19 października 2013

Powoli po Woli

Biegam. Zainwestowałam w stosowne obuwie, wdzianko odpowiednie też mam, więc jestem biegaczką pełną gębą (i pustą kieszenią). I nie jest to jednorazowa przygoda, o nie!


(napisawszy powyższe usłyszałam chichot leżących pod grubą warstwą kurzu butów do wspinaczki, rakiety do squasha i owijek do boksu)





Bieganie jest fajne, głównie dzięki temu, że nie mam kondycji. Wygląda to tak, że wybiegam z domu, truchtam 20 minut i padam na twarz, czując się jak młody bóg, jak Rocky, jakbym weszła na Mount Everest, bo przecież takie zmęczenie nie bierze się z niczego. Bardzo ekonomiczny sport, trwa to chwilę, a gwarantuje na długie godziny wrażenie, że jestem sportowcem-wyczynowcem, że pokonałam wszelkie bariery i ograniczenia, i w ogóle nie rozumiem, dlaczego na klatce schodowej nie wita mnie "We are the champions" i Ryan Gosling z kwiatami. To jest poważne niedopatrzenie, zwłaszcza, że w niczym nigdy nie wyglądałam tak dobrze jak we wdzianku do biegania.

No ale ok, skąd ten temat na moim blogu mieszkaniowym? Otóż biegam po Woli, a to już jest aspekt z eM związany.

Wola jest - moim zdaniem - miejscem stworzonym do biegania. Moja ulubiona trasa wiedzie z eM do Wola Parku i z powrotem (łącznie 6 km) plus rundka po parku Moczydło (długość rundki uzależniona od tego, jak bardzo bliska śmierci się czuję). Jak dzień jest dobry to wyciąga się tak z 10 km truchto-marszo-czołgania, co dla mnie jest osiągnięciem z gatunku MEGA, wow, Nobel, a przynajmniej Pulitzer i potrójne złoto na Olimpiadzie.

Z częstotliwości występowania biegaczy na tej trasie wnioskuję, że Górczewska to taka Marszałkowska dla ludzi w obcisłych ubrankach i brzydkich butach.

Zanim pojawią się głosy, że bieganie wzdłuż ulicy jest głupie i że tylko parki i lasy - może jestem jakaś inna, ale osobiście wolę ulicą. Park Moczydło jest dość kręty i nigdy nie wiadomo, kiedy się człowiek właduje na matkę z wózkiem, dziecko z psem, orkiestrę z akordeonem albo żula z browarem. Poza tym są tam szczury. I krzaki. Nie podejrzewam, żeby była to przypadłość tego jednego jedynego parku - wiem aż za dobrze, że wieczorem trudno jest przemieścić się z Biblioteki Narodowej do metra, bo na Polu Mokotowskim jest tłum: biegacze, rowerzyści, psiarze, studenci i inna swołocz. Skoro nie ma więc miejsca, żeby przejść, trudno o miejsce, żeby truchtać. Dodatkowo mnóstwo tam lansiarzy, którzy lepiej biegają albo mają mniej bardzo brzydkie buty i mogłoby mi być przykro.

Nie bez znaczenia jest dla mnie sprawa bezpieczeństwa. Niby nie mam powodu sądzić, że we wszystkich parkowych krzakach siedzą zwyrodnialcy czyhający na mój wianuszek lub ekskluzywne obuwie, ale park wieczorem nie jest dla mnie miejscem zachęcającym i basta. I nie chodzi tu o tę kabacką biegaczkę, bo obawy przed parkiem miałam wcześniej. Oczywiście jestem zdania, że - kobieta czy nie - mam pełne prawo czuć się bezpiecznie, cokolwiek i gdziekolwiek robię, itd., itp., ale wolę się czuć bezpiecznie biegnąc szeroką i oświetloną Górczewską.

Górczewska, a potem Okopowa, Solidarności albo i Jana Pawła - Wola obfituje w szerokie przyjemne ulice do wieczornego truchtu. Nacisk w tym zdaniu kładę na "wieczornego". W czwartek biegałam około 8:00 rano i zamiast tabunu uśmiechniętych, machających wolskich biegaczy widziałam tylko szare twarzy zmęczonych, niewyspanych ludzi idących do pracy, czekających na przystankach, przeklinających w korkach. Zwykle, kiedy widzę innych ludzi przy okazji biegania, są to biegacze, a ich miny wyrażają zrozumienie i otuchę. Miny normalnych ludzi rano (ani jednego biegacza!) przekazały mi wiele negatywnych uczuć i emocji, na czele ze "znajdź normalną pracę, idiotko!". Dziś (sobota!) biegałam ok. 6:30 i moje wrażenia ograniczają się do: ciemno, mgła, mgła, mgła...

Rano porzucam moją ulubioną trasę na rzecz mniejszego kółka: Górczewska - Młynarska - Wolska - Prymasa Tysiąclecia. Przy sprzyjającym wietrze nie stoi się nawet za długo na światłach. Ze dwie rundki i człowiek jest rozbudzony bardziej niż po kawie i yerba mate, nawet podanymi dożylnie, jest też bogatszy o wiedzę i doświadczenia, na przykład wie na pewno, kiedy do Tesco przyjeżdża dostawa, ilu w okolicy jest złomiarzy-wózkarzy i inne takie ciekawostki.

No dobra, a teraz serio. Pan stolarz, który wczoraj przywiózł mi meble o 23:00, właśnie je montuje, a ja spanikowana cała czekam na efekt. Co chwilę mnie woła, bo szczotkę, bo szmatę, bo kawę, bo "tu pani taką listewkę zamontowałem, coby nic tam pani nie spadywało". Kuchnia rośnie, napięcie rośnie, jezusmaryja. Bieganie, bieganie, myślę-o-czymś-innym, myślę-o-czymś-innym...

Niezawodny Pinterest wie, jak zmotywować dziewczynę:



 
Przeglądając zasoby Pinterestu w poszukiwaniu fot motywacyjnych, na których nie byłoby kłamliwych komunikatów w stylu "biegam, żeby dobrze wyglądać nago" (no bo po co porządnej dziewczynie takie coś, prawda, mamo?), pomyślałam, że to trochę niesprawiedliwe, że wszystkie motywatory mają twarz Goslinga i tekst po angielsku. Polacy nie gęsi i mogliby się inspirować własnym, narodowym bohaterem zbiorowej wyobraźni.

Taka moja luźna propozycja:



Idę popatrzeć na kuchnię, a co tam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz