25 października 2013

Kuchnia moja a w niej...

Kuchnia stoi. Patrzę na nią podejrzliwie, ona nieufne spojrzenie me odwzajemnia. Mamy jedną wciąż niezałatwioną sprawę - za cholerę nie mogę uruchomić zmywarki. Ale do rzeczy.

Meble przyjechały do mnie o 23:30 w piątek. W sobotę od świtu do zmierzchu pan stolarz mi je stawiał, wieszał, składał. Od zmierzchu do świtu sprzątałam pobojowisko, które zostawił. Niedziela zastała mnie w kuchni czystej, urządzonej, lecz wciąż bezużytecznej. Nie działał zlew, zmywarka, płyta, piekarnik... We wtorek o 20 przybył pan wszechstronny, gazowniko-hydrauliko-podrywacz, zamontował wszystkie te ustrojstwa i już o 23 miałam prawdziwą kuchnię. Choć to oczywiście tylko początek.




Dla wszystkich planujących montaż nowego piekarnika: instrukcja obsługi informuje, że na dobry początek należy piekarnik umyć, rozgrzać do 250 stopni, pogrzać tak 40 minut, następnie znowu umyć. Instrukcja nie informuje, że na czas tego grzania należy opuścić mieszkanie, dom, ulicę, dzielnicę. Smród jest niewyobrażalny. W tym pierwszym razie towarzyszyła mi podobna do Jamesa Deana przyjaciółka. Po kilkunastu minutach wędzenia się w smrodzie uznałyśmy, że umarłyśmy i o tym nie wiemy. Mój wierny kot potwierdzał nasze przypuszczenia, całkowicie lekceważąc wołanie i machanie rękami przed nosem. Dziwne, że nikt z sąsiadów nie wpadł, żeby sprawdzić, co to za dziwne narkotyki palimy.

Dla wszystkich planujących zakup zmywarki: zmieńcie plany. Tego się nie da uruchomić.

Dla wszystkich planujących poślubienie stolarza: bardzo dobra decyzja! Chłopa nie ma w domu całą dobę, cały tydzień, z niedzielą i świętami włącznie. Nie je, więc nie wymaga robienia kanapek. Kasę trzaska aż miło. Nie musi być przystojny, bo i tak się go nie ogląda. Nie musi być mądry, bo i tak się z nim nie rozmawia. Jakbym znała jakiegoś osobiście to brałabym bez pytania. Mój niestety jest zajęty.

Przejdźmy jednak do najważniejszego, czyli zdjęcia. Opór z lekka czuję w sobie na tle ich publikacji, ponieważ montaż mebli i AGD to początek - brakuje szyb, brakuje farby na ścianie. (Nie)stety, kolejność jest taka, że najpierw meble, potem szkło. Przyglądam się więc kuchni mej i zastanawiam się nad szybą. Meble są bardzo jasne (bardzo zaskakujące), myślę więc o czymś wyrazistym... i liczę na dalsze rady:).

Mnie się podoba ona: jest bardzo nieinwazyjna, nie zdominowała pomieszczenia, ma w sobie spokojną klasę i nie świeci jak wściekła. Lubię to!



Tylko trochę tu życia brakuje, prawda?

Brak życia nadrabiam jak mogę. Kiedy tylko piekarnik przestał śmierdzieć, zaczęłam go intensywnie używać. Odnotowuję - przynajmniej w Warszawie - szczyt dyniowy. Kupuję tony, piekę, mrożę. Oficjalnie z tego miejsca pozdrawiam moją wspomnianą już przyjaciółkę, z której pomocą przytargałam dziś 9 kilo dyni, wywołując przy okazji okrzyki entuzjazmu starszej pani na ulicy. Staruszka żywiołowo gratulowała nam zdrowych i smacznych zakupów. Same wiemy, że zakupy poczyniłyśmy zacne.


Bardziej zacne niż kupowanie dyni jest to, co można z nią zrobić. Zupa krem jest moim numerem jeden (głównie dlatego, że nie ma zbyt wielu dalszych numerów) i podobno jestem coraz lepsza w jej robieniu.


Będę informowała o postępach kuchennych i dyniowych:).

4 komentarze:

  1. Jesteś też dobra w robieniu zupy z cebuli :)
    Kuchnia zacna! Czy mi się wydaje, czy teraz masz młynek niemal do mego bliźniaczy?

    OdpowiedzUsuń
  2. Bez Twojego młynka moje życie nie miało sensu, więc pobłagałam po przodkach i mam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaglądam tu już trzeci raz tego samego dnia... To pewnie to ciepło bijące z piecyka... ;)

    OdpowiedzUsuń