29 września 2013

Ciąg dalszy technologicznego pogromu

Zaledwie tydzień temu miałam wątpliwą przyjemność podzielenia się na blogu informacją o zgonie mojego smartfona, a już wczoraj bóg od technologii, kimkolwiek by on nie był, zabrał mi komputer. Ok, skoro już wyciągnęłam czynniki nadprzyrodzone, powinnam się jednak odwołać do świętego Walentego, patrona chorych psychicznie, bo tak naprawdę własnoręcznie laptopa sobie wykończyłam.

A było tak:

sobota, wczesny ranek, około 11. Siedzę sobie z moim ulubionym laptopem, herbatkę popijam, zbliżam się do końca czytania internetu (tak zwana rozgrzewka przed pisaniem doktoratu)  i... coś mnie podkusiło, za cholerę nie pamiętam co, czy spożywać zamierzałam (jedzenie to bardzo dobry kierunek ucieczki przed pisaniem pracy, zwłaszcza, jak potem człowiek ma wyrzuty sumienia i musi poświęcić jeszcze godzinę na aktywność fizyczną - pół dnia z głowy) czy inną absurdalną czynność wykonać, w każdym razie - wstałam zamaszyście i kubek z herbatą zniósł to bardzo kiepsko. Krótko mówiąc, podzielił się swoją zawartością z laptopem.

Jako człowiek chwilami rozsądny, zapisałam wszystkie zmiany w pootwieranych dokumentach, wyłączyłam sprzęt, prąd odłączyłam i wykonałam histeryczny telefon do mojego pogotowia informatycznego. Słowa kojące popłynęły z telefonu, że tak się zdarza, że będzie ok, że wyjąć baterię trzeba, odwrócić laptopa do góry nogami, dać mu ze trzy godziny, podsuszyć suszarką delikatnie i włączyć. Na drugiej linii moja podobna do Jamesa Deana przyjaciółka zapewniała, że takie historie kończą się dobrze.

Pocieszających czynników było wiele, bo ani tej herbaty dużo, ani bardzo ciepła, bez cukru na dodatek, szafa grać powinna. Lecz nie zagrała. Wykonałam wszystkie czynności ratujące życie i nic. Ani drgnął. Zabrałam go na pogotowie informatyczne i czekam na wyrok lub ratunek.

Żeby jednak nie było, że tylko narzekam, lista plusów wynikających z tego dramatu:

- dostałam laptopa zastępczego i pierwszy raz w życiu stukam sobie w Sony VAIO. Metki nie robią na mnie zwykle wrażenia, a na sprzęcie się nie znam, ale jakie to jest ładne! +10 do lansu, czuję się jak dama, mam ochotę przestać się garbić, założyć kapelusz i pić latte ze starbuniowego kubka (spokojnie, Pawle, napoje spożywam w innym pomieszczeniu)

- przy okazji wizyty w moim ulubionym pogotowiu informatycznym zostałam poczęstowana zupą kurkową z ciemnym piwem i to jest lepsze nawet niż VAIO. Zamierzam popełnić, choć nie wiem, czy uda mi się coś tak dobrego.

- skoro o częstowaniu przez pogotowie informatyczne mowa, jadłam też tort czekoladowy, prawdopodobnie najlepszy w historii. Reasumując, zamierzam psuć sobie coś z elektroniki co tydzień, chociaż mało sprzętu mi zostało.

Poza zgonem komputera od czasu mojego ostatniego posta działy się same dobre rzeczy: podpisałam umowę ze stolarzem, będę miała kuchnię! Montaż zapowiedziany jest na 18 października, choć umowa przewiduje przesunięcie tego terminu o 21 dni bez podania przyczyny. Średnio mi się ten zapis podoba, ale żyję nadzieją, że pan z tej możliwości nie skorzysta.

Anegdota: pan stolarz poprosił, żebym przelew zaliczkowy zrobiła na konto jego narzeczonej, bo "wie pani, ostatnio trochę przesadziłem". Zapis stosowny znalazł sie w umowie, ja będę miała kuchnię, a on może narzeczeństwo uratuje, chyba powinnam mieć zniżkę z okazji tych obustronnych korzyści.

Stolarz ów na blogu się jeszcze nie pojawił, tylko zapowiedź była, że czekam na czwartego pana. Czwarty pan okazał się właśnie tym jednym jedynym, który dostał szansę. Żeby nie zapeszać, nie będę się dzieliła przeczuciami i nadziejami za bardzo. Cenowo wstrzelił się w środek, szalenie kompleksowo podszedł do sprawy, już przy pierwszej wizycie zapytał o wszystko i wycenę zrobił od ręki. Spędziliśmy razem ponad godzinę, on, ja, kuchnia oraz jego narzeczona, moja przyjaciółka i nasz w połowie zrobiony obiad, ale może warto było i może wybrałam nawet słusznie, czas pokaże. Projekt pan zrobił, czym zapunktował, ale pokażę go w poście prezentującym kuchnię, będzie ciekawiej.

Zapowiadane było i wykonane zostało: muffinki! Wespół zespół z moją podobną do Jamesa Deana przyjaciółką, według przepisu VanillaSpice znajdującego się TU.  Procesowi tworzenia muffinków towarzyszyło wiele niepewności i egzystencjalnych pytań w rodzaju "Jezu, tyle cukru pudru?!" oraz pomysłów "Ale że tyle oleju? Może dajmy połowę...". Ostatecznie wiemy już na pewno, że w przepisy VanillaSpice wątpić nie należy, wszystko w życiu jest po coś, nawet bardzo dużo cukru pudru. Wyszło fantastycznie, co widać:


Z otwarcia galerii Ekierka Siedem zdjęć nie posiadam, nie dlatego, że A. odmówił wykonania, ale dlatego, że jakoś nie było powodu do wyciągania aparatu. Wrażenia mamy różne, tzn. A. był zadowolony z tego 10minutowego zwiedzania, a ja jakoś mniej. Inicjatywę będę obserwowała, bo w pomyśle jest potencjał, jednak na razie miałam wrażenie, że otwarcie było trochę na wyrost - brakowało mi eksponatów. Może jestem zwichnięta, bo zaledwie kilka tygodni temu byłam w londyńskim Museum of Brands, pokrewnym poniekąd, a może dlatego, że kiedy zapowiadana jest "kultowa porcelana", spodziewam się zbiorów ciekawszych, a w każdym razie liczniejszych niż to, co sama mam w domu. Stanowisko odzieżowe miało być, lecz chyba coś nie wyszło, że nie wspomnę o braku showroomu MOCartu. Daję im jednak czas, może się po prostu najpierw otworzyli, a potem rozpakowali.

Postaram się pisać częściej i krócej, bo nie jestem pewna, czy niedziela to dobry dzień na czytanie takich długich tekstów. Przepraszam bardzo:)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz