6 listopada 2013

W trosce o markę własną

Mój tata zasugerował, że powinnam powiadomić blogowo świat, że zmywarkę udało się uruchomić. Faktem jest, o zmywarce pisałam tylko negatywnie. "W realu" sytuacja uległa zmianie i obecnie pałam do zmywarki miłością namiętną, a blog o tym nie wie. Nie informowałam o tym bloga przede wszystkim dlatego, że moja przygoda ze zmywarką nie stawia mnie w najlepszym świetle. Przyznałam się tacie, że milczę w tej sprawie ze względów wizerunkowych. Mama zabrała wtedy głos (a moja mama zabiera głos mniej więcej tak, jak rewolwerowcy wyciągają pistolet i przeładowują) w celu powiadomienia mnie, że mojemu wizerunkowi blogowemu nic nie grozi, bo cały świat już wie, że jestem Bridget Jones.




Oczywiście się oburzyłam, bo oczywiście wolałabym być utożsamiana z Carrie Bradshaw. Skoro jednak nie mogę być chociaż trochę podobna do Carrie, muszę zrobić wszystko, żeby być naprawdę bardzo podobna do Bridget - jak już coś się robi, trzeba to robić z przytupem.

Czyli historia pewnej zmywarki.

Zmywarkę mam małą, cichą i zabudowaną, Electrolux. Jeśli kogoś interesują szczegóły techniczne, proszę o cynk, poszukam ulotki. Zmywarkę umieścił mi w kuchennej zabudowie pan stolarz, podłączył pan hydraulik, z resztą działań zostałam sama i tu się zaczyna przygoda trwająca niemal tydzień.

Dzień 1. Zaczęło się od tego, że bardzo dobrze zdałam test na bycie facetem, czyli nie przeczytałam instrukcji obsługi. Wiadomo, instrukcje czytają tylko frajerzy. Ja na instrukcję rzuciłam okiem od niechcenia, rzut ten trafił w punkt "nasypać soli". "Muszę kupić sól" - pomyślałam i w ten sposób włączanie przesunięte zostało na następny dzień, bo już na wycieczkę do sklepu było trochę za późno.

Dzień 2. Kupiłam sól. Instrukcją nadal gardziłam, z ogromną niechęcią rzuciłam okiem. Oko trafiło w "nalać nabłyszczacz". "Cholera" - pomyślałam.

Dzień 3. Uzbrojona w sól, nabłyszczacz i podobną do Jamesa Deana przyjaciółkę spojrzałam w instrukcję ponownie, niezmiennie pobieżnie. Z pobieżnego spojrzenia wynikało, że sól należy wsypać do pojemnika na sól, który otwiera się za pomocą przekręcenia pokrywy. Informacja ta utwierdziła mnie w przekonaniu, że tylko kretyni czytają instrukcje, bo to wszystko to jakiś banał przecież. Próbowałam odkręcić ja, próbowała i przyjaciółka. Próbowałyśmy ręcznie, próbowałyśmy przez szmatę. Podejrzewałyśmy, że to pokrętło to może być jakiś złożony mechanizm, może konieczne jest naciśnięcie lub ściśnięcie i kręcenie dopiero wtedy... Nic z tego.

Dzień 4. Udaję, że nie mam zmywarki.

Dzień 5.  Udawałabym dalej, że nie mam zmywarki, ale w domu pojawiła się osoba trzecia, Stysia, niezorientowana w sprawie, i naiwnie zapytała o ten sprzęt. Niechętnie wprowadziłyśmy Stysię w temat, przypisując zmywarce i jej producentowi podłość i okrucieństwo. Dramatycznie opisałyśmy proces kręcenia pokrętłem i całkowity brak skutków tegoż kręcenia. Na potwierdzenie naszej historii przeczytałam głośno fragment tej całkowicie nieprzydatnej instrukcji, który to fragment głosił: "przekręcić pokrętło W LEWO". Lubię te chwile, gdy myśli moje i mojej przyjaciółki są synergetyczne. To była jedna z tych chwil. Obie zmarszczyłyśmy czoła i z niepokojem wykonałyśmy w powietrzu gest przekręcenia pokrętła w lewo. Kierunek obrotu był nam co najmniej obcy, kręciłyśmy obie w prawo.

Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie, jak tylko udało się nasypać soli, wlać nabłyszczacz (zespół), przekręcić zawór wody (Stysia) i ustawić program (ja, oczywiście na 179 minut, bo po co szukać W INSTRUKCJI krótszego).

Podsumowując, zmywarka działa. Zmywa aż miło i ma programy krótsze niż 179 minut. Umiem je nawet znaleźć.

Na bazie tych wydarzeń można pokusić się o suchy żarcik:

- Ile doktorantek trzeba, żeby uruchomić zmywarkę?
- Wystarczą dwie, pod warunkiem, że jedna z nich przyprowadzi kogoś, kto nie jest doktorantką.



3 komentarze:

  1. hahaha oj to będzie dobry dzień - dzięki! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. OMG... OMG, nigdy nie sądziłam, że będę się tak dobrze bawić czytając o zmywarce!! :)

    OdpowiedzUsuń