30 marca 2014

53 godziny

Ostatnia niedziela marca powoli przechodzi z czasu teraźniejszego w przeszły. Zostały mniej niż dwie godziny, czyli właśnie tyle, ile potrzeba, żeby coś napisać. Napisać powinnam testament, bowiem doszłam do wniosku, że przeżyłam weekend, po którym ze spokojem mogę umrzeć. Spokój w tym wypadku oznacza głębokie przekonanie, że nic mi już więcej nie potrzeba.




Jeśli przyjmiemy, że weekend rozpoczął się w piątek o 17:00, trwał on do teraz nieco ponad 53 godziny (chyba, że coś źle liczę, tato?). W ciągu tych 53 godzin udało mi się zobaczyć niemal wszystkich najważniejszych dla mnie ludzi. Oczywiście, z kilkoma ważnymi osobami dzielą mnie złe kilometry, ale nawet w takich trudnych warunkach udało mi się mimo wszystko wymienić z nimi chociaż kilka literek (czyt.: Ryan Gosling nie dojechał, ale wiem, że się starał). Nie wiem, skąd taki spęd, mniej lub bardziej przypadkowy, urodzin nie miałam, obrony doktoratu (buhahahaha) też nie, a jakoś tak ułożyły się sprawy przyjemnie. Planetom, które za to odpowiadają, dziękuję najmocniej.

53 godziny wystarczyły, żebym przeżyła spokojny wieczór w domu, niespokojny wieczór poza domem, zakupowe szaleństwo. Udało mi się obudzić w prawie najlepszym możliwym towarzystwie (jak wspominałam, Ryan Gosling nie dojechał):

[UWAGA! Post zawiera lokowanie mojego braku makijażu. Oglądacie na własną odpowiedzialność. Wory pod oczami dokleiłam w fotoszopie, żeby moim wrogom nie było przykro. Normalnie nie mam, słowo!]


W ciągu 53 godzin zjadłam dobry obiad na mieście (dobry, czyli fit, gdyż z Lets fit together), jeszcze lepszy i jeszcze zdrowszy obiad w domu, ale też ciastka czekoladowe z Marks&Spencer, dla których mogłabym zabić. Temat jedzenia wiąże się bezpośrednio ze wspomnianym widzeniem ludzi ważnych oraz wieczorem poza domem - przeżyłam najlepiej zaprowiantowaną imprezę w życiu. Impreza miała miejsce na trasie ze sklepu spożywczego Małpka w okolicach Wilczej do Melanżu na tyłach Nowego Światu. W spotkaniu udział wzięli - oprócz mnie - wyłącznie panowie, choć zdjęcie sugerować może zbiorową menstruację.


Skoro o słodyczach mowa, żadna czekolada z Małpki do pięt nie dorasta ciastu, które urodziło się w eM i to nie dzięki mnie. Domowe ciasto to jedna z najlepszych rzeczy na świecie, lepsze od niego jest tylko domowe ciasto, którego nie trzeba osobiście robić. Spotkała mnie taka sytuacja, w przypadku powtórek protestowała nie będę. Królowa szarlotek jest tylko jedna, jednak w dziedzinie serników korona należy do Oli.


W ciągu ostatnich 53 godzin pogoda była wyraźnie po stronie posiadaczy dzieci, rowerów, łysin, fałd brzusznych i innych atrybutów, które dobrze się czują w promieniach słonecznych. Moje fałdy ciągnęły mnie w świat, dzięki czemu w trakcie zaledwie 53 godzin zaliczyłam 3 parki. Lansiarsko Pole Mokotowskie, tradycyjnie już niemal Park Szczęśliwicki oraz - ku mojego ogromnemu zdumieniu - Park Szymańskiego, który jest rzut kamieniem od eM, a ja do tej pory o nim nie wiedziałam. Nie chwaląc się, odkryłam go biegając, gdyż tak - 53 godziny wystarczyły, żeby nie tylko fałdy doładować, ale też spróbować je zgubić. Zdjęcia wyglądają mało zachęcająco, ale jak zrobi się zielono, może być tu pięknie.

[UWAGA! Zdjęcie jest kiepsko skadrowane i w ogóle ścierwiastej jakości, ale przypominam, że BIEGAŁAM, co oznacza, że w chwili postoju na zrobienie zdjęcia pot zalewał mi oczy, a 90% mózgu zajmowała myśl, że mam na sobie obciślaka do biegania i nie mogę przestać wciągać brzucha]


Zmieniając temat na zasadniczy, czyli z grząskich ścieżek mojego umysłu na gładkie panele eM: co udało się poczynić na rzecz mojego mieszkania? Ano sporo. 53 godziny to był wystarczający czas, by urządzić sobie ogródek w doniczkach oraz przetrzepać na wszystkie strony wyprzedaż w Empiku. Krótko mówiąc, weekend kończę bogatsza o zagospodarowane skrzynki, które niedługo zamieszkają na moim parapecie zewnętrznym oraz o ramki na zdjęcia.

Kolorystyka ramek potwierdza, że konsekwetnie realizuję plan wprowadzenia koloru do eM. Muszę tylko popracować nad tym, żeby ten kolor był na pewno kolorem jakimś kolorowym.

[To, że widać moje odbicie w ramce, zostało starannie zaplanowane. Serio, tak miało być. Sztab specjalistów nad tym pracował.]


Z doniczkami sprawa jest ciekawsza. Zainwestowałam w ziemię, hektary całe, zaczęłam czuć się arystokratycznie niemal. W narzędzia do uprawy hektarów zainwestowałam. W źródło potencjalnych plonów, czyli nasiona też. Pańską ręką ziemię sypałam w doniczki, kułackim palcem robiłam rowki na nasiona, głęboko wierząc, że coś mi to da. Na przykład plon. Na wszelki wypadek doniczki podpisałam, zawsze lepiej wiedzieć, co mi nie wzeszło.


Siedzimy teraz i czekamy, każda na coś. Wenka na plon, ja raczej na tydzień. Zacznie się już za 32 minuty. W kościach czuję, że to będzie jeden z lepszych. Kości nie są zbyt wiarygodnym źródłem informacji, potwierdzę to więc gdzieś jeszcze. Na przykład w serniku. Sernik wie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz