26 grudnia 2014

Baczność!

Życie do złudzenia przypomina czasem wojnę. Bitwy, zasadzki, czołgi na ulicach, snajper na dachu, podsłuchy, sabotaże, a jeśli sojusz, pomoc i wsparcie, to tylko w postaci wysokokalorycznych zrzutów żywnościowych. Czyli tak: czas na koniec roku, czyli początek roku, czyli podsumowania i plany, a to wszystko wymazane czekoladą, bo przecież tak już kalendarz nieszczęśliwie jest ułożony, że ocena przeszłości i zamierzenia na przyszłość układane i spisywane są w rozleniwiającym i odmóżdżającym okresie świątecznym. Baczność więc, choć komputer sturliwuje się z brzusznej fałdy, baczność, mimo iż likier kawowy skleja powieki (i ręce, i obrus świąteczny), baczność, bo zmiana warty następuje, bo rozliczamy stary rok i wydajemy polecenia nowemu. Wydawanie poleceń jest absolutnie konieczne, bo przecież wiadomo, że polecenie wydane to polecenie wykonane, a stawką w tej wojnie jest moje osobiste tzw. szczęście.

29 listopada 2014

Zawsze banał

Rezerwując stolik zaznaczył, że zależy mu na miejscu ustronnym. Nie wiedział wtedy i nigdy się pewnie nie dowie, jak bardzo czytelny był to sygnał dla obsługi lokalu. Założył koszulę, ale żeby z elegancją nie przesadzać, postawił na rustykalną kratę. Nie wiedział wtedy, że ona też zdecyduje się na kratę i krata ta, chociaż stylem odmienna i w innej kolorystyce utrzymana, wstrząśnie obojgiem jako wróżba ewidentna i tak bardzo optymistyczna. Wziął samochód, bo przecież przywieźć i odwieźć, a przynajmniej odwieźć, wypada. Nie wiedział wtedy, że jej zupełnie empatia nie powstrzyma przed topieniem tremy w grzanym piwie pierwszym i drugim, i trzecim nawet. Na zakończenie hojnie i demonstracyjnie zasilił napiwkowy słoik, żeby pokazać, że sknerą nie jest, a i zachować się potrafi. Nie wiedział wtedy i nigdy się pewnie nie dowie się, jak zasłużony był ten tip. Skąd miałby bowiem wiedzieć, że gdy tylko przekroczyli próg, wytatuowany mięśniak stojący za barem mruknął do stanowczo mniej umięśnionej i zdecydowanie mniej wytatuowanej koleżanki: "Ty ich bierzesz". Wiadomo - trzeba będzie miło i delikatnie. Wiadomo - pierwsza randka. To zawsze widać.

25 listopada 2014

Modelka z sopelka

Komórki tłuszczowe są wrażliwsze na zimno niż otaczające je tkanki, dzięki czemu można je wyeliminować za pomocą przemyślanego ataku mrozem. Nazywa się to krioliza. Piszą tak w internetach, ale potwierdzają to też moje fałdy. Moje wrażliwe fałdy nie życzą sobie kontaktu z zimnem, zapewne w obawie przed rzeczonym wyeliminowaniem. Od kilku dni moje wrażliwe fałdy nalegają na przebywanie w domu. To się chyba listopad nazywa, to się chyba wiąże ze zbliżającym się grudniem, a to trzeba jakoś przetrwać, proszę państwa!

7 listopada 2014

Pięćdziesiątka

Sukienka zbyt ciasna opina ciało zbyt długo niedotykane. Przyznać trzeba - ciało w świetnym stanie. Takie efekty w takim wieku musiały być okupione potem i wyrzeczeniami. Godziny na siłowni, na bieżni, na trakcie, w skłonie, w przysiadzie, w zwisie. Na głodzie lub na sałacie. Czego się nie robi, żeby mieć branie, rwanie, rżnięcie. Nie oszukujmy się. To nie tulaski i wypady do kina są stawką w tej grze.


27 października 2014

Głaski i tulaski

Każdy człowiek, który jest kobietą, wie, że nie można mówić "wyglądasz dobrze jak na swoje lata". "Jak na swoje lata" to fraza, która pewnego dnia zostanie zabroniona jak palenie papierosów na przystankach autobusowych, z tą różnicą, że przewidziane za to przewinienie kary będą silnie powiązane ze średniowieczem. Wyrwaniem języka powinno skutkować "Nie zauważyłem." jako odpowiedź na "Przytyłam.", nabiciem na pal zaś stosowanie określenia "przystojna" w stosunku do kobiety. Wie o tym każdy człowiek, który jest kobietą, choć coraz częściej wiedzą też o tym wypielęgnowani mężczyźni z silnie rozwiniętym pierwiastkiem kobiecym i duszą artysty, wbrew pozorom, wcale nie waginosceptyczni. Zdarza się, zdarza, choć rzadko. Z reguły w kinie lub w małżeństwach koleżanek tak odległych towarzysko, że aż trudno jest zweryfikować prawdziwość takich historii.

5 października 2014

To mały krok dla ludzkości...

- Pani myślała, że ja się przez taką grubą ścianę tak po prostu przewiercę?
- Pan myśli, że ja wiedziałam, że do tego internetu potrzebne jest wiercenie?

Czyli przyszedł pan instalator, przedstawiciel pewnej sieci kablówkowej. Z kablem przyszedł. Cel przyjścia i kabla był jasny - w eM miał się pojawić prawdziwy internet. I pojawił się, mimo złorzeczeń pana i jego wyraźnej niechęci do nadużywania wiertarki. Wszyscy moi drodzy Czytelnicy, którzy znacie mnie osobiście, na pewno już tysiąc razy zdążyliście obśmiać cywilizacyjne braki eM. Wszyscy moi drodzy Czytelnicy, którzy mnie nie znacie, macie prawo wiedzieć: tak, w ciągu tych dwóch lat przemieszkanych w eM nie zdążyłam zainwestować w prawdziwy internet, w łącze stałe i niezawodne. Od razu wyjaśnię: nie, nie okradałam sąsiadów. Jedynie siebie okradałam z godności i korzystałam z podłej jakości internetu mobilnego. Takie rzeczy w samym środku sporego kraju znajdującego się w samym środku Europy dziać się po prostu nie powinny. I już się nie dzieją.


28 września 2014

Dominator

Zobaczyłam go i wiedziałam, że chcę, choć głód, choć bieda, choć bezrobocie, choć tak bardzo nie powinnam. Miałam świadomość, że konieczne będą pewne zmiany i przeróbki, gotowa byłam jednak podjąć ten wysiłek, by go sobie ułożyć, wychować, wpasować w istniejący układ. Widziałam w nim potencjał. Dobra partia, po prostu. Pierwszy wspólny poranek pozbawił mnie złudzeń. Siedział tuż przy łóżku, wielki taki, ogorzały, posępny. Spojrzał na mnie lodowato, strzepnął popiół z papierosa prosto w moją pościel z Ikei i uświadomił mi, że zmienił się układ sił w eM. Że to nie ja go wybrałam, tylko on mnie. Że to nie on ma się zmienić i wpasować, tylko reszta ma się dostosować do niego. Do pana sekretarzyka.

19 sierpnia 2014

Keja



Na Chłodnej trochę staram się zwolnić. Trochę, czyli tyle, żeby jeszcze wyglądać na rasową biegaczkę, pęcinę wyeksponować w kroku sprężystym. Trochę, czyli tyle, żeby oddech opuścił rejony zarezerwowane dla astmatycznych norweskich narciarek. Włosy z czoła odgarnęłabym, ale raczej je odklejam, obciślaka na kadłubie obciągam. Dobiegam do "Zagadki”, a tu trzeba wyglądać, bo nigdy nie wiadomo, ile się tu znajomych mord czai. Truchtam wzdłuż zagadkowych okien z gracją, z ukosa rzucam spojrzenie na wyzierającą z wnętrza gablotę z ciastami. Wrócę, myślę. W kolejnym, szczupłym życiu, chciałoby się dodać, ale fakty temu przeczą. Wrócę wkrótce, bo życie towarzyskie tego wymaga. Albo jeszcze bardziej wkrótce, żeby się artystycznie wyżyć na zajęciach z rysunku. Bo do "Zagadki” wracam wciąż, choćby tekstem.

Tak rozpoczęłam wpis na temat "Zagadki" 30 maja roku pańskiego obecnego. "Zagadka" to miejsce z kawą, jedzeniem, piwem i atmosferą przede wszystkim, udane pod każdym względem, a że mieści się na Woli, wpisywało się doskonale w moją misję promowania zalet dzielnicy. Tekstu nie dokończyłam - może zabrakło natchnienia, może coś mnie rozproszyło, może musiałam na gwałt napisać coś innego, a może po prostu wiedziałam, że 30 maja to jeszcze nie jest dzień, kiedy powinnam pisać o Zaga. Może czułam, że nasza przygoda dopiero się zaczyna.

28 lipca 2014

Manifest antyfreelancera

Freelancer to ma klawe życie! Pyk, pyk, zleconko, pyk, pyk, kawusia w lansiarskiej kawiarni. Kawusia pod zleconko, kawusia pod ploty z koleżanką, bo przecież ważny jest work-life balance. Freelancer nie ma nad sobą szefa, ma za to kelnerkę (zaprzyjaźnioną, zawsze zaprzyjaźnioną), która podsuwa tarty i krłazanty. Godziny pracy freelancer wyznacza sobie sam, oczywiście w granicach dyskretnie nakreślonych godzinami funkcjonowania tej cholernej kawiarni, bo freelancer bez kawiarni zupełnie nie działa. Poważnie się zastanawiam, jak funkcjonują freelancerzy w rejonach Polski oznaczonych literami innymi niż "A", bo im dalej w geograficznym alfabecie tym chyba trudniej o dobre latte, czyli zupełnie nie da się pozbierać myśli, nie da się być kreatywnym, innowacyjnym i niezależnym. Czy na prowincji można być w ogóle freelancerem czy od razu trzeba być pisarzem?

22 lipca 2014

Jakie życie taki szczaw, czyli smutek jest seksi

Dwa posty temu pisałam o tym, że praca zdradziła mnie o świcie i ufundowała bezrobocie na wakacje. Skojarzenie bezrobocia i wakacji mogło mieć tylko jedną wypadkową - szczaw i mirabelki, którymi obficie tekst umaiłam. Post temu dla odmiany pisałam o starości, coraz mocniej zaciskającej palce na mojej coraz mniej jędrnej szyi. Zaskakująco - nawet dla mnie - post jeden z drugim spotkały się w sferze pozablogowej, czyli tak zwanym życiu.


16 lipca 2014

Frida

15 lipca 2014 roku około godziny 23:00 zdałam sobie sprawę z tego, że to już. Już za chwilę, ze moment, za godzinę przekroczę próg, za którym czeka bardzo smutny świat. W świecie tym - to więcej niż pewne! - mój zgon zostanie (w najlepszym razie) wspomniany w biuletynie wspólnoty mieszkaniowej jako: "znaleziono zwłoki KOBIETY". Kiedy policja (straż pożarna?) wyważy drzwi, przez ściśniętą na półpiętrze bandę sąsiadów przejdzie szmer: "to od tej BABY z drugiego tak śmierdziało!". Własna matka moja nad trumną moją osobistą nie nazwie mnie już "dziewczyną".


11 lipca 2014

Z widokiem

- Trzeba zawiadomić ludzi na urlopach - zauważył ktoś przytomnie. Tylko jak przekazać współpracownikom, którzy właśnie wylądowali w Egipcie lub na izbie przyjęć z mazurskim kleszczem w pachwinie, że nie mają po co wracać, bo firma nas właśnie stanowczo - choć czule - zbiorowo pożegnała?

- Napiszmy: "Las niebezpiecznie zbliżył się do okien" - padła propozycja i natychmiast została uznana za najlepszą. Paradoksalnie, mimo że nie na urlopie, a na pierwszej linii w biurze, byłam najlepszym odbiorcą tego komunikatu. Zieleń za oknem to znak rozpoznawczy mojego eM, znak, który będę teraz miała przed oczami wciąż i wciąż, od rana do nocy, dopóki znowu mi się pory dnia nie przestawią. Tak, eN wraca do eM, by tu nie tylko spać, ale też pracować, wpadać w regularne depresje i kompulsywnie myć okna. I patrzeć na las za nimi.



6 lipca 2014

Obrazki z mojej głowy - Opener 2014

Opener był, byłam tam i ja. Wróciłam z lżejszym portfelem, delikatną nadwagą, Warpaint w głowie i śladowym domniemaniem opalenizny. Zdjęcia w telefonie przywiozłam może cztery, w tym dwa szpiegowskie - przedstawiają bardzo niewyraźnie jakąś obcą panią w fantastycznej sukience. Zdjęcia poczynione oczywiście z racji sukienki, bo nosiłabym.

Brak rozsądnej dokumentacji fotograficznej stanowczo komplikuje sytuację, bowiem nie jest łatwo spłodzić posta o charakterze turystycznym zupełnie bez obrazków, a ja osobiście płodzić zamierzam i płodzę niniejszym. Oprę się na fotografiach z mojej głowy, czyli jest plus w tym minusie - nie ma szans, że mi znowu coś zdjęcia zje. 

21 czerwca 2014

Laba

Czwartek, dzień święty i świąteczny, godzina zwykle późna, dziś poranna. Pukanie.

- Kto to może być, w taki dzień, o tej porze? - pytam sama siebie jakbym grała w "Klanie".

- Cześć młoda, cholernie wysoko mieszkasz! - zażywna 60tka z parteru informuje mnie, że przeszłyśmy na mocno poufałe "ty", a przynajmniej ona przeszła.

- Przyniosłam ci uchwały wspólnoty do podpisu, bo jak zwykle nie było cię na zebraniu, znowu praca cię zatrzymała. Co tam, jak nowi sąsiedzi?

- Mam nowych sąsiadów?

- No tak, jasne. Nawet nie wiesz. Skąd masz wiedzieć, przecież ciągle cię nie ma. Rano wychodzisz, wracasz w nocy. Ze spraw kamienicy, które masz szansę zauważyć: jak biegając rano, zobaczysz rozpierduchę na Płockiej, wiedz, że zaczęła się wymiana rur. Piękny kredens, piękny. Mam świetny stolik, też z międzywojnia, za cztery stówy będzie twój, wiem, że lubisz takie rzeczy.

W każdym jednym zdaniu taki nacisk na "wiem", wypowiedziane lub ukryte w podtekście, że zostają ślady jak odbicia podeszwy w rozgrzanym asfalcie. W każdym "wiem" delikatna groźba, że ten mały odprysk mojego życia, dobrze pani znany, to tylko takie demo, zajawka, a jej zasoby wiedzy są znacznie poważniejsze i gotowe do użycia. Trochę śmiesznie, trochę strasznie, ciekawe, czy ma na mnie jakieś taśmy.


13 czerwca 2014

Król Słońce

"Postaramy się pani domu nie zbombardować" - żartuje pan stolarz, ja boki więc zrywam uprzejmie, boki dla uspokojenia budyniem czekoladowym pasione, boki w dres szary dziurawy przyobleczone. Jest piątek, trzynasty dzień miesiąca czerwca, była lub jest pełnia, co podobno trzynastego w piątek zdarza się raz na bardzo rzadko. Po eM rozbija się pan stolarz, szafę w sypialni montuje, co się zdarza rzadziej niż ta pełnia w dzień pechowy. Stolarzowi towarzyszy w pracy narzeczona i to już pełnię pod względem wyjątkowości na głowę bije.

28 maja 2014

Cacyki

Moja praca wymaga ode mnie pisarskiej metamorfozy. Merytorycznie - nowe słowo klucz. Krótko i zwięźle, fakty, dane, nazwiska. Szyk zdania jest od tego, żeby się go trzymać, wielokrotne złożenia to w origami, proszę pani, nie w pijarach. Wiem, że praca ma rację. Praca o tym nie wie, ale kwiat nauki polskiej, czyli mój promotor, jest tego samego zdania. Co więcej, prostego i jasnego komunikowania oczekuje ode mnie też czasem otoczenie. Zostałam przegłosowana. Poniżej, proszę państwa, post merytoryczny. Komunikat poradnikowy, bezprzymiotnikowy, w punktach może nawet. Proszę mi wierzyć, równolegle powstaje stosowny arkusz kalkulacyjny. Temat publikacji: "Mała Grecja - zrób to sam". Z Adamem Słodowym łączę się online.


10 maja 2014

Zbuk

Wiele złych myśli pojawiło się w głowie mojej kilka dni temu. Część z nich ruszyła w świat za pośrednictwem ust, inne skorzystały z pomocy palców, wstukujących gniewnie brzydkie słowa w klawiaturę, kilka zostało w głowie i zatruwało mi jestestwo, jak gangrena zżerało mi ducha. Ducha, który już dawno nie jest duchem walki. Na spotkanie moich złorzeczeń ruszyły złorzeczenia zaprzyjaźnione, współczucia pełne. Znowu, znowu to samo. Zniknęły zdjęcia z blogu. Całkiem, a nawet bardziej niż całkiem, bo zamiast neutralnej pustki pojawiły się zakazy wjazdu, sugerujące wiele złego. Kradzież na przykład jakąś. Że niby ja czyjąś własność intelektualną albo inny wizerunek zawłaszczyłam. Na szwank naraziłam. Z paragrafami igrałam, z litery prawa kpiłam. Czy coś. A przecież ja nic, nic złego. A przynajmniej tak myślałam. Błędnie.


3 maja 2014

Utwór instrumentalny

Podobno fantazje erotyczne kobiet najczęściej dotyczą poniżenia, przemocy i uprzedmiotowienia. Ta wyczytana gdzieś niedawno informacja przypomniała mi się właśnie teraz, ponieważ niniejszym piszę pierwszy w życiu post z kategorii "portfolio". Klient zlecił, klient zapłacił, ja wykonałam. Pierwszy raz dałam czemuś drugie życie służbowo, byłam najemnym rzemieślnikiem, opłaconym czynnikiem ludzkim służącym do obsługi zszywacza tapicerskiego, papieru ściernego i oprzyrządowania malarskiego. Praca wiązała się z frajdą ogromną, jej efekty cieszą mnie bardzo i napawają dumą bezbrzeżną, jednocześnie jednak czuję pustkę, ponieważ za realizacją umowy nie idzie żadna anegdota, zero historii, jedynie smutna świadomość, że nie wolno się przywiązywać. Praca to praca, emocje zostawiłam w domu, moje świeżo powite dziecię oddałam w ręce obce, wierzę, że dobre.

2 maja 2014

Na tropie alkodomku, part 1

- Nie zostaniecie?
- Trochę tu za cicho...
- Cicho, więc można się zczilować. I zjarać się też można.
- Jakoś zupełnie nie mamy się czym zjarać, więc...
- Kochana, wszystko da się załatwić. 

Wyszłyśmy, ale wrócimy. Prokliencka postawa obsługi urzekła nas na tyle, że bierzemy pod uwagę możliwość puszczenia w niepamięć pierwszego spotkania z tym miejscem: dziwny człowiek wystukiwał coś na bębenku, a gromada widzów (słuchaczy?) ukłoniła nam się jogińsko, kiedy zajrzałyśmy do sali. Z dość oczywistych względów nazwę miejsca najbezpieczniej będzie przemilczeć.


26 kwietnia 2014

Żulietty

Ze wstydem przyznaję, że nie pamiętam naszego pierwszego razu. Skąd się to wszystko w ogóle wzięło, kto zrobił inicjujący krok, czyj gest był tym, który sprowokował lawinę? W mojej niewdzięcznej pamięci zostało tylko trwanie. My - to takie oczywiste, bezdyskusyjne, w realizacji bezwzględnie skuteczne, najlepsze. Bez wstępnych umizgów, bez starań i podchodów, zadziało się jakoś i działo się dobrze. Była w tym pewna naturalność, spontaniczność, jednocześnie jednak sporo z atmosfery święta. My w środę przed południem i w niedzielny wieczór, my w dzień zwykły i ten pachnący ciepłym woskiem urodzinowych świeczek. Wykpiło nas wielu, liczni gromili, dla nas jednak układ ten zdawał się nie mieć wad. Do czasu.


18 kwietnia 2014

Przybieżeli

I ruszyli! Do rodzinnych miast i wsi, na łono, do ognisk, w miejsca, do których pasują wieloliterowe rejestracje ich samochodów. Albo zostali. Okupują sklepy, klną w żywe kamienie, że jedyne wolne miejsce na parkingu znajduje się tak daleko od wejścia. Wybrzydzają na warzywach, ale nie wybrzydzają na mięsie, bo przecież zaraz trzeba zasolić, nie ma czasu na grymasy. Kolejkują zawzięcie, kolejkują uparcie.

Ruszyłam głową i postawiłam na okupację. Wybrałam sobie przedświąteczny piątek na odwiedzenie mojego miejsca kultu. Wybrałam dobrze, pustki totalne pozwoliły mi na spokojną, leniwą adorację. Tylko ona i ja, ja i ona. IKEA.


13 kwietnia 2014

Ja liryczne kontra waga łazienkowa

Pierwsza połowa niedzieli za nami, zaczynamy zbiorowe rzucanie zaniepokojonych spojrzeń w stronę poniedziałku.

W eM pranie dosycha, przez okno można obejrzeć okolicę, nikt się już nie potknie o kłęby kurzu na podłodze, kot został tak wygłaskany, że wyraźnie miał ochotę na papierosa, na Allegro jest pewna meblowa licytacja, którą ewidentnie wygrywam, dzięki mądrym decyzjom wstukanym w komputer palcami, na których świeci jak miliony monet zupełnie nowy lakier do paznokci

Piszę o tym, ponieważ po ostatnim poście sporo było pytań i/lub wyrazów troski na tle mojego cichego konfliktu z kotem. Spokojnie - znowu sztama. Zgodnie z planem zadbałam o eM, o siebie i o relacje.

A dzisiejszy wpis, tradycyjnie już - niedzielny, będzie o czymś zupełnie innym.


5 kwietnia 2014

Tęskno mi za Tobą, moje drogie eM

Mój kot zaczął na mnie patrzeć spod byka. Czoło jego zmarszczone, oko zimnem stalowym błyska. Lodowate oko wpatrzone badawczo w oko moje śladów skruchy szuka. Ogon kota mojego gniewnie w niebo wycelowany, kreśli granicę między nami, barykadę buduje. Po jednej stronie barykady jest on, w karzącej mnie liczbie pojedynczej występujący, po drugiej zaś ja - ja w liczbę mnogą pogardliwie ubrana, podmiot zbiorowy z moją pracą stanowiąca. Pomruk gniewny kota mojego zawiera szorstkie słowo rynsztokiem pachnące oraz wyraz, którego znaczenie powoli się w mojej głowie zaciera: "prywatność". Gubimy ją, kocie, co racja to racja. Coraz mniej nas, coraz więcej pracy. Pracy w pracy, pracy poza pracą. Najgorsze, że pracy przyjemnej. Ekscytującej. Pracy, z której się wraca na rzęsach, ale z uśmiechem, z jasnym obliczem się do niej znów idzie. Pracy, o której się mówi z wypiekami na twarzy. To chyba kota wkurza najbardziej, parą mu okulary zakrywa, bo lepiej by było jednak, gdybym żal czuła, współczucia żądała, litość wzbudzała. Nic z tego, kocie.

30 marca 2014

53 godziny

Ostatnia niedziela marca powoli przechodzi z czasu teraźniejszego w przeszły. Zostały mniej niż dwie godziny, czyli właśnie tyle, ile potrzeba, żeby coś napisać. Napisać powinnam testament, bowiem doszłam do wniosku, że przeżyłam weekend, po którym ze spokojem mogę umrzeć. Spokój w tym wypadku oznacza głębokie przekonanie, że nic mi już więcej nie potrzeba.


23 marca 2014

Wiosna Kołem się toczy

Była godzina 2:30 w nocy, McDonald przy Kinie Femina. Było nas dwie, w każdej z nas inna krew, ale jedna potrzeba. Cheeseburger.

- Dwa czizy proszę - rzuciłam w otchłań okienka zbiorowe wołanie. Pani wbiła w maszynę ten apel gorący, po czym spojrzała na moją podobną do Jamesa Deana przyjaciółkę i zapytała:
- A dla pani?

Są takie chwile, gdy całe życie staje przed oczami. Podobno. Podobno dzieje się tak w okolicach zagrożenia śmiertelnego, na mnie spadło przy makowym okienku. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że mam prawie 30 lat, że jest sobota, że pod kurtką mam piżamę, bo jestem pod tym makiem nie z okazji poimprezowej gastrofazy, a z powodu starczej bezsenności i małego głoda. I że ktoś mnie właśnie oszacował na dwa czizy. Jedną małą mnie. Damulkę taką, panieneczkę, królewnę. Na dwa czizy, bez mrugnięcia okiem.

Droga do domu krótka nie była, cziz - CHOĆ JEDEN - suszę w organizmie wywołał, konieczna była wizyta w całodobowym. Dobić się do monopolowego było trudno, gdy się w końcu pan objawił w okienku - dla odmiany - żulerskim, poprosiłam o colę w puszce, pan zaś z wyraźną kpiną powiedział: "Na przyszłość - tu jest dzwonek". Mniejsza z tym, że dzwonka - jak bum cyk cyk - użyłyśmy. Ważne, że w przyszłość facet bez wahania wjechał, za oczywiste uznał kolejne żałosne dobijanie po colę o 3 w nocy z soboty na niedzielę. Bez makijażu, bez fryzury, z piżamką pod ubraniem, po czizie, nie po imprezie.

-Nic z tego! - krzyknęło coś w duszy mojej. Tak być nie może, tak się nie stanie. Zmian, zmian mi trzeba, aktywności, naprzód kroku, byle dalej, byle dalej od marazmu, i czizów, i coli. Wiosna to stan umysłu, ja wiosnę chcę mieć i mieć ją będę!

(W ramach kary za to tę nocną przygodę czizową publikuję niniejszym jej fotograficzny zapis, żywcem wyjęty z "Kręgu" - gdyby tylko nakręcili go Niemcy)


18 marca 2014

Traktat o uprawianiu wiosny

Bardziej ze mnie blagier niż bloger, stwierdzam. Miała być wiosna, szał ciał i mebli, miały być zmiany i feeria barw. Miała być ta wiosna cholerna, życiem tętniąca, oczy kłująca kolorem, sycąca zmysły, rozum odbierająca, wrażeń eksplozja.

No cóż, nie wyszło. Nawet ta oto tu platforma blogowa, czy jakkolwiek się nazywa to ustrojstwo, doszło do wniosku, że kolory są przereklamowane i zwinęło mi zdjęcia. Wszystkie zdjęcia. Szaro-buro pozostało, goły tekst. Całe szczęście, że o tekst zawsze tu głównie chodziło.


26 lutego 2014

No i przyszła

Historia Polski, krwią i blizną pisana, obfituje w momenty, gdy z trwogi lub radości (choć głównie z trwogi) naród jednoczył się pod kościelnym sklepieniem. W cień krzyża i pod czujne oko świętych pchał Polaków czasem wróg z prawa, czasem z lewa, niekiedy zaraza jakaś, czasem radość wielka. Mnie też dziś pchnął w tym kierunku życiowy przełom: powiedziałam dziś TAK.

TAK usłyszała (i odwzajemniła) moja nowa praca. To było TAK takiej rangi, że zamierzam nie używać tego słowa przez co najmniej trzy miesiące, żeby się nie rozdrabniać i prestiżu słowu nie ujmować.

Skoro wiadomym się stało, skąd pochodzić będą środki na spłatę kredytu na eM przez czas jakiś, ruszyłam na moją ulubioną zumbę kościołową, by za pomocą potrząsania tym, czego mi matka w genach nie dała, wyrazić ukontentowanie.


7 lutego 2014

Egzotyczny lans na Woli

Siedzę u rodziców. Na pewno ładniej zabrzmiałoby zdanie: "Przebywam u rodziców" lub "Odwiedzam rodziców", ale nacisk na siedzenie jest tu sprawą istotną, tak jak istotny jest nacisk, który moje siedzenie wywiera na krzesło. Przyjechałam w środę - z reakcji krzesła wnioskuję, że presja wywierana przez siedzenie jest coraz bardziej odczuwalna. Jeszcze w czwartek krzesło mnie wyraźnie lekceważyło, dziś wita pełnym szacunku jękiem. Dom moich rodziców to miejsce, w którym dodatkowe kilogramy oblepiają człowieka jak ropa wieloryba, bez względu na to, czy człowiek ów uważa, żeby żadne podejrzane pożywienie mu na widelec nie trafiło, czy też daje się ponieść.

Przyjmuję to z ponurą rezygnacją, bo z faktami nie wygram. Co mnie nie zabije, odłoży się na biodrach, zamaskuje talię i kaskadą drugich podbródków ułoży się na przyjemnie szczupłych dotąd obojczykach. Nic to - gdzieś tam czeka mój domek kochany, własny, osobisty, prywatny, zupełnie przypadkiem urządzony w sposób sprzyjający chudnięciu (o wpływie koloru ścian na proces chudnięcia przeczytacie TU). W domku tym czeka przestronna lodówka zaopatrzona w światło i musztardę, a w czasach prosperity w sałatę i pomidory oraz chudy twaróg w ilościach przemysłowych. Wokół domku zaś panoszą się coraz ciekawsze lokale gastronomiczne i jednemu z nich poświęcam post niniejszy.


30 stycznia 2014

Skrzynia umarlaka

Skrzynkę wysyłamy w elementach do samodzielnego montażu. Wkręty do drewna, łańcuszek oraz instrukcja montażu jest w komplecie. Do prawidłowego montażu potrzebny jest wyłącznie wkrętak krzyżowy. Montaż mieści się w czasie około 20 minut. 

Tak stało, jak wół, w ogłoszeniu na portalu aukcyjnym Allegro. Dla niedowiarków - anons, choć nieaktualny - wciąż wisi TU. Jak jest w praktyce? Montaż skrzyni mieści się w czasie około 3 tygodni, mówię "około", bo u mnie proces skręcania wciąż trwa. Te wspomniane 20 minut to czas niezbędny, by zdać sobie sprawę z tego, że wkrętak krzyżowy przyda się bardzo, ale jedynie do tego, by się nim podrapać po zafrasowanym czole.


26 stycznia 2014

Co mi matka w genach dała

Zrobiłam sobie prezent świąteczno-noworoczny: kupiłam karnet na zumbę. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że zawsze marzyłam o usportowieniu. Nie marzyłam. Do zakupu zmusił mnie rozsądek, który podpowiada, że jak nie będę szczupła to w życiu nie znajdę męża przy siedzącym trybie życia  ruch jest po prostu niezbędny dla zdrowia i trucht do lodówki nie wystarczy. Bieganie, o którym pisałam kiedyś, przegrało z pogodą chwilowo, konieczna była alternatywa.

Skłamałabym też, gdybym powiedziała, że zumba jest mi szczególnie bliska, bo w mych żyłach płynie latynoska gorąca krew. Nie płynie. Gdybym miała dopasować dyscyplinę do temperatury i temperamentu, musiałabym pływać pod lodem. Powiem więcej, zumba mnie zawsze trochę odstraszała, bo instruktorki to z reguły kobiety, które mają kawał rozwibrowanego ciała. Ten kawał ciała mnie niepokoił, bo jak do krainy szczupłości ma mnie zaprowadzić pani, która sama tam nigdy nie była?

Dlaczego więc zumba? Bo była promocja. Dlaczego o tym piszę? Bo Kajalis to szkoła tańca z licznymi siedzibami, zlokalizowanymi głównie na Woli. Ha!

18 stycznia 2014

Ameryka da się lubić! Część II

Słowo się rzekło - druga część mojej listy powodów, by lubić USA. Tak jak obiecałam - nie będzie już nic o ludziach tylko o rzeczach, ewentualnie zjawiskach. Jeśli jedyna rzecz, która kojarzy Wam się ze Stanami to hamburger, a jedyne zjawisko, które przychodzi Wam na myśl to strzelaniny w szkołach, usiądźcie wygodnie i czytajcie dalej, bo zamierzam pisać o czymś zupełnie innym*.

*Gwoli ścisłości, z radością pisałabym o tym również, bo strzelanie jest bardzo przyjemne, zwłaszcza jak człowiek odnajduje w sobie niespodziewany talent, a hamburgery są naprawdę dobre. Co więcej, hamburgery powodują, że USA, a Texas zwłaszcza, zaludniony jest głównie przez panie co najmniej otyłe, więc wrażenie bycia najfajniejszą laską w promieniu bardzo wielu mil miałam zapewnione - co wcale nie było przykre. No ale TOP10 to TOP10, zostało mi siedem pozycji do omówienia i z żalem musiałam dokonać ostrej selekcji amerykańskich pozytywów.


14 stycznia 2014

Za ceratę moją i Waszą!

Są ludzie, którzy rodzą się, by robić rzeczy wielkie, nie widzę powodu, by to ukrywać - należę właśnie do takich osób. Od zawsze wiedziałam, że stanę kiedyś na czele rewolucji, nie byłam tylko pewna, w jakiej sprawie będzie ta rewolucja. Prawa kobiet, zwierzęta, autonomia Śląska? To już było, moja rewolucja powinna być nie tylko rewolucyjna, ale też innowacyjna. No i proszę, stało się. Zostałam twarzą walki o prawo do używania ceraty.

I choć ludzie złe języki mają, i choć wielu mówi: "Nie idź tą drogą, cerata jest tam, gdzie kiedyś stało ZOMO!", nie spocznę w tej walce. Może jeszcze nas nie widać, ale wierzcie mi - ceratowa hydra podnosi łeb!


5 stycznia 2014

Cerata ma zapach lata

Jeśli nie chcesz mojej zguby, metr ceraty kup mi, luby! A właściwie dwa metry.

Ale od początku: z okazji wielu okazji, tzn. Świąt, Nowego Roku, Trzech Króli... Ok, z okazji wolnej soboty, doborowego towarzystwa i odrobiny wolnych środków pieniężnych, udałam się do M1. Dla niezorientowanych: M1 to takie bardzo przyjemne miejsce, w którym znajduje się IKEA, Leroy Merlin, TK MAXX z działem meblowym (mini, mini), Domoteka i wiele innych sklepów, w których chciałabym zamieszkać.