18 marca 2014

Traktat o uprawianiu wiosny

Bardziej ze mnie blagier niż bloger, stwierdzam. Miała być wiosna, szał ciał i mebli, miały być zmiany i feeria barw. Miała być ta wiosna cholerna, życiem tętniąca, oczy kłująca kolorem, sycąca zmysły, rozum odbierająca, wrażeń eksplozja.

No cóż, nie wyszło. Nawet ta oto tu platforma blogowa, czy jakkolwiek się nazywa to ustrojstwo, doszło do wniosku, że kolory są przereklamowane i zwinęło mi zdjęcia. Wszystkie zdjęcia. Szaro-buro pozostało, goły tekst. Całe szczęście, że o tekst zawsze tu głównie chodziło.




Trzy tygodnie temu zapowiedziałam wiosnę. Wiosnę miałam uprawiać w weekend.Od zapowiedzi do dziś minęły dwa weekendy.

Pierwszy weekend, ten tuż po zapowiedzi, wydawał się stworzony do uprawiania wiosny. Słońce w twarz i we wzorniki kolorów w Leroy Merlin! Wiatr we włosach i w katalogu IKEA! Baletki na stopy, a stopy na trakt, na Koło, na podbój moich tajemnych rupieciarni wolskich! Tak być miało. Być miało, ale się nie dało, bo zobowiązania naukowe kazały mi nieść kaganek oświaty w sobotę.  Cały dzień w plecy, belferska jego twarz.

Na uprawianie wiosny został mi mikroskopijny kawałek niedzieli. Nikły wymiar czasu, który miałam na wiosny uprawianie, skierował moje kroki nie do Castoramy, nie na Koło, nie do mycia okien nawet, a do Parku Szczęśliwickiego, który, jak wiadomo, nawet na Woli się nie znajduje. Wstyd i hańba.

Drugi weekend, czyli ten, który mamy tuż za plecami, do uprawiania wiosny nie nadawał się wcale. Deszcz i wiatr, zimno i mokro. W takich warunkach nawet najwytrwalsi poszukiwacze nowego koloru ścian zostają w domu i odgradzają się od braku wiosny kwiecistą zasłoną, kubkiem z herbatą, kotem wiernym, na końcu zaś książką. I to wcale nie o renowacji mebli, choć wnikliwi czytacze zdjęcia mogą w tekście wyłowić nawet słowo "komoda" (a kto rozpozna dzieło na fotografii utrwalone, liczyć może na kawę i kawałek szarlotki).


Niedziela zastała mnie znowu nie na robieniu wiosny, a na sypaniu okruchów śniadaniowych w pościel i nie na szukaniu komody, a na modlitwach, by nigdy nie skończyło się Dzień Dobry TVN, bo w świecie pozbawionym kołdry czai się zło i obowiązki.

Przyznać musicie - to się nie zapowiada dobrze. Przed nami, bracia miła, weekend kolejny - jakkolwiek karkołomnie informacja ta wygląda we wtorek. Nieśmiało wznoszę oczy ku niebu, może stamtąd przyjdzie natchnienie, inspiracja jakaś, by znowu poczuć zapał i ruszyć galopem ku wiośnie. Na razie niestety mam ochotę tylko ruszyć truchtem w stronę piekarnika, w którym do szczytowej formy dochodzi szarlotka.

Prognozy pogody wydają się być po stronie wiosny. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Miejmy nadzieję, że coś więcej, niż tylko przekonanie, że skoro jest ciepło, to szarlotka musi być z podwójnymi lodami.


1 komentarz:

  1. Ja i kredens i kanapę ujrzałam oczyma moimi zmęczonymi aczkolwiek dzieła nazwać nijak nie potrafię więc smakiem szarlotki muszę się obejść.

    OdpowiedzUsuń