6 września 2013

Zeznania fetyszystki i kolejny prawie DIY

9 marca roku Pańskiego 2010 o bruk Piazza del Popolo dzwonił deszcz, który zupełnie nam nie przeszkadzał, bo był to nasz ostatni dzień pobytu w Rzymie i wszystkie turystyczne obowiązki mieliśmy już odpękane. Śniadanie zamierzaliśmy przeciągać w nieskończoność, w czym pomóc miała nam prasa zakupiona pospiesznie w drodze do kawiarni. Do cappuccino i rogalików Jack wybrał USA Today, ja sięgnęłam po znany mi ze słyszenia, zachęcająco obszerny (jubileusz włoskiej edycji, masa dodatków) Vogue. Tak się zaczęła miłość i nie mówię tu wcale o sobie i rogalikach. Nawet nie o Rzymie.

Vogue to magazyn modowy w opcji bezkompromisowej. W Polsce nie jest wydawany, ponieważ Polska jest nań zbyt biedna (jak wieść gminna niesie). Vogue nie sugeruje rozwiązań w stylu "rzeczy z sieciówki prawie jak od projektantów!". Vogue sugeruje projektantów. Projektantów oraz niezależność, kreatywność i siłę. Nie podsuwa pomysłów na "jak go zdobyć, zatrzymać, porzucić". Czytelniczki Vogue'a nie mają takich rozterek, najprawdopodobniej. Vogue pachnie innym, nieosiągalnym światem, w którym największym problemem jest to, jak zestawić torebkę od Diora z butami od Prady. Jest inny niż wszystko, stoi za nim historia i tradycja, której wciąż nie ogarniam mimo wnikliwego obejrzenia "Diabeł ubiera się u Prady". Stoją za nim fantastyczni artyści i silne dziennikarskie osobowości. Chyba żadne inne zjawisko medialne nie fascynuje mnie tak bardzo. Co ciekawe - wersja językowa nie ma dla mnie żadnego znaczenia. A wszystko zaczęło się właśnie na Piazza del Popolo...

Pierwszego Vogue'a przywiozłam do domu i natychmiast zaczęłam kombinować, jak zorganizować mu rodzeństwo. Szybko wyszło też na jaw, że Vogue ma swój niepowtarzalny smak tylko przywieziony. Pachnący podróżą, lotniskiem, walizką.  Nie musi być moja, może być czyjaś. Czyjaś pachnie nawet lepiej, bo Vogue nabiera dzięki niej cech nie tylko cudu, ale i prezentu. Zainwestowałam kiedyś we francuskie wydanie przy okazji Targów Książki. Niestety, Vogue przywieziony z Pałacu Kultury na Pragę to nie było to, nawet mimo bliskości Dworca Centralnego i elementu przeprawiania się przez rzekę (tramwajem:)).

Tu na przykład widać, jak bardzo jaram się Vogue'iem zakupionym w Barcelonie we wrześniu 2011. Wojtek nie zrozumiał wtedy chyba, że na zdjęciu ma być magazyn, nie budynek za mną, jakkolwiek atrakcyjny. 


Przez te ponad 3 lata nazbierała mi się spora kolekcja, głównie niestety zbierająca kurz na parapecie, niekiedy stanowiąca legowisko kota. Postanowiłam coś z tym zrobić, pomysł nabrał realnych kształtów w Londynie.


Powyższe ciemne i niewyraźne zdjęcie przedstawia Vogue'i oprawione i rozwieszone w Pałacu Kensington w ramach wystawy Fashion. Wieszanie całych magazynów to pomysł trochę zbyt obszerny, odchudziłam go więc z lekka, zainwestowałam w ramy IKEA i...
 




Ostatnie zdjęcie jest dość nieudane, ponieważ prezentuje część większego projektu, którego efekt finalny pokażę za jakiś czas. Czyli robiłam zdjęcie tak, żeby pokazać nie za dużo:). 

Zaszczytu pojawienia się w ramkach dostąpiły:

- mój pierwszy Vogue, marzec 2010, deszczowa Italia (dolna ramka, mroczna pani w kapeluszu)
- mój pierwszy brytyjski Vogue zakupiony osobiście w Irlandii w marcu 2011 roku (dolna ramka, odważna pani w czerwieni). Jeśli mnie pamięć nie myli, byłam wtedy na etapie poważnych zawirowań w życiu osobistym. Nic tak nie pomaga w walce z zawirowaniami jak Vogue.
- mój pierwszy brytyjski prawdziwie, zakupiony w Londynie osobiście w styczniu 2013 (prawy górny róg górnej ramki). Wstrząsająca zawartość: obszerne opracowanie na temat stylu księżnej Kate. Kilkanaście stron statystyk prezentującej kolory garderoby księżnej, wykresy obrazujące długość jej spódnic - szaleństwo
- mój najświeższy Vogue, brytyjski-londyński, wrzesień 2013 (lewy górny róg górnej ramki). Świetny materiał na temat Darii Werbowy, za bardzo ją lubię, żeby nie umieścić jej w tym zestawieniu
- Vogue sprezentowany - E for Event, oczywiście. Wydanie brytyjskie, styczeń 2011. Prezent świąteczny jak ta lala (Keira, lewy dolny róg górnej ramki)
- a skoro o prezentach i EfE mowa: wydanie rosyjskie - prosto z Moskwy! Rok 2010, z odczytaniem miesiąca mam mały problem:) (wyuzdana blondi w lewym górnym rogu dolnej ramki)
- prezent znów, lecz już nie od Emilki - Diane Kruger (w górnej ramce) przyjechała do mnie z Berlina w walizce Macieja w kwietniu 2011
- amerykańska Emma w bieliźnianej sukience dołączyła do zestawu w lipcu 2012 roku dzięki A. spędzającemu urlop w Kanadzie

Niestety, dla wielu smutnych Vogue'ów nie znalazło się miejsce w ramkach. Raczej tej sprawy tak nie zostawię, więc możecie się spodziewać ciągu dalszego tej historii. Ciąg dalszy mieć też będzie - miejmy nadzieję - kompletowanie mojej kolekcji. Marzy mi się osobiście przywieziony Vogue amerykański, zakupiony w NYC, marzy mi się kilka azjatyckich wydań... Będę informowała o postępach;).

Na marginesie: datę pierwszego spotkania z Vogue'iem podałam nie dzięki temu, że ją tak świetnie pamiętałam, ale dlatego, że przy okazji przeglądania tego antycznego niemal pierwszego mojego numeru znalazłam rachunek za tamto śniadanie:). Och i ach.






2 komentarze: