21 listopada 2013

Proście, a będzie Wam.. tego...

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, było sobie eM. W eM zamieszkiwała eN oraz dwie kuchenki. Jakie dwie kuchenki - zapytacie na pewno. Ano dwie kuchenki: stara i nowa. Nowa kuchenka pojawiła się razem z nowymi meblami kuchennymi i zamieszkała w jedynym słusznym dla kuchenki miejscu w eM. Druga, czyli stara kuchenka, musiała przełknąć gorycz porażki, ustąpić miejsca nowemu pokoleniu kuchenek i zamieszkać w przedpokoju. Jak to w przedpokoju - zapytacie na pewno. Ano w przedpokoju - odpowie eN, zgrzytając zębami tak, że aż echo idzie po Tatrach.

Pan stolarz zamontował mi meble, w meble wstawił sprzęt, który podłączył pan hydraulik - o tym już była mowa na blogu. Nie było za to mowy o tym, że stary sprzęt, czyli kuchenkę gazową, pan stolarz przestawił do przedpokoju i olał. Olana kuchenka stała tak i stała, a ja nie miałam pomysłu, co z nią zrobić. Przerobienie na szafkę na buty odpadało, połowę lustra zasłaniała... Wyprowadzka kuchenki na śmietnik była koniecznością, trudniej jednak było z realizacją tej konieczności.

Bardzo często mam gości, jednak bardzo rzadko zdarza się, by dwóch przedstawicieli płci męskiej przebywało u mnie jednocześnie.

(powyższe zdanie można interpretować dowolnie, ale pamiętaj mamo - nic złego nie mam tu na myśli!)

Do wyniesienia kuchenki dwóch przedstawicieli płci męskiej wydawało mi się niezbędnym minimum. W pewien sobotni poranek wpadłam na pomysł genialny - po okolicy kręci się masa złomiarzy, na pewno zechcą przygarnąć moją kuchenką i to przygarnąć ją bezpośrednio z mojego drugiego piętra. Wymontowałam więc drzwiczki z kuchenki i kuszącym krokiem wybrałam się na spacer po dzielnicy (wyszłam z założenia, że muszę mieć dowody istnienia kuchenki, żeby złomiarze nie pomyśleli, że jestem z rozbitej rodziny i do nich po prostu lgnę ze złymi intencjami). Niestety, wiele osób zwróciło na mnie uwagę, jeden pan mijający mnie samochodem zwolnił nawet wyraźnie, żeby móc się przyjrzeć kobiecie wyprowadzającej drzwiczki piekarnika na spacer, nikt jednak nie zapytał "Ej, a gdzie reszta tego skarbu?". Zdesperowana zostawiłam drzwiczki przy śmietniku (zniknęły natychmiast) i zdecydowałam się rozwiązać problem inaczej.

Znam wielu facetów (platonicznie, mamo), jednak tylko jeden wydał mi się dobrym pomysłem w tej sytuacji: Richard. Richard to stworzenie na tyle dziwne, że można go spokojnie łączyć z dowolnym towarzystwem, na każdym zrobi wrażenie tak samo mieszane. Richard ma zaletę dodatkową, mianowicie współlokatora, płci również męskiej, którego można było wciągnąć w spisek.

W pierwszym kroku porozmawiałam z Richardem. Do sprawy kuchenki podszedł sceptycznie, postękał coś o kręgosłupie. Odczekałam tydzień. Może dwa. Po tym tygodniu lub dwóch wystosowałam oficjalną prośbę zbiorową do obu panów. Uzyskałam deklarację pomocy, ale z zastrzeżeniem, że termin realizacji jest dość niepewny. Przypomniałam się po tygodniu. I po dwóch. Wciąż ciężko było ze zgraniem czasu.

Ciężko ze zgraniem czasu było nawet wtedy, kiedy zgodnie we trójkę spacerowaliśmy i jedliśmy hot-dogi ze stacji benzynowej (niech je szlag trafi wszystkie).

W końcu, po kilku tygodniach unikania tematu, nadszedł ten dzień, kiedy panowie uznali, że "w sumie to może niedziela, może 16:00", Richard zaś zaczął negocjacje obiadowe, czyli co się należy za wyniesienie. Z obłędem w oczach oderwałam się wówczas od komputera, spojrzałam na podobną do Jamesa Deana przyjaciółkę i zdecydowałam, że spróbujemy same wynieść jakoś tę kobyłę. Ponieważ moja podobna do Jamesa Deana przyjaciółka wspiera mnie zawsze, przede wszystkim zaś w przedsięwzięciach najmniej przemyślanych, nie protestowała.

