23 września 2013

Moja mała katastrofa

Powinnam się była tego spodziewać. Niby mnie nie zaskoczył, dawał znaki wcześniej. Widziałam, że gaśnie, odchodzi, że każdego dnia jakby go mniej, jakby bardziej zamyślony, a myślami coraz bardziej odległy. Dwa razy wygraliśmy walkę, za trzecim razem poległ i chyba nawet ja muszę się z tym pogodzić. 

Straciłam smartfona. Był ze mną ponad dwa lata. Wiem, jak na smartfona to dość długo. W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i gdy konto ziało pustką albo kończył się pakiet internetowy. Trwał przy mnie wierny jak Piętaszek, uniwersalny jak mała czarna, skuteczny jak urząd skarbowy. Miał wiele fantastycznych właściwości, na przykład aparat. Wiem, że szanujący się bloger taszczy ze sobą zawsze Nikona z dwumetrową lufą, ale ja chyba nie jestem z tych szanujących się, dlatego też telefon był podstawą mojego blogerskiego ekwipunku. To z jego pomocą utrwalałam wszystko co mnie śmieszyło, intrygowało, wzruszało czy inspirowało i na tej podstawie powstawały moje posty, przeważnie. Traktowałam go jak notatnik, nawet jeśli ostatecznie na bloga trafiały inne zdjęcia, to szybkie foty zrobione telefonem były fundamentem wszystkiego. Najlepszym tego dowodem jest moje tygodniowe milczenie blogowe - bez smartfona to wszystko jakoś nie działa. 

Dziś na przykład miałam wątpliwą przyjemność spędzenia 40 minut na korytarzu Instytutu Filozofii mojego szanownego uniwerku. Jedna ze ścian tego wyjątkowego miejsca jest dość specyficzna: na górze wisi dumnie tabliczka "Instytut Filozofii. Tablica ogłoszeń" poniżej zaś nie wisi nic. To znaczy: poniżej jest ściana, na której wnikliwy obserwator dostrzec może ślady po dawnej prawdopodobnie tablicy. Ileż ja miałam w głowie inteligenckich żarcików o bytach i niebytach oraz inteligencko-sprośnych o bytach, niebytach i odbytach (bo byt był, ale mu się odbyło)! Jednak: nic z tego, kolego, nie ma smartfona, nie ma aparatu, nie ma zdjęć i inteligenckich chichotów. Smutek i żal pozostał. 

Na pocieszenie zostają mi cudze telefony lub pogodzenie się z prawdziwym aparatem. Opcja pierwsza jest lepsza, wiadomo. Moim ulubionym smartfonem (czy o iPhone'ie można tak powiedzieć?) jest sprzęt posiadany przez A., który to robi takie piękne spontaniczne zdjęcia:


(swoją drogą, wespół zespół spłodziliśmy piękną tartę kilka dni temu, jak widać)

Jutro zamierzam pobić kulinarne rekordy świata z moją podobną do Jamesa Deana przyjaciółką. Planuję relację na blogu, czy to się drugiej połowie tego teamu podoba czy nie. W planie muffinki, które kiedyś już na blogu były, ale spuszczę zasłonę milczenia na odnośnik do tego posta. Liczę bardzo na telefon wspomnianej przyjaciółki. 

W piątek wybieram się na otwarcie Galerii Użytkowej "Ekierka Siedem" oraz MOCartowego  showroomu. MOCart to mili ludzie odpowiedzialni za imponujący wystrój pizzerii U Dziadka (o której była mowa TU). Robią piękne rzeczy i to na "mojej" Woli, powody do odwiedzin mam więc podwójne. Zabieram A., jak będę grzeczna będą zdjęcia.

Reasumując: choć czuję się od kilku dni, jakby mi ktoś wyrwał cząstkę duszy (i to jakąś wyjątkowo ważną), show must go on, postaram się, by blog przeżył mimo tej straty. 

Swoją drogą, czy wie ktoś może, ile powinna trwać żałoba po telefonie, żebym nie wyszła na kobietę bez serca zbyt szybko inwestując w nowy sprzęt? Nie no, żart, bardziej serio: nie znoszę takich technologicznych decyzji. Nie znam się, nie lubię, unikam. Ale się zmuszę kiedyś, słowo.

4 komentarze:

  1. heheh o matko ale się uśmiałam, ja tu myślałam co się dzieje , kto..? a tu telefon :) - choć nie powinnam bo ja sama do swojego przywiązana emocjonalną obrożą i nie tylko bo w rzeczy samej ja również moim kochanym iphonkiem robię zdjęcia na bloga i nie latam z nikonem bo on duży, nie zawsze ze mną a mój telefonik zmieści się wszędzie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. smakowy smakołyk... co do żałoby.. to może jak w Seksie w w.mieście...
    do nastepnego zakrętu ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię Piętaszka.
    Piętaszek to mój tata.
    Mama na niego tak mówi.

    Pozdrawiam,
    Żuń

    OdpowiedzUsuń