Ciekawą bardzo sprawą są też ceny. Pierwszy pan za kuchnię zaśpiewał 2,5 tys. plus blaty, drugi pan 3,8 tys. z blatami. Panowie 1 i 2 rozpatrywali nieco inny pomysł na wiszące szafki niż ten widoczny na rysunku, ale to kwestia 1-2 szafek, jak widać. Pan numer 3 za realizację tego, co widać powyżej, życzy sobie 7 tys. Różnica z gatunku solidnych, uważam, zwłaszcza, że wszystkich panów prosiłam o zwykłe, białe, matowe lub półmatowe fronty, czyli nie ma różnicy w materiałach. Jak żyć i co wybrać, ja się pytam?! W ogóle nie wybierać żadnego z panów, jak Salomon zdecydować się na kogoś zupełnie innego...? Liczę na dzisiejszego pana, może on jakoś spór ten rozwiąże, a przynajmniej sprawę cennika naświetli. Na przykład: mógłby sobie zażyczyć czegoś w okolicach 4 tys. i wtedy byłoby jasne, kto tu odstaje i to poważnie. Mógłby tez chcieć 5-6 tys. i wtedy mogłabym spokojnie rysować sobie wykresy z cenami w xlsie, dobrze by wyglądały.

Batalia ze stolarzami to chyba dopiero początek, bo poza meblami wypada mieć jeszcze jakieś AGD. Lodówkę do zabudowy posiadam, ale piecyk, płyta i zmywarka czekają na mój (trafny) wybór. Wczoraj oglądałam płyty. Znajomość tematu mam taką, że równie dobrze mogłabym oglądać płyty chodnikowe, no ale starałam się dialogować na poziomie z panem sprzedawcą. Pan sprzedawca poinformował mnie, że najgorsze, co może spotkać płytę indukcyjną, to podłączanie przez elektryka, ponieważ "ciągle mamy wielu klientów, którym płytę podłączał elektryk, nawet z uprawnieniami, a podłączał tak, że przy pierwszym włączeniu szlag trafiał i płytę, i instalację". Oczywiście pan poleca swoich ludzi do podłączenia i nie wiem, czy to marketingowa ściema czy rzeczywisty poważny problem społeczny z tymi płytami?

W każdym razie, moi drodzy, czy chcecie tego, czy nie, temat kuchni będzie wracał jak łupież zimą. Postaram się przeplatać posty kuchenne jakimiś kotami i jedzeniem, żebyśmy wszyscy nie zwariowali.


10 września 2013

Kryzys kuchenny

Przeżywam właśnie kryzys o charakterze kuchennym. Nie, nie chodzi o gotowanie. W gotowaniu jestem bezapelacyjnie mistrzem. Kryzys dotyczy mebli kuchennych, których nie posiadam i jak tak dalej pójdzie, to nigdy w ich posiadanie nie wejdę.

Nie rozumiem idei zabudowy kuchennej, serio. Wystarczyłoby mi palenisko i jeden gar na to moje gospodarstwo domowe. Ale nie, musi być kuchnia. Szafki, półki, szuflady, fronty, blaty. I pomysł musi być, to najważniejsze. A ja w sprawie pomysłu leżę i kwiczę.

Przez długi czas trwałam w głębokim przekonaniu, że marzę o białych ascetycznych szafkach kuchennych, które połączę z retro-vintage-strych-piwnica meblami odpicowanymi tymi ręcyma. Potem doszedł pomysł betonowego blatu. Potem pewien mądry człowiek powiedział mi, że betonowy blat to przegina w moim przypadku i że białe blaty będą lepsze. Zna się na tym, więc czemu by nie zaufać?

Jestem po dwóch randkach z panami od mebli. Pan pierwszy, Witek niejaki, przybył, porozmawialiśmy, zapadł się pod ziemię. Po kilku tygodniach wychylił głowę z tej otchłani piekielnej, w której się niewątpliwie pogrążył, i przysłał mi maila z wyceną mojej kuchni. Uprzejmie zapytałam, czy mogę się spodziewać jakiegoś projektu, bo nasze machanie rękami i jego luźne notatki to dla mnie słaba podstawa pracy. Pana Witka ponownie zassała czarna dziura, ani projektu, ani odpowiedzi, z dobrych źródeł wiem, że nie tylko w mojej sprawie tak milczy.

Przy okazji okazało się, że nieszczęście nie jest mniejsze czy bardziej znośne, kiedy się je z kimś dzieli;). Kolejny mit romantyczny upadł.

Dziś miałam spotkanie z drugim panem stolarzem. Ponownie: pomachaliśmy rękami, pokreślił coś na kartce i zapowiedział, że wycenę przyśle mailem. Zapytałam, czy projekt też. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem "A po co pani projekt? Przecież narysowałem" i pokazuje jakieś kuchniopodobne bazgroły. "Powinna pani zaufać mojemu 30letniemu doświadczeniu" - dodał z wyższością. Cóż, z mojego niespełna 30letniego doświadczenia życiowego wynika, że pewnych rzeczy w ciemno kupować nie należy. Kuchnię mam na liście takich rzeczy. Pan nie przyniósł nawet próbników blatów czy frontów, bo doświadczenie wystarczy. Przykro mi, ale nie sądzę.

W sobotę mam w planie pana numer 3, pan numer 4 został już wytypowany, zobaczymy. Na razie widzę jedynie błędy systemowe:

- błąd po stronie panów fachowców - biorą na klatę wszystko, co mi do głowy przyjdzie. Mówię: betonowy blat, wmontowane stare meble, tu połysk, tu mat - a oni zgodni, bezdyskusyjnie. Wiem, że klient płaci, klient wymaga i nawet jeśli ma życzenia durne, to należy je spełniać. Ja się jednak staram skonsultować, mówię, że nie wiem, że się waham... A oni mi na to, jeden z drugim, że ok, że się zrobi. No kurde, nie po to rozmawiam z fachowcami i proszę o radę, żeby zgodzili się na wszystko, z paśnikiem dla jeleni i ołtarzem maryjnym włączenie!

- błąd po stronie mojej - za dużo chyba mówię. Może powinnam wprowadzać panów na salony i mówić: "To jest moja kuchnia, czekam na propozycje"? No i chcę stanowczo zbyt wiele.

Kuchnia w eM jest malutka. Jest też pomieszczeniem wielofunkcyjnym: jadalnią, pokojem dziennym, pokojem do pracy (np. w tej chwili). Czego sobie życzę zatem? Starego, nowego, pożyczonego... może bez niebieskiego, ale w sumie... Wszystkiego sobie życzę. Ma być rustykalna, ale nowoczesna, industrialna, ale retro. Ascetyczna, ale ciepła. Cholery ciężkiej sama ze sobą dostaję.

Wpatruję się w zdjęcia kuchni różnych w internecie i podoba mi się wszystko. Zdrowy rozsądek chwilami się budzi i każe mi eliminować nadmiar półek, wiadomo, wszystko na wierzchu być nie może. Na pomoc panów od zabudowy liczyć nie można, chcę wszystko, więc dadzą mi wszystko, buhahaha.

Tymczasem kilka zdjęć, które mi się podobają bardzo. Ukradzione z fanpage'a ArchitekturaWnętrz. Prawdopodobnie najpiękniejsze miejsce w internecie.





Jak żyć, ja się pytam? Pomoc, rady i wsparcie mile widziane. 








6 września 2013

Zeznania fetyszystki i kolejny prawie DIY

9 marca roku Pańskiego 2010 o bruk Piazza del Popolo dzwonił deszcz, który zupełnie nam nie przeszkadzał, bo był to nasz ostatni dzień pobytu w Rzymie i wszystkie turystyczne obowiązki mieliśmy już odpękane. Śniadanie zamierzaliśmy przeciągać w nieskończoność, w czym pomóc miała nam prasa zakupiona pospiesznie w drodze do kawiarni. Do cappuccino i rogalików Jack wybrał USA Today, ja sięgnęłam po znany mi ze słyszenia, zachęcająco obszerny (jubileusz włoskiej edycji, masa dodatków) Vogue. Tak się zaczęła miłość i nie mówię tu wcale o sobie i rogalikach. Nawet nie o Rzymie.

Vogue to magazyn modowy w opcji bezkompromisowej. W Polsce nie jest wydawany, ponieważ Polska jest nań zbyt biedna (jak wieść gminna niesie). Vogue nie sugeruje rozwiązań w stylu "rzeczy z sieciówki prawie jak od projektantów!". Vogue sugeruje projektantów. Projektantów oraz niezależność, kreatywność i siłę. Nie podsuwa pomysłów na "jak go zdobyć, zatrzymać, porzucić". Czytelniczki Vogue'a nie mają takich rozterek, najprawdopodobniej. Vogue pachnie innym, nieosiągalnym światem, w którym największym problemem jest to, jak zestawić torebkę od Diora z butami od Prady. Jest inny niż wszystko, stoi za nim historia i tradycja, której wciąż nie ogarniam mimo wnikliwego obejrzenia "Diabeł ubiera się u Prady". Stoją za nim fantastyczni artyści i silne dziennikarskie osobowości. Chyba żadne inne zjawisko medialne nie fascynuje mnie tak bardzo. Co ciekawe - wersja językowa nie ma dla mnie żadnego znaczenia. A wszystko zaczęło się właśnie na Piazza del Popolo...

Pierwszego Vogue'a przywiozłam do domu i natychmiast zaczęłam kombinować, jak zorganizować mu rodzeństwo. Szybko wyszło też na jaw, że Vogue ma swój niepowtarzalny smak tylko przywieziony. Pachnący podróżą, lotniskiem, walizką.  Nie musi być moja, może być czyjaś. Czyjaś pachnie nawet lepiej, bo Vogue nabiera dzięki niej cech nie tylko cudu, ale i prezentu. Zainwestowałam kiedyś we francuskie wydanie przy okazji Targów Książki. Niestety, Vogue przywieziony z Pałacu Kultury na Pragę to nie było to, nawet mimo bliskości Dworca Centralnego i elementu przeprawiania się przez rzekę (tramwajem:)).

Tu na przykład widać, jak bardzo jaram się Vogue'iem zakupionym w Barcelonie we wrześniu 2011. Wojtek nie zrozumiał wtedy chyba, że na zdjęciu ma być magazyn, nie budynek za mną, jakkolwiek atrakcyjny. 


Przez te ponad 3 lata nazbierała mi się spora kolekcja, głównie niestety zbierająca kurz na parapecie, niekiedy stanowiąca legowisko kota. Postanowiłam coś z tym zrobić, pomysł nabrał realnych kształtów w Londynie.


Powyższe ciemne i niewyraźne zdjęcie przedstawia Vogue'i oprawione i rozwieszone w Pałacu Kensington w ramach wystawy Fashion. Wieszanie całych magazynów to pomysł trochę zbyt obszerny, odchudziłam go więc z lekka, zainwestowałam w ramy IKEA i...
 




Ostatnie zdjęcie jest dość nieudane, ponieważ prezentuje część większego projektu, którego efekt finalny pokażę za jakiś czas. Czyli robiłam zdjęcie tak, żeby pokazać nie za dużo:). 

Zaszczytu pojawienia się w ramkach dostąpiły:

- mój pierwszy Vogue, marzec 2010, deszczowa Italia (dolna ramka, mroczna pani w kapeluszu)
- mój pierwszy brytyjski Vogue zakupiony osobiście w Irlandii w marcu 2011 roku (dolna ramka, odważna pani w czerwieni). Jeśli mnie pamięć nie myli, byłam wtedy na etapie poważnych zawirowań w życiu osobistym. Nic tak nie pomaga w walce z zawirowaniami jak Vogue.
- mój pierwszy brytyjski prawdziwie, zakupiony w Londynie osobiście w styczniu 2013 (prawy górny róg górnej ramki). Wstrząsająca zawartość: obszerne opracowanie na temat stylu księżnej Kate. Kilkanaście stron statystyk prezentującej kolory garderoby księżnej, wykresy obrazujące długość jej spódnic - szaleństwo
- mój najświeższy Vogue, brytyjski-londyński, wrzesień 2013 (lewy górny róg górnej ramki). Świetny materiał na temat Darii Werbowy, za bardzo ją lubię, żeby nie umieścić jej w tym zestawieniu
- Vogue sprezentowany - E for Event, oczywiście. Wydanie brytyjskie, styczeń 2011. Prezent świąteczny jak ta lala (Keira, lewy dolny róg górnej ramki)
- a skoro o prezentach i EfE mowa: wydanie rosyjskie - prosto z Moskwy! Rok 2010, z odczytaniem miesiąca mam mały problem:) (wyuzdana blondi w lewym górnym rogu dolnej ramki)
- prezent znów, lecz już nie od Emilki - Diane Kruger (w górnej ramce) przyjechała do mnie z Berlina w walizce Macieja w kwietniu 2011
- amerykańska Emma w bieliźnianej sukience dołączyła do zestawu w lipcu 2012 roku dzięki A. spędzającemu urlop w Kanadzie

Niestety, dla wielu smutnych Vogue'ów nie znalazło się miejsce w ramkach. Raczej tej sprawy tak nie zostawię, więc możecie się spodziewać ciągu dalszego tej historii. Ciąg dalszy mieć też będzie - miejmy nadzieję - kompletowanie mojej kolekcji. Marzy mi się osobiście przywieziony Vogue amerykański, zakupiony w NYC, marzy mi się kilka azjatyckich wydań... Będę informowała o postępach;).

Na marginesie: datę pierwszego spotkania z Vogue'iem podałam nie dzięki temu, że ją tak świetnie pamiętałam, ale dlatego, że przy okazji przeglądania tego antycznego niemal pierwszego mojego numeru znalazłam rachunek za tamto śniadanie:). Och i ach.