17 grudnia 2013

Houston, nie mamy żadnego problemu!

- Pierwszy raz w USA? - zapytał pan borykający się z imigrantami na lotnisku w Houston, biorąc do ręki mój paszport.
- Tak - odpowiedziałam głęboko zmęczona, ale też podekscytowana i przestraszona świadomością, że jestem tuż obok szklanej ściany, za którą czeka na mnie zupełnie nowa przygoda.
- To świetnie, że wpadłaś, nic tak nie cieszy Stanów Zjednoczonych jak wizyty pięknych kobiet.

I wtedy wyrosły mi mentalne skrzydła na tle wizerunkowym i z całkowitym spokojem i radością pofrunęłam na spotkanie przeznaczenia. 

Trzy minuty później moje przeznaczenie, usłyszawszy uroczą anegdotę o przemiłym urzędniku, wycedziło przez zęby: "Wszędzie ci cholerni latynosi i ich głodne kawałki!", co jedynie potwierdziło, że na każdym kontynencie otaczają mnie ludzie złośliwi i podli, ale absolutnie nie odebrało mi przekonania, że jestem królową lotniska.

Aha, ten pan NIE BYŁ LATYNOSEM. Słowo.  


 

Czyli post o tym, jak 14-godzinną podróż przetrwać z twarzą. Da się!

(najlepszym potwierdzeniem słuszności moich wskazówek jest to, że 14-godzinną podróż przerobiłam dwukrotnie: za pierwszym razem walczyłam o twarz jak o niepodległość, za drugim miałam ją w głębokim poważaniu i po tym drugim locie nawet całkowicie obcy taksówkarz, najlepsza przyjaciółka i własny kot patrzyli na mnie z obrzydzeniem)

Do wyjazdu, jak zapewne wiecie, przygotowywałam się długo i histerycznie. W ramach przygotowań zrzuciłam kilka kilogramów, ale to naprawdę nie jest niezbędny element, to tylko moja prywatna paranoja. W niniejszym poście zawrę wskazówki uniwersalne. 

1. Sen. Mądrzy ludzie mówią, że przy podróżach przez ocean, czy innych związanych z dość radykalną zmianą czasu, należy wsiąść do samolotu, przestawić zegar na czas, który obowiązuje w miejscu lądowania i zacząć działać stosownie do tego czasu. Brzmi to prosto, a nawet logicznie, ale niech mi ktoś wyjaśni, jak można wsiąść do samolotu na przykład o 18:00, przestawić sobie zegarek, stwierdzić: "Ojej, tam jest już 1:00 w nocy!" i spokojnie zapaść w sen. Osobiście zupełnie nie dałabym rady, może mam słabo wytresowany organizm. 

Przy okazji lotu do Houston miałam to szczęście, że wylot był o 6:00 rano, na lotnisko wypada się - jak wiadomo - pofatygować wcześniej, czyli nocy przed podróżą nie miałam szans spędzić jak normalny człowiek. Szczęście miałam podwójne, bo akurat wieczorem przed wylotem dostałam bardzo pilne zlecenie zawodowe, więc co najmniej opłacało mi się nie spać. Tak, nie spałam zupełnie. Nie brzmi to może mądrze, ale dzięki temu wsiadłam do samolotu, wcale nie przestawiłam zegarka, tylko poszłam spać. Według lokalnego czasu w Houston poszłam spać bardzo rozsądnie, koło północy. Może nie była to najbardziej udana noc w moim życiu, bo pierwszy etap to był tylko niespełna 3-godzinny lot do Amsterdamu, po którym nastąpiła pobudka i przesiadka, a potem bardziej drzemki niż sen, ale słowo honoru - nie miałam problemów ze zmianą czasu. Do Houston dotarłam prawie o 14:00 czasu ichniego i cały boży dzień spędziłam bardzo aktywnie, spać poszłam koło północy i to było naprawdę pójście spać, a nie utrata przytomności z przemęczenia. 

Czyli:

Rada nr 1: zorganizuj sobie sen z sensem. Nawet jeśli sens będzie pozornie dość daleki od bycia sensem.

(z tego miejsca chciałabym pozdrowić moją najlepszą przyjaciółkę, która spędzała w eM moją ostatnią noc w Polsce, towarzyszyła mi w mękach twórczych związanych z pracą zawodową, zrozumiała, że w związku z tym, że moje męki twórcze skoncentrowane są na branży gastronomicznej, o północy po prostu MUSZĘ iść na stację Statoil po hot-doga, a nawet poszła ze mną, na pewno dla mojego bezpieczeństwa, nie zaś dla hot-doga:))

2. Wdzianko. Istnieje jakieś zbiorowe, bardzo mylne przekonanie, powszechnie promowane w różnych publikacjach z cyklu "Jak przygotować się do lotu?", że najlepszym ubraniem na tę okazję są dresy. I na pewno coś w tym jest, w końcu to najwygodniejsze ubranie na świecie. Zanim jednak człowiek ten dres przywdzieje, moim zdaniem, powinien sobie zadać jedno bardzo ważne pytanie: czy dres to na pewno jest to ubranko, które od dziesięciu lat zakładam tylko wtedy, kiedy idę do piwnicy? Oj, chyba nie.



Oczywiście, trudno oczekiwać, żeby każdy na lotnisku wyglądał jak Alessandra Ambrosio, ale może warto się zastanowić, czy buty do biegania albo klapki podprysznicowe plus dresy kupione za komuny na Stadionie Dziesięciolecia to na pewno jest outfit stosowny na podróż. Bywają dresy naprawdę fantastyczne, stylowe, seksowne - takie właśnie powinno się nosić na lotnisku, w domu, pracy, kościele. Przepaść między dresami a stylowymi dresami jest ogromna i z reguły lekceważona.

Osobiście posiadam mocno znoszone dresy do sprzątania, a nie stylowe dresy glamour, dlatego postawiłam na dresową sukienkę.


Rajstopy nie są niewygodne, ale rozumiem, że można nie lubić. W drodze powrotnej byłam w jeansach i głową ręczę, że nic mi się nie stało. (Zdjęcie z datą świadomie, planowałam tego posta, a co).

Rada nr 2: Oczywiście - wygoda przede wszystkim, ale czasem warto się zastanowić, czy musimy na lotnisku wyglądać jak uchodźcy. Jeśli kogoś wizja siedzenia w jeansach przez 10 godzin przeraża, może założyć nawet kilt, proszę bardzo. Sugeruję jednak zabranie, bez względu na strój, dodatkowych skarpetek, bo pizga po nogach, jeśli się zdejmie buty, a najwygodniej jest jednak je zdjąć. Temperatura w samolocie lubi się zmieniać, a koc, który dostaje się gratis, daleki jest od owczej wełny, więc dobrze jest mieć pod ręką coś ciepłego. Leciałam w listopadzie, więc z oczywistych względów miałam kurtkę zimową i szalik, w lecie jednak mogłabym się znaleźć w kiepskim położeniu bez dodatkowej odzieży. Coś na szyję koniecznie!

3. Kosmetyki. Przed wylotem dostałam od Pink Dodo listę kosmetyków, które pomagają przetrwać lot. Lista była długa i kompleksowa (love!), ja jednak jestem minimalistką i z listy po prostu wyciągnęłam wnioski. Pink Dodo radziła mi inwestycję w wodę termalną, płatki pod oczy i inne bajery, wszystkie służące nawilżeniu, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Plan oczyszczania twarzy, wklepywania kremu nawilżającego, pryskania wodą, stosowania płatków jest oczywiście bardzo dobry, ale ja jestem mało gramotna w te klocki, dodatkowo łajzowata, posiadam też grzywkę - reasumując, obawiałam się, że zagęszczenie działań pielęgnacyjnych skończy się tym, że z samolotu wyjdę z twarzą anioła, ale całkowitym brakiem fryzury i w ubraniu ubabranym kremami.

Wyciąganie wniosków i wcielanie ich w życie skończyło się tym, iż:

- na lotnisko pojechałam z kremem BB na twarzy jeno
- wsiadłszy do samolotu krem usunęłam, wklepałam nawilżający w twarz i stosowny nawilżający pod oczy oraz w powieki
- zaprzestałam myślenia o twarzy aż do przesiadki do kolejnego samolotu, w którym oczyszczanie i aplikację kremów (oba lekkie nawilżające) powtórzyłam
- na godzinę przed lądowaniem poszłam do łazienki, usunęłam kremy, umyłam zęby, zrobiłam standardowy, lekki makijaż. Łącznie zajęło mi to prawie pół godziny, przez co wywołałam niemal epidemię cholery na pokładzie, bo wszyscy gwałtownie potrzebowali toalety. No bez przesady, było ich kilka, wystarczyło się przejść. Trzeba też wiedzieć, co jest priorytetem.

Rada nr 3: przed lotem wypada zainwestować w kosmetyki nawilżające, jakie kto lubi. Pamiętać należy też o środkach usuwających makijaż, przydają się bardzo wilgotne chusteczki, którymi można się też odświeżyć ogólnie. Mycie zębów to super sprawa, nagle człowiek ma 10 lat mniej. W drodze powrotnej nie myłam, bo nie miałam pasty w opcji podróżnej, ból istnienia czułam ja i wszyscy, w których stronę oddychałam. Inwestując w kosmetyki pamiętać należy o pojemnościach, które obowiązują w samolocie (100 ml). Planując tuning twarzy przed lądowaniem, pamiętać należy, że ostatnie plus minus pół godziny to już schodzenie do lądowania, okres zapiętych pasów i nikt nam się szlajać po łazienkach nie pozwoli. Wychodząc z WC po 30 minutach okupacji, pamiętać należy o unikaniu kontaktu wzrokowego ze współpasażerami.

4. Napoje. Napoje na pokładzie to sprawa ryzykowna, bowiem przynajmniej KLM, a wiem, że nie tylko, wciska alkohol podróżnym. Alkohol bardzo dobrze robi na urodę, ale wtedy, kiedy pije go osoba oglądająca, a nie oglądana. Osoba oglądana, o ile nie chce mieć worków pod oczami oraz kamieni zamiast stóp i innych objawów zatrzymanej wody, powinna napojom alkoholowym powiedzieć stanowcze NIE. Ja stanowcze NIE powiedziałam w obie strony, w jedną ze względów wizerunkowych, w drugą poniekąd też - bałam się, że moja najlepsza przyjaciółka będzie zmuszona moje wyjące "Przeżyyyyyj to saaaaam!" zwłoki ściągać z lotniska.

Rada nr 4: Woda to Twój najlepszy przyjaciel. Jak proponują napoje - bierz wodę, jak proponują wodę - bierz podwójną wodę, nie bój się między jedną a drugą propozycją iść po dodatkową wodę. Wypiłam chyba z 10 litrów w czasie lotu w jedną stronę, zauważyć należy, że miałam miejsce przy przejściu, to dość ważne przy intensywnym przyjmowaniu płynów. Co do jedzenia nie mam poglądów, oprócz jednego: KLM karmi dobrze! Chociaż dla ortodoksów solone migdały byłyby czystym złem w kontekście tej cholernej utraty tudzież gromadzenia wody. Przydatne bardzo: guma do żucia!

5. Zagrożenia w podróży. Czyli zło, które zagrozić może potencjalnej miss lotniska.

- Dzieci na pokładzie. Z całym szacunkiem, dla wszystkich podróżujących rodziców: jak bardzo nie musicie, to lepiej powstrzymajcie się przed 14-godzinną podróżą z niemowlęciem. Serio, nawet dla Was słuchanie płaczu przez kilka godzin bez przerwy będzie wykańczające. Taka wyprawa to męka dla dorosłego, a co dopiero dla dziecka. Lub dzieci. Opcja "dzieci" jest najgorsza, płaczą na zmiany, chórem, w kanonie... Od startu do lądowania plus pół godziny przed i po. Przeżyłam to raz, na szczęście dla dzieci i rodziców - w drodze powrotnej. Na szczęście stewardesy rozdają leki przeciwbólowe, jak się poprosi.

- Siedzenie w kiepskim miejscu. Czyli nie przy przejściu. Przy potrójnych siedzeniach i planie spożywania dużej ilości płynów, siedzenie przy oknie zagwarantuje nie tylko widoki, ale też nerwice na tle pęcherza lub konflikt z sąsiadami. Najlepiej od razu błagać o zmianę. Szantaż emocjonalny to jest niekiedy bardzo dobre rozwiązanie.

- Dziwne towarzystwo na pokładzie. To akurat z drogi powrotnej: siedział obok mnie pan, który przez całą drogę odmawiał przyjmowania pokarmów. Gardził też napojami. Przez prawie 9 godzin. Niby jego sprawa, ale ja miałam trochę obawy, że on źle znosi podróż i samo wąchanie mojego obiadu wywoła u niego jakieś co najmniej negatywne reakcje. Nic się ostatecznie nie stało, ale gdyby to była droga do USA, miałabym pewnie niezłą paranoję, że zaraz ktoś na mnie zwymiotuje.

No to tego, post poniekąd szafiarski z tego wyszedł. A myślałam, że nigdy się to nie stanie. Może powinnam się przestać zarzekać, że nigdy nie będę miała bloga parentingowego? Mam nadzieję, że komuś coś się z tego przyda.





2 komentarze:

  1. jak zawsze cudownie się czyta, szczególnie o poranku :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Popłakałam się w kilku miejscach ze śmiechu.:)) Wyprawa udana jak czytam.:)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń