11 października 2013

Perły przed wieprze

Mam ostatnio kryzys blogowy. Kryzys przyczyny ma dwojakie, czynne i bierne, czyli jednocześnie na tle blogowania aktywnego i czytelnictwa blogowego.

Czytanie blogów to zajęcie bardzo ryzykowne. Niestety, przychodzą  takie chwile w życiu człowieka, kiedy się za to bierze - tak po prostu, w ciemno, bo fejsbuk pokazał, że jakiś autor istnieje i tworzy, a że nic innego chwilowo nie było do roboty... Klika człowiek naiwnie, bezmyślnie, a potem musi szybko szukać środków opatrunkowych, bo nóż mu się w kieszeni z takim rozmachem otworzył, że przebił kilka narządów i krzesło porysował.



Wczoraj na przykład, taka sytuacja. Przerwa w pisaniu doktoratu, kolejna, czyli wszystkie główne portale przejrzane, nie ma co robić, a coś by wypadało - bach, link. Blog jakiś, autor - jak dla mnie - anonimowy. Przyjemna mordka patrzy z profilowego, czemu by nie sprawdzić? Czytam i oczom nie wierzę. Wywód mocny, namiętny, widać temat dla autora ważny, społeczny, więc się chłopiec zapalił. Kwestia rzeczywiście z gatunku dyskusyjnych, homoseksualizm mianowicie. Autor jest na nie - jego sprawa. Nie o poglądy tu chodzi.

Oburzyły mnie sprawy dwie: koronnym argumentem przeciw homoseksualistom było zapewnienie autora, że taka "dewiacja" nie zdarza się innym stworzeniom niż ludzie. Każdy inny zwierz, jeśli to zwierz-samiec, bucha testosteronem i za spódniczkami się ogląda, koniec kropka. Tak napisał on, autor, a informacje, które na ten temat posiadają ludzie nieco bardziej obcykani zoologicznie, jakoś go nie interesują. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie jest ich świadom po prostu, chociaż nawet Wikipedia sprawę widzi inaczej i dość przystępnie wyjaśnia. Autor jednak, choć się nie znał, choć nie wiedział, napisał, opublikował, internet jest cierpliwy.

Sprawą drugą, marginalną, jest styl, gramatyka i ortografia, o których pojęcie autor ma takie, jak o seksualności zwierząt. Mnie osobiście - choć może to być taka przypadłość humanistki - błędy bolą. Zwłaszcza, jeśli są to błędy, które Word wyłapałby w zdecydowanej większości. Najwyraźniej jednak autor, zachwycony swoim błyskotliwym odkryciem naukowym, bardzo na czasie w okresie ogłaszania kolejnych noblistów, nie pokusił się o kontrolę jakości tekstu. Bo i po co?

Wbrew pozorom, nie tu jest mój kryzys pogrzebany - trochę za stara jestem, żeby się przejmować skalą niewiedzy w narodzie. Kryzys mój wynika z tego, że znam zasady działania blogów. Wiem, że mogłabym wkleić tu link do omawianego wpisu. Być może kilka osób zirytowałoby się tak jak ja, może kogoś by to rozbawiło, ALE: prawo blogowe jest okrutne, jedynym efektem upublicznienia danych nieszczęsnego blogera byłby wzrost popularności jego blogu. Bez względu na to, czy czytelnicy podchodziliby do tego wpisu z kpiną, radością czy ze złością - każdy liczyłby się jako "unikalny użytkownik" i wyglądał pozytywnie w statystykach tego blogu, co w przyszłości mogłoby się przełożyć na przykład na intratną umowę reklamową autora z jakimś producentem paszy albo majonezu.

Wspomniałam o kryzysie w zakresie blogowania aktywnego. Otóż: doszłam w pisaniu do momentu, w którym przydałby się - moim zdaniem - jakiś rozwój. Zmiana, ewolucja, poważny krok. Szukam drogi, ale wszystkie, które przychodzą mi do głowy, są złe, głupie lub śmieszne. Teoretycznie - mogę wszystko, to w końcu mój własny kawałek internetu, oczywiście dopóki nie publikuję zdjęć nagich dzieci albo adresów dilerów narkotykowych (na wszelki wypadek zaznaczam od razu - nie mam żadnych!). Praktycznie jednak, nie zacznę przecież pisać o gotowaniu, bo znam ludzi, którzy robią to (i gotują, i piszą o tym) lepiej. Nie zacznę udzielać rad, jak przygotować samochód do zimy, bo za cholerę się na tym nie znam. W lajfstajl rozumiany jako skrajny i bezkrytyczny ekshibicjonizm nie pójdę, bo do tego trzeba mieć albo potężne jaja, albo potężne ego...

I tak odpada jedna opcja po drugiej, szukam i myślę, myślę i szukam, na końcu zaś trafiam na innych blogach na fascynujące odkrycia naukowe, na absurdy i bezsensy, na eksperckie opinie całkowicie wyprane ze słuszności, na błędy i niewiedzę, i pojawia się pytanie: czy jakość ma znaczenie? Czy rozwój ma mieć sens i uzasadnienie, fundament z wiedzy i umiejętności, czy raczej słowa kluczowe i klikalność? Internet jest cierpliwy przecież, a jakości blogów nie weryfikuje rynek.

Jedyne, co mogę zrobić w takiej sytuacji, to robić dalej swoje z nadzieją, że jak kiedyś dotrę do dna, to ktoś mi o tym życzliwie powie.

PS Żeby ocieplić choć trochę mój wizerunek blogerki: zdarzają się blogi, które mnie autentycznie zachwycają. Polecam Achondroplazjaka ze względu na dobry, bardzo charakterystyczny styl autorki, naprawdę zaprzyjaźnionej z polszczyzną w najlepszym wydaniu oraz przesłanie. Rzadka rzecz dziś, by blog miał sens i treść. A ten ma i stąd te perły w tytule mojego dzisiejszego posta. Klikać proszę.

PS2 Dobry post blogowy musi mieć ładne zdjęcia. No to proszę, żeby nie było. Domowe ciasto.





3 komentarze:

  1. O jeżu kolczasty!
    Toż w tym poście JA występuję.
    O jeżu. O jeżu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żuniu, nie ekscytuj się za bardzo, bo Ci ciśnienie skoczy. Czy coś tam, co skacze takim młodym ludziom. To jest wyraz uznania, oswajaj się z tym;)

      Usuń
  2. Ja napiszę w mailu, co myślę, po przeczytaniu tego posta.
    Będzie lepiej.
    :)

    OdpowiedzUsuń