16 października 2013

Czekając na wyrok

W stresie jestem.

Całe życie byłam, jestem i pewnie niestety będę, panikarą. Nie powiem, że pesymistką, bo to brzmiałoby dumnie. Pesymizm to zrezygnowanie, to ponury spokój w stylu Kłapouchego, ma w sobie pewną godność, a mój stan ze spokojem, ani tym bardziej godnością, nie ma nic wspólnego. Moja panika jest blisko związana z histerią. Pewne ukojenie przynosi mi przeklinanie i truchtanie, którego nie nazwę bieganiem, bo biegać to biegał Chyra w filmie "W imię...", a ja tak raczej wypadam z domu i lecę przed siebie na oślep, mamrocząc przekleństwa pod nosem. Żeby nie latać tak bez sensu ustalam sobie jakiś cel, z reguły ambitny, jak sklep z owadem w nazwie. W wersji domowej chodzę po mieszkaniu, co nie jest zbyt kojące, biorąc pod uwagę nikły jego rozmiar, dlatego wiąże się to ze zwiększeniem natężenia przekleństw.

Denerwowałam się w tak w życiu może ze trzy razy. Pierwszy raz po maturze, w oczekiwaniu na wyniki. Drugi raz przed pewną bardzo ważną randką chyba z tysiąc lat temu, trzeci raz przy okazji ustnych egzaminów na studia doktoranckie. Patrząc na te sprawy z perspektywy wiem, że żadne z tych zdarzeń nie było warte nerwów i przeklinania, a 2/3 okazji mogłam sobie darować, nie iść, życie byłoby piękniejsze (matura się jednak przydaje, więc tego bym nie anulowała).

Obecnie stresuję się kuchnią. Tak, tak, to na tle cholernej zabudowy kuchni mam palpitacje, pocą mi się ręce, nie jestem w stanie skupić się na niczym dłużej niż 15 sekund i klnę tak, że strach odpisywać na maile od promotora, czy mi się coś tam nie zaplącze z tego, co mi się po głowie kołacze i na usta pcha.





Boję się, że będzie brzydko. Zamawianie mebli u stolarza ma ten minus, że chociaż widziałam materiały i projekt, to samej kuchni nie widziałam. Pod tym względem kupowanie gotowych mebli jest lepsze, człowiek sobie ogląda w sklepie i wie, co go w domu spotka. A tu jedna wielka niewiadoma. A jeśli będzie brzydko, tandetnie, jeśli nie da się tego uratować?! Jeśli utopię dość poważne pieniądze w czymś, co potem będę omijała wzrokiem przez 20 lat?!

W piątek pan stolarz przywiezie meble, złoży je w sobotę. Bardzo możliwe, że od momentu wniesienia paczek (?) będę spożywała nalewkę, więc relacja z nowej kuchni szybko się nie pojawi. Bardzo możliwe, że jeśli finalny efekt zdążę zobaczyć zanim film mi się urwie, to ucieknę z kraju i zacznę pisać relacje z tajskich moteli.

A teraz kilka porad dla panikarzy, czyli co robić, jeśli czeka człowiek na coś w napięciu i przewiduje katastrofę.

1. Skoro i tak zakładamy katastrofę, należy wymyślić sposoby na uratowanie sytuacji, a przynajmniej jej poprawienie.Ostatniej nocy między 2 a 5:30 wymyśliłam, że jeśli meble okażą się bardzo złe, to zamówię szyby w jakimś mieszającym w mózgu kolorze, na przykład ostrym różu, do tego dorzucę gadżety we wszystkich innych możliwych dyskotekowych barwach i każdy istniejący wzór. Może ta tęcza przyćmi nieudane meble. Ok, bazując na akcesoriach z IKEA trudno o efekt dyskoteki:





Drugim rozwiązaniem, którego jestem fanką, jest parawan lub zasłona. Myk, myk karnisze wzdłuż mebli, kawałek kryjącej tkaniny w nadruk New York City i nie ma problemu.

2. Nie jest to rozwiązanie problemu lecz ucieczka przed nim, ale skuteczne, więc polecam: zająć się czymś pochłaniającym uwagę i wymagającym precyzji. Wczoraj pierwszy raz w życiu zrobiłam sushi. Kto zwijał, ten wie - pochłania bez reszty. Trochę za dużo ryżu i trochę za duże kawałki oraz słaba oferta nadzienia (słownie: jedna, za zakupy odpowiadał A. i od tej pory już nie wierzę w męską podzielność uwagi, przewidującą na przykład ogarnięcie dwóch wariantów smakowych), ale jak na pierwszy raz - nieźle. Ze dwie godziny zupełnie nie myślałam o kuchni.


3. Zajęcia, przy których można się zmachać. Ale tak na poważnie, fizycznie. Sprzątanie, ale tylko jeśli przewiduje dźwiganie mebli i mycie okien na mrozie. Pranie, ale tylko w balii i to najlepiej wielkoformatowej pościeli. Pastowanie i froterowanie parkietu. Jak się nie ma mrozu, balii i parkietu zostaje zawsze Chodakowska.

4. Każde inne zajęcie, ale w towarzystwie nalewki. Oprócz pisania doktoratu. Przy pisaniu nie sprawdza się opcja "pisz po pijanemu, redaguj na trzeźwo". Redakcja to zło gorsze niż pisanie, więc lepiej całość przetrwać bez wspomagaczy. Niestety, pisanie to mój plan na dziś (i kolejny tysiąc dni), więc o nalewce jako lekarstwie na wszystko wspominam tylko z kronikarskiego obowiązku. 

Tymczasem wracam do odliczania godzin. O ile nie dostanę zawału, następny post napiszę już w towarzystwie nowej kuchni. Zapewne siedząc do niej plecami, żeby się za bardzo nie denerwować, &%$#@!



1 komentarz:

  1. Podobno im większy histeryczny lęk, tym lepszy efekt końcowy - także trzymam kciuki i do pogratulowania :)

    OdpowiedzUsuń