18 stycznia 2014

Ameryka da się lubić! Część II

Słowo się rzekło - druga część mojej listy powodów, by lubić USA. Tak jak obiecałam - nie będzie już nic o ludziach tylko o rzeczach, ewentualnie zjawiskach. Jeśli jedyna rzecz, która kojarzy Wam się ze Stanami to hamburger, a jedyne zjawisko, które przychodzi Wam na myśl to strzelaniny w szkołach, usiądźcie wygodnie i czytajcie dalej, bo zamierzam pisać o czymś zupełnie innym*.

*Gwoli ścisłości, z radością pisałabym o tym również, bo strzelanie jest bardzo przyjemne, zwłaszcza jak człowiek odnajduje w sobie niespodziewany talent, a hamburgery są naprawdę dobre. Co więcej, hamburgery powodują, że USA, a Texas zwłaszcza, zaludniony jest głównie przez panie co najmniej otyłe, więc wrażenie bycia najfajniejszą laską w promieniu bardzo wielu mil miałam zapewnione - co wcale nie było przykre. No ale TOP10 to TOP10, zostało mi siedem pozycji do omówienia i z żalem musiałam dokonać ostrej selekcji amerykańskich pozytywów.



Dlaczego warto wybrać się do USA choćby na chwilę? Co czyni ten kraj tak wyjątkowym? Poniżej siedem moich bardzo subiektywnych spostrzeżeń:

4. Znamy to wszyscy z filmów z Kevinem. Bez względu na to, czy został on sam w domu, czy w Nowym Jorku, każda lokalizacja miała tę samą cechę: świeciła się jak psu jajca. Amerykańskie domy odstawione na Boże Narodzenie jak mrówki na święto lasu to jeden z piękniejszych widoków, jakie mi w życiu dane było zobaczyć. Czasem całe ulice umawiają się na konkretny rodzaj czy kolor ozdób, niekiedy zwycięża indywidualizm właściciela posesji. Widziałam jeden spory ogród, który z okazji świąt zmienił się w ilustrację piosenki świątecznej "The twelve days of Christmas", co oznacza, że stało tam na przykład dziewięć tancerek naturalnej wielkości.

Poniższe zdjęcia to oczywiście Pinterest. Sama robiłam zdjęcia jak szalona, ale wszystkie wyszły bardzo źle. Zaręczam, że wyglądało to podobnie: możecie sobie wyobrazić coś takiego, jak poniżej, tylko domy z kolumnadą na froncie i polem bawełny na zapleczu;).



5. Samochody z automatyczną skrzynią biegów. Tak, tak, wiem, że zmiana biegów to najprzyjemniejsza część jazdy. CHYBA TYLKO DLA KIEROWCY. Dla pasażera znacznie przyjemniejszą częścią jazdy samochodem jest możliwość wykorzystywania wolnej ręki kierowcy do nalewania kawy z termosu. Samochód jedzie sam, więc pasażer i kierowca mogą się oddać dyskusji, śpiewaniu piosenek z radiem, mogą robić sobie głupie zdjęcia i wszystko inne, co im tylko przyjdzie do głów. Najdłuższa moja wycieczka samochodem z automatem trwała tylko pięć godzin, mogłabym tak jeździć całe życie. Co ważne - samochód z automatem nawet ja mogę prowadzić. To jest bardzo poważny argument za, bo zwykle mam problemy z prowadzeniem nawet wózków sklepowych. Albo z prowadzeniem się;).

6. Kupony i cała logistyka zakupowa. W skrócie to wygląda tak: idziesz do sklepu, kupujesz cztery kilo mąki, bo wtedy należy Ci się kilogram cukru, ale możesz też kupić dziesięć kilo mąki, żeby przekroczyć 10 dolarów, a wtedy należy Ci się 10% zniżki. Wrzucasz do koszyka jeszcze pięć butelek mleka, do których dostajesz kostkę masła gratis, w ten sposób dobijasz do 20 dolarów, masz prawo do zniżki 15% albo trzech opakowań tuńczyka. Nie interesuje Cię tuńczyk, bo masz na niego kupon z zakupów z ubiegłego tygodnia, więc i tak co trzecia puszka należy Ci się za darmo. Rezygnujesz z zakupu wędlin, bo z dzisiejszym paragonem będziesz miał jutro kiełbasę 20% taniej. Przy kasie wyciągasz cztery kupony z gazety, dwa z ulotki i jeden, który rozdawany był w sklepie i płacisz za wszystko 5 dolarów. Oczywiście robisz to wszystko, bo jesteś prawdziwym Amerykaninem. Jeśli jesteś zwykłą Polką, mamroczesz pod nosem "jezusmaryja" i bierzesz tak po prostu towar z półki i myślisz sobie, że jest cholernie drogi.

Podziwiam USA za ich system zakupowy, za zniżki, promocje i kupony. Osobiście szybciej zrobię szpagat przy ścianie niż sensowne zakupy w tamtejszym spożywczym.



7. Kawa. Dział z kawą w supermarkecie to było moje ulubione miejsce w USA i miałam olbrzymią ochotę wysłać takiemu działowi życzenia świąteczne. Dział z kawą polega na tym, że jest tam kawa (zaskoczenie) w wielu odmianach, ale przede wszystkim jest tam takie coś, jak podajnik z kawą w ziarnach. Kawy jest kilkanaście do kilkudziesięciu rodzajów, każdy opisany, można poczytać, powąchać, odkręcić sobie kurek i nasypać w torebkę. Potem można iść w takie specjalne miejsce, gdzie można osobiście sobie tę kawę zmielić, wybierając, czy chce się do kawiarki, ekspresu czy czegoś zupełnie innego. I to wszystko kosztuje niewielkie pieniądze, nie tylko w odniesieniu do cen amerykańskich, ale też polskich. Bierzcie i pijcie dobrą kawę, to wcale nie jest dobro luksusowe. Przywiozłam ze sobą sporo kawy, ale zapakowanych gotowców, bo bałam się, że papierowe torebki nie przeżyją podróży. Moje torebki przeżyły, ale ja z nimi nie przeżywam jednak aż takich wrażeń:(.


8. Pościel... Znamy to chyba wszyscy z filmów. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że znam to z amerykańskich domów, bo domy akurat zwiedzałam z lekka kawalerskie/studenckie, ale w hotelu uświadczyłam: pościel! Ta pościel z kilkoma prześcieradłami, z prześcieradłem wywijanym na zewnątrz kołdry (?), z milionem poduszek o różnych rozmiarach, kształtach i funkcjach... Ach!


Zakupiłam sobie taki zestaw. W kratę jest, ładny jest. Nie wiem, co myśleli sobie celnicy prześwietlający moją walizkę. Co ciekawe, rozmiarów pościeli jest tam kilka, w zależności od rozmiarów łóżka. Nazywają się one stosownie do okazji, czyli Król lub Królowa, a nie jakieś bezpłciowe 140x200 cm.

No i jeszcze to, że prześcieradło ma wzór dopasowany do reszty! Ach ponowne.


9. Masła. Masło migdałowe, orzechowe z fistaszków albo pecan, z ciasteczek... Wspominałam już o tym, ale warto powtórzyć: Amerykanie opanowali do perfekcji umiejętność wyszukiwania dobrych rzeczy, miażdżenia ich i wsadzania w słoiki. A tyłek rośnie...

10. Woda za darmo, jako przeciwwaga do tego tyłka, co rośnie. W każdym punkcie gastronomicznym można kupić coś do picia (czyli napój jakiś posiadający smak) lub dostać wodę. Tam, kiedy na pytanie kelnera o napoje odpowiadasz "tylko wodę", to to jest naprawdę tylko woda i nikt z jej przyniesienia nie robi wielkiej sprawy.

Przypomniało mi to, że ostatnio w Polsce dostałam wodę. Usiłowałam się dostać do mojego lekarza rodzinnego, co kosztowało mnie trzy godziny życia. Samo stanie w kolejce do rejestracji trwało minut 45. Myślałam, że umrę z pragnienia, ale wypad do sklepu był niemożliwy, bo wszędzie czaiły się emeryckie hieny czatujące na moje miejsce. Automatu oczywiście nigdzie nie było, nie mówię nawet o bezpłatnym, byłam gotowa zapłacić za picie. Ale nie, nie w przychodni. Tuż obok rejestracji jest apteka, więc wpadłam tam z cichą nadzieją, że może tam coś mają. Nie mieli, ale żądza mordu w moich oczach musiała być wyraźna, pani farmaceutka przyniosła mi kubek z zaplecza.

Ehh, po raz kolejny, witaj w domu, eN.









4 komentarze:

  1. Pomijając oczywisty zachwyt całością postu, muszę przyznać, że "emeryckie hieny" trafiły mi do serca ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako stała bywalczyni placówek tego typu wiesz dobrze, że to bardzo agresywny gatunek. Gryzie, pluje jadem i macha medalami...

      Usuń
    2. To "machanie medalami" mi z kolei głęboko w serce zapadło :D

      Usuń
  2. Ja bym się do USA wybrała z powodu tych pięknych dróg w pustynnym krajobrazie. Te niebieskie niebo i piach. Cudo :)

    OdpowiedzUsuń