26 stycznia 2014

Co mi matka w genach dała

Zrobiłam sobie prezent świąteczno-noworoczny: kupiłam karnet na zumbę. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że zawsze marzyłam o usportowieniu. Nie marzyłam. Do zakupu zmusił mnie rozsądek, który podpowiada, że jak nie będę szczupła to w życiu nie znajdę męża przy siedzącym trybie życia  ruch jest po prostu niezbędny dla zdrowia i trucht do lodówki nie wystarczy. Bieganie, o którym pisałam kiedyś, przegrało z pogodą chwilowo, konieczna była alternatywa.

Skłamałabym też, gdybym powiedziała, że zumba jest mi szczególnie bliska, bo w mych żyłach płynie latynoska gorąca krew. Nie płynie. Gdybym miała dopasować dyscyplinę do temperatury i temperamentu, musiałabym pływać pod lodem. Powiem więcej, zumba mnie zawsze trochę odstraszała, bo instruktorki to z reguły kobiety, które mają kawał rozwibrowanego ciała. Ten kawał ciała mnie niepokoił, bo jak do krainy szczupłości ma mnie zaprowadzić pani, która sama tam nigdy nie była?

Dlaczego więc zumba? Bo była promocja. Dlaczego o tym piszę? Bo Kajalis to szkoła tańca z licznymi siedzibami, zlokalizowanymi głównie na Woli. Ha!


Podejście pierwsze - ul. ks. Markiewicza 1 (tak, wiem, że to Bemowo, ale wciąż okolica)

Google powiedziały, że fitnessownia jest blisko jakiegoś dużego kościoła. Bardzo mnie to ucieszyło, bo kościół to budowla z reguły łatwa do rozpoznania, a przy moim dramatycznym braku orientacji przestrzennej każda pomoc jest cenna. Uzbrojona w dresik ruszyłam na poszukiwania kościoła, co nie było skomplikowaną operacją, oraz klubu fitness, co okazało się znacznie trudniejsze. Obeszłam rzeczony kościół z pięć razy, godzina zajęć zbliżała się nieubłaganie, zumby nie widać. Schowałam godność do kieszeni i zapytałam o drogę. Zapytane panie wskazały mi bramę kościoła i zasugerowały zejście do podziemia. Nie powiem, zdziwiło mnie to z lekka.

Piwnica kościoła okazała się siłownią - szczerze mówiąc, nie wiedziałam, że jesteśmy już na tym etapie europeizacji. Podziemie do tej niewątpliwie nowej funkcji zostało przystosowane dość dawno - wnioskuję ze stanu łazienek, niemal całkowitego braku klimatyzacji i pomieszczenia szatniopodobnego. Środki przeznaczone na klimatyzację poszły zapewne na liczne porozwieszane wszędzie cytaty z patrona świątyni.

Zajęcia okazały się popularne (przypominam o braku klimatyzacji), a pani prowadząca szokująco szczupła. Szczupłość prowadzącej uznałabym za dobry znak, gdyby nie to, że byliśmy jednak w kościelnej krypcie.

Dla wszystkich tych, którym zumba obcą jest - małe wyjaśnienie. Zumba to żywiołowe połączenie tańca i aerobicu, z naciskiem na taniec, z jeszcze większym naciskiem na potrząsanie częściami ciała charakterystycznymi dla kobiety. Zajęcia to głośna muzyka i jeszcze głośniejsze krzyki prowadzącej, która to zachęca do potrząsania oraz ogólnego "bycia sexy". Ogromną zaletą zumby jest to, że na zajęciach zawsze jest tłok, układ do każdej piosenki jest inny, nikt nie zna kroków, wszyscy skaczą i trząsają, tym co mają, mijając się z rytmem o lata świetlne, ale i tak jest super.

Jakby stworzona do zumby jest piosenka niejakiego Donatana, która mówi o "potrząsaniu tym, co matka w genach dała". Utwór ten pojawił się na zumbie i wprowadził mnie w lekką konsternację, bowiem matka w genach dała mi trudny charakter i zamiłowanie do kabanosów - jednym i drugim trudno potrząsać, zaś w ramach tzw. wychowania dała mi głębokie przekonanie, że w kościele się nie żuje gumy, nie bawi telefonem, no i raczej nie trzęsie się niczym (chyba, że ktoś jest dzieckiem z rozbitej rodziny i lgnie do księży, ale to nie jest mój przypadek). Teoretycznie mogłam się postarać i wyprzeć świadomość przebywania w kościele, ale krzyż na ścianie i portrety świętych nie ułatwiały zadania.

Na szczęście, Kajalis ma więcej niż jedną lokalizację, same zajęcia były naprawdę udane, a karnet na 10 wejść zobowiązuje, więc dziś dałam zumbie drugą szansę.

Podejście drugie - Towarowa 22.

Towarowa 22 to Centrum Jupiter, czyli sklepy, biura, kręcono tam jakieś show TVNu niedawno, zumba mnie nie zaskoczyła więc. Oczywiście, do czasu.

Na miejsce dotarłam jakieś 15 minut przed zajęciami i poza trzema panami cieciami nie zastałam nikogo. Po chwili pojawiła się jakaś dziewczyna, miałyśmy więc okazję wymienić gniewne uwagi pod adresem pogodny, niedzieli, lenistwa warszawianek oraz szkoły tańca, która nie poinformowała o odwołaniu zajęć. Wybiła 18:00, ruszyłyśmy do wyjścia i zderzyłyśmy się z panią prowadzącą.

Bardzo proszę, drodzy czytelnicy, wróćcie teraz ze cztery akapity wyżej, tam, gdzie zawarłam skróconą charakterystykę zumby. Pisałam tam o tłumie, w którym się można schować i zamaskować braki. No właśnie. A teraz wyobraźcie sobie zajęcia, na których są dwie uczestniczki i prowadząca, która ma ciało z gumy, głos jak trąba jerychońska, zapał, ogień i te wszystkie inne typowe dla zumby, lecz nie dla mnie, cechy.

Zajęcia odbyły się w miejscu mniej szokującym niż kościół, ale wciąż zaskakującym - w jakiejś biurowej salce konferencyjnej. Były jarzeniówki, projektor, krzesła, wykładzina, tablica do pisania mazakami, całkowity brak luster (co w tym wypadku było plusem, bo po co widzieć, jak bardzo jestem ludzkim szparagiem w porównaniu z kobietą-gumą). Na ścianach wisiały już nie święte obrazy, ale jakieś japońskie napisy. Próbowałam sobie wyobrażać, że jestem prezeską Toyoty i ćwiczę z moją osobistą trenerką, a ta trzecia laska to moja asystentka, ale za cholerę nie udało mi się odnaleźć w tym wszystkim godności.

Pani zumbistka próbowała zachować twarz, czyli nawoływała do bycia sexy, śpiewu i krzyków - nie wiem, co mi z tego wychodzi najgorzej, konkurencja jest ostra. Po dwóch piosenkach pani obniżyła wymagania do "no to klaszczcie chociaż...", o byciu seksi nie wspomniała już więcej, można powiedzieć, że się dotarłyśmy.

Wnioski mam następujące: 1. Taniec na trzeźwo, niemal solo w okolicznościach biurowych to świetny scenariusz sennego koszmaru. 2. Cieszę się, że dałam kiedyś moim rodzicom na piśmie zobowiązanie, że nie będę miała wesela. Pierwszy taniec młodej pary to byłby jakiś dramat. 3. Mam jeszcze osiem wejść na zumbę. Czuję, że temat wróci na bloga.










4 komentarze:

  1. Kurcze, dawno nie płakałem z radości.
    Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli dalej będziesz miała takie doświadczenia, to MUSI wrócić :)

    OdpowiedzUsuń
  3. muahaha :) jest wiele rzeczy, których szczerze nie znoszę. do pierwszej setki zaliczyłabym:
    a) obce spocone kobiety,
    b) kobiety, przy których czuję się jak wielki drewniany kloc,
    c) duże skupisko kobiet,
    d) duże pomieszczenie, w którym spędzam czas z obcymi kobietami.

    także ten.

    A.

    OdpowiedzUsuń