26 kwietnia 2014

Żulietty

Ze wstydem przyznaję, że nie pamiętam naszego pierwszego razu. Skąd się to wszystko w ogóle wzięło, kto zrobił inicjujący krok, czyj gest był tym, który sprowokował lawinę? W mojej niewdzięcznej pamięci zostało tylko trwanie. My - to takie oczywiste, bezdyskusyjne, w realizacji bezwzględnie skuteczne, najlepsze. Bez wstępnych umizgów, bez starań i podchodów, zadziało się jakoś i działo się dobrze. Była w tym pewna naturalność, spontaniczność, jednocześnie jednak sporo z atmosfery święta. My w środę przed południem i w niedzielny wieczór, my w dzień zwykły i ten pachnący ciepłym woskiem urodzinowych świeczek. Wykpiło nas wielu, liczni gromili, dla nas jednak układ ten zdawał się nie mieć wad. Do czasu.


18 kwietnia 2014

Przybieżeli

I ruszyli! Do rodzinnych miast i wsi, na łono, do ognisk, w miejsca, do których pasują wieloliterowe rejestracje ich samochodów. Albo zostali. Okupują sklepy, klną w żywe kamienie, że jedyne wolne miejsce na parkingu znajduje się tak daleko od wejścia. Wybrzydzają na warzywach, ale nie wybrzydzają na mięsie, bo przecież zaraz trzeba zasolić, nie ma czasu na grymasy. Kolejkują zawzięcie, kolejkują uparcie.

Ruszyłam głową i postawiłam na okupację. Wybrałam sobie przedświąteczny piątek na odwiedzenie mojego miejsca kultu. Wybrałam dobrze, pustki totalne pozwoliły mi na spokojną, leniwą adorację. Tylko ona i ja, ja i ona. IKEA.


13 kwietnia 2014

Ja liryczne kontra waga łazienkowa

Pierwsza połowa niedzieli za nami, zaczynamy zbiorowe rzucanie zaniepokojonych spojrzeń w stronę poniedziałku.

W eM pranie dosycha, przez okno można obejrzeć okolicę, nikt się już nie potknie o kłęby kurzu na podłodze, kot został tak wygłaskany, że wyraźnie miał ochotę na papierosa, na Allegro jest pewna meblowa licytacja, którą ewidentnie wygrywam, dzięki mądrym decyzjom wstukanym w komputer palcami, na których świeci jak miliony monet zupełnie nowy lakier do paznokci

Piszę o tym, ponieważ po ostatnim poście sporo było pytań i/lub wyrazów troski na tle mojego cichego konfliktu z kotem. Spokojnie - znowu sztama. Zgodnie z planem zadbałam o eM, o siebie i o relacje.

A dzisiejszy wpis, tradycyjnie już - niedzielny, będzie o czymś zupełnie innym.


5 kwietnia 2014

Tęskno mi za Tobą, moje drogie eM

Mój kot zaczął na mnie patrzeć spod byka. Czoło jego zmarszczone, oko zimnem stalowym błyska. Lodowate oko wpatrzone badawczo w oko moje śladów skruchy szuka. Ogon kota mojego gniewnie w niebo wycelowany, kreśli granicę między nami, barykadę buduje. Po jednej stronie barykady jest on, w karzącej mnie liczbie pojedynczej występujący, po drugiej zaś ja - ja w liczbę mnogą pogardliwie ubrana, podmiot zbiorowy z moją pracą stanowiąca. Pomruk gniewny kota mojego zawiera szorstkie słowo rynsztokiem pachnące oraz wyraz, którego znaczenie powoli się w mojej głowie zaciera: "prywatność". Gubimy ją, kocie, co racja to racja. Coraz mniej nas, coraz więcej pracy. Pracy w pracy, pracy poza pracą. Najgorsze, że pracy przyjemnej. Ekscytującej. Pracy, z której się wraca na rzęsach, ale z uśmiechem, z jasnym obliczem się do niej znów idzie. Pracy, o której się mówi z wypiekami na twarzy. To chyba kota wkurza najbardziej, parą mu okulary zakrywa, bo lepiej by było jednak, gdybym żal czuła, współczucia żądała, litość wzbudzała. Nic z tego, kocie.