7 lutego 2014

Egzotyczny lans na Woli

Siedzę u rodziców. Na pewno ładniej zabrzmiałoby zdanie: "Przebywam u rodziców" lub "Odwiedzam rodziców", ale nacisk na siedzenie jest tu sprawą istotną, tak jak istotny jest nacisk, który moje siedzenie wywiera na krzesło. Przyjechałam w środę - z reakcji krzesła wnioskuję, że presja wywierana przez siedzenie jest coraz bardziej odczuwalna. Jeszcze w czwartek krzesło mnie wyraźnie lekceważyło, dziś wita pełnym szacunku jękiem. Dom moich rodziców to miejsce, w którym dodatkowe kilogramy oblepiają człowieka jak ropa wieloryba, bez względu na to, czy człowiek ów uważa, żeby żadne podejrzane pożywienie mu na widelec nie trafiło, czy też daje się ponieść.

Przyjmuję to z ponurą rezygnacją, bo z faktami nie wygram. Co mnie nie zabije, odłoży się na biodrach, zamaskuje talię i kaskadą drugich podbródków ułoży się na przyjemnie szczupłych dotąd obojczykach. Nic to - gdzieś tam czeka mój domek kochany, własny, osobisty, prywatny, zupełnie przypadkiem urządzony w sposób sprzyjający chudnięciu (o wpływie koloru ścian na proces chudnięcia przeczytacie TU). W domku tym czeka przestronna lodówka zaopatrzona w światło i musztardę, a w czasach prosperity w sałatę i pomidory oraz chudy twaróg w ilościach przemysłowych. Wokół domku zaś panoszą się coraz ciekawsze lokale gastronomiczne i jednemu z nich poświęcam post niniejszy.


Umówmy się - nie ma takiej ilości majtek z napisem "made in China", żeby od samego ich noszenia zrobił się z człowieka sinolog. Na Chinach się nie znam. Na chińskim jedzeniu też nie. Dlatego też: jeśli chcecie poznać opinię o "Parniku" bazującą na prawdziwie chińskich doświadczeniach, poczytajcie lepiej TU. Jeśli interesuje Was moja całkowicie amatorska recenzja, możecie czytać dalej, ale jakby co - uprzedzałam!

Po pierwsze: miejsce. Wolska 50. Do "Parnika" jest łatwo dojechać i łatwo przy nim zaparkować - lokal ma wejście od ulicy, w przeciwieństwie do wychwalanej już przeze mnie pod niebiosa pizzerii "U Dziadka". Wiem, że takie informacje mają znaczenie dla wszystkich użytkowników samochodów. Myślałam, że dla nas też - okazało się jednak, że A. właśnie ten dzień uznał za odpowiedni na spacer, mimo śniegu po kolana, temperatury zbliżonej do zera absolutnego i moich biednych nóg przyobleczonych w rajstopy, a nie kombinezon narciarski. No ale: nie umarłam, czyli można? Można.

Po drugie: wystrój. Miejscówka jest chińska, wiec trudno tu o dekoracyjne rozpasanie. Czysto, jasno, schludnie. Śladowe ilości lampionów. Brak stolików, wzdłuż ściany leci lada, przy której można spocząć na stołku barowym. Jedzenie przygotowywane jest na widoku i widok ten jest interesujący, choć wyznać muszę, że do "Parnika" trafiłam wygłodzona jak po 10 latach na Syberii i byłam gotowa jeść gruz i żwir, więc możliwość obserwowania przez 10 minut jak panowie Chińczycy przygotowują jedzenie nie była najbardziej oczekiwaną przeze mnie atrakcją.

Po trzecie: jedzenie. Jedzenie jest dobre bardzo (a zdjęcie zapożyczone stąd, nasze kompletnie nie wyszły). Pierożki same w sobie, podane w sposób widoczny na zdjęciu, to jest coś! Delikatne ciasto, świetne nadzienie (próbowaliśmy krewetkowo-selerowego i wersji z indykiem), rozmiar porcji w granicach rozsądku, czyli można się najeść, ale bez wyrzutów sumienia. W menu poza pierożkami również zupy, na których testy przyjdzie jeszcze czas.W internecie wyczytałam, że panowie Chińczycy w "Parniku" to prawdziwi Chińczycy - ja tam nikomu w paszport nie zaglądałam, ale podobno jest to gwarant, że pierożki są jak prawdziwe. Albo nawet są całkiem prawdziwe.



Po czwarte: ceny. Płacenie to chyba najprzyjemniejsza część wizyty w "Parniku", zaraz po jedzeniu - porcja kosztuje około 10 zł, czyli stać na ten egzotyczny luksus nawet doktorantkę.

Podsumowując: warto! Warto jak diabli, bez względu na to, czy ktoś jest wielbicielem Chin, znawcą jedzenia, czy zwykłą eN, która za szczyt kulinarnego wyrafinowania uważa Milkę Bubbly. Jest inaczej, jest ciekawiej, podobno zdrowo, na pewno tanio.

Na wypadek, gdyby komuś się wydawało, że zapoznanie się z powyższym tekstem rozwiązuje problem pomysłu na Walentynki - nie idźcie tą drogą! Miejsce jest przyjemne i warte poznania, ale na randkę nadaje się średnio. Odwiedziliśmy "Parnik" w piątkowy wieczór, byliśmy tam niemal jedynymi klientami. Usiedliśmy przy ladzie, frontem do ściany, ze świadomością posiadania za plecami czterech Chińczyków. W lokalu cisza panowała kompletna, więc dialog był trudny, co zauważyli nawet panowie z obsługi i zasunęli nam "Gangam style"  tak głośno, że niemal pospadaliśmy z tych stołków barowych. Jeśli jednak ktoś nie szuka przyjemnej kryjówki na czułe szeptanie i wyjadanie sobie z dzióbków, jeśli jest w stanie jeść bez trzymania towarzysza za rękę - idźcie koniecznie. Koniecznie i chyżo, bo jak wiadomo, im lepsza inicjatywa tym szybciej ją szlag trafia.

PS W poniedziałek wracam na stolicy łono, więc następny post dotyczący jedzenia pojawi się, jak tylko skończę etap jedzenia sałaty i szronu z zamrażarki w ramach zwalczania balastu przywiezionego od rodziców. Czyli za rok lub dwa. Jest nadzieja, że gdy wrócę do normalnego jedzenia, "Burrito Boys" funkcjonujący również na Wolskiej 50, jeszcze będą istnieć. Jeśli będą - będzie i recenzja. Macham Wam fałdą. Którąś brzuszną, wybór mam spory, z minuty na minutę większy.

4 komentarze:

  1. Stworzyłaś blogowe perpetum mobile !
    No proszę, inni się tak męczą brakiem weny, a tu taki prosty pomysł - chudnę na zumbie, utyję u Rodziców / u chińczyka :)
    Zadowoleni czytelnicy (tu macham łapką) pokwikują z radości :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, bo ja tak dyskretnie zmieniam "eN szuka eM" w "eN pracuje nad Masą";)

      Usuń
  2. A może zamiast jedzenia szronu skoczysz na te pierozki i ze mną? Tak w ramach obczajania kolejnych pierwszych darmowych wejściówek siłownianych gdzieś w okolicy Woli ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chętnie, bo zupa tam na mnie czeka jeszcze!

      Usuń