8 października 2013

God save bay windows!

Ten post miał być już dawno, z miesiąc temu chyba. Wróciłam wówczas z urlopu z aparatem pełnym zdjęć i głową pełną spostrzeżeń turystyczno-mieszkaniowych. Moje zdjęcia jednak przynajmniej chwilowo szlag trafił razem z komputerem, losy głowy nigdy nie są pewne, na wszelki wypadek więc spiszę, co myślę, posiłkując się zdjęciami z internetu.

LONDYN. Tak, tak, czerwone budki telefoniczne, piętrowe autobusy, William, Kate i reszta tej bandy, Big Ben, kiepskie jedzenie, boskie słodycze, uzależniające sklepy, wyraźna dominacja mocno opalonych obywateli, którzy gardzą językiem angielskim...

Na mojej prywatnej liście najważniejszych elementów składających się na Londyn są słodycze, słodycze, słodycze oraz te ich niesamowite wąskie domki.






(zdjęcia pożyczyłam z tego portalu TU)


Nie mam bladego pojęcia, dlaczego właśnie tam, dlaczego właśnie tak, rozwinął się ten zwyczaj budowania pozlepianych domków z mikroskopijnymi ogródkami, przedziwna odmiana szeregowca. Jeśli ktoś wie, będę bardzo wdzięczna za udostępnienie tej wiedzy:). 

W czasie tegoż urlopu miałam niewątpliwą przyjemność mieszkania w tego typu budynku, obejrzałam więc to dziwo od środka. Moje eM, mimo mizernych rozmiarów, to najbardziej funkcjonalne miejsce na świecie - wynika mi z porównania. Oczywiście, wiele zależy od okoliczności - mieszkałam w domu przeznaczonym do wynajmowania pokoi, trudno więc o jakieś rewolucyjne rozwiązania, gry i zabawy przestrzenią. Nie mniej jednak, zasada jest prosta: wszystko w takim domku jest długie i wąskie, na czele z ogródkiem, w którym mieszczą się swobodnie chyba tylko rowery.

Przykład wnętrza z górnej półki. Dzięki Pudelkowi (Boże, widzisz i nie grzmisz!) wiem, że Keira Knightley sprzedaje swoje mieszkanie w Notting Hill. Nie wiem, czy kupiłabym. I nie chodzi nawet tylko o to, że nie mam 4,7 mln. dolarów. Chociaż kuchnia piękna... Ok, przemyślę.






 

Brytyjskie domki (cholera wie, jak je nazwać) mają jeden wielki plus. Ok, nie tylko one, bo w budynkach innego typu też się to trafia, ale one to mają BARDZO. Bay windows! Czyli okna wykuszowe, bardziej po polsku. Moje wielkie mieszkaniowe marzenie, którego realizacja jakoś się nie zapowiada. Najpiękniejsze, co się może w domu trafić.

Wymyśliłam na tę okoliczność zaklęcie, które może kiedyś zadziała: jeśli nie chcesz kiepskiej zupy, wykusz w domu zrób mi luby!  Dopóki zaklęcie nie działa, zostaje mi gapienie się na Pinterest. Takie życie.








4 komentarze:

  1. po kilku latach pobytu w UK powiem jedno: nie znosiłam tych wykuszy i do dzisiaj nie znoszę i sama nie wiem dlaczego.. być może, że są trudne w aranżacji.. nie wiem, nie wiem

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Mnie uczono, że ryzalit. Ale z definicji Matki Wikipedii wynika, że też nie...

      Usuń