Wynoszenie zajęło nam wieki. Myślałyśmy wtedy, że bolą nas ręce i plecy, jednak nie miałyśmy racji, co ręce i plecy uświadomiły nam następnego dnia. Daruję sobie opisy naszego heroizmu oraz irytacji, gdy po powrocie do domu wyjrzałyśmy przez okno i okazało się, że kuchenki już nie ma. Czyli podstępni złomiarze gdzieś się czaili...

Wydawać się może, że to koniec tej historii. A jednak nie! Dziś właśnie, niemal tydzień po zajściu, dowiedziałam się, że popełniłam karygodny błąd i że zostaję wykluczona z życia towarzyskiego do odwołania. Uświadomił mi to Richard, ja sobie to przemyślałam, wnioskami z przemyśleń mogę się podzielić, każdej kobiecie kiedyś się może przydać.

Otóż, Szanowne Panie: wynoszenie kuchenki, tak jak - zapewne - wiercenie dziur w ścianach, wbijanie gwoździ, naprawa wszystkiego w domu, to jest zajęcie męskie. Zajęciem damskim jest gotowanie, ale też pewnie pranie, prasowanie, sprzątanie.Tak jest i kropka, nie ma, że coś ktoś tu usiłuje zmieniać.

Rzeczona kuchenka mogła być pretekstem do fantastycznego, damsko-męskiego spotkania, polegającego na tym, że mężczyźni noszą kuchenkę, kobiety prezentują kunszt kulinarny i zachwyt. Mogła, ale się nie stała, bo załatwiłyśmy sprawę same i dałyśmy w ten sposób potężnie ciała. 

Na przyszłość pamiętać należy, że wynoszenie kuchenki w wersji idealnej to proces składający się z następujących etapów:

1. Kobieta prosi.
2. Mężczyzna wyraża mgliste zainteresowanie.
3. Kobieta bardzo prosi.
4. Mężczyzna obiecuje pomoc.
5. Kobieta się przypomina.
6. Mężczyzna obiecuje pomoc.
7. Kobieta prosi ponownie.
8. Mężczyzna obiecuje pomoc.
9. Kobieta wchodzi w etap błagania.
10. Mężczyzna obiecuje pomoc.
11. Kobieta obiecuje obiad w ramach wdzięczności.
12. Mężczyzna obiecuje pomoc.
13. Kobieta dokłada do obiadu zupę.
14. Mężczyzna obiecuje pomoc.
15. Kobieta do obiadu i zupy dokłada ciasto.
16. Mężczyzna obiecuje pomoc.
17. Kobieta do obiadu z zupą i ciastem dokłada masaż pleców, wachlowanie i mycie okien przez najbliższe 10 lat .
18. Mężczyzna obiecuje pomoc.
...
I nie wiem, ile punktów ma być dalej, bo kuchenka już dawno została wyniesiona na śmietnik bez pomocy ze strony mężczyzny. Co jest podobno moim karygodnym błędem, naruszeniem porządku na świecie, pluciem na wartości, niszczeniem rodziny. Prawdopodobnie naruszyłam też kontinuum czaso-przestrzenne i wszyscy niedługo zginiemy. Samodzielne wyniesienie to zło i koniec.

Jest mi tak przykro, że w ramach umartwiania zjadłam - mimo diety totalnej - pół słoika masła orzechowego. Wszystkim, którzy nie mają masła pod ręką, zostawiam na pocieszenie taki tam rysunek.



3 komentarze:

  1. Nie jedz tyle masła orzechowego. Zawiera niezdrowy tłuszcz palmowy, który jest masakrą dla tętnic i serca. Lepiej miksuj przez 10 minut orzechy w blenderze. To samo, taniej , zdrowiej, smaczniej.Wiem, wiem. Pieprzenie o zdrowej żywności...
    ps. o wynoszenie kuchenki pukasz do złych drzwi. Bez homofobicznych skojarzeń.
    Pozdrawiam [-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kupiłam takie 90%, więc o tak nie jest bardzo źle. Poza tym zaraz wyzeruję słoiczek i przez pół roku nie spojrzę na to świństwo;)

      Usuń