13 kwietnia 2014

Ja liryczne kontra waga łazienkowa

Pierwsza połowa niedzieli za nami, zaczynamy zbiorowe rzucanie zaniepokojonych spojrzeń w stronę poniedziałku.

W eM pranie dosycha, przez okno można obejrzeć okolicę, nikt się już nie potknie o kłęby kurzu na podłodze, kot został tak wygłaskany, że wyraźnie miał ochotę na papierosa, na Allegro jest pewna meblowa licytacja, którą ewidentnie wygrywam, dzięki mądrym decyzjom wstukanym w komputer palcami, na których świeci jak miliony monet zupełnie nowy lakier do paznokci

Piszę o tym, ponieważ po ostatnim poście sporo było pytań i/lub wyrazów troski na tle mojego cichego konfliktu z kotem. Spokojnie - znowu sztama. Zgodnie z planem zadbałam o eM, o siebie i o relacje.

A dzisiejszy wpis, tradycyjnie już - niedzielny, będzie o czymś zupełnie innym.


Jestem zbieraczem. To jest wada straszna. Wiem, że za jakieś 40 lat w otoczeniu trzystu kotów, tony wyrwanych z gazet wycinków, pozbieranych "w naprawdę ważnych momentach" listków, trawek, rachunków, biletów, ulotek, szkiełek i kamyków będę się zastanawiała, dlaczego nie mogę się wbić w sukienkę ze studniówki, która powinna być jeszcze całkiem dobra. Nie umiem wyrzucać. Jeśli pewnego dnia z jakiegoś powodu dojdę do wniosku, że połowicznie zjedzony czizburger ma wartość sentymentalną, to zostawię go na wieki wieków w jednym z pudeł, do których nie zaglądam, ale których wyrzucić nie pozwolę. 


Postanowiłam wykorzystać tę wadę w sposób zbliżający ją do zalety, a przynajmniej nadający jej etykietkę "neutralne".  Do tej znaczeniowej metamorfozy użyte zostały ramki zakupione ostatnio w wyniku solidnej przeceny w Empiku, jedna posiadana już wcześniej oraz zasoby pudła z napisem "wycieczki".





Ramka czarna to Rzym. Marzec 2010. Mój pierwszy Vogue. Deszcz i przenikliwe zimno, które na zawsze zostanie moim skojarzeniem numer jeden ze stolicą podobno słonecznej Italii. Wino, dużo wina. Jeszcze więcej chodzenia. W deszczu i zimnie.

Ramka czarno-biała to Hiszpania. 2011. Barcelona i Sewilla pod jedną szklaną taflą leżą. Kilka dni dramatycznego upału, które ufundowałam sobie jako nagrodę za dość męczący fragment życia. Skutki tego były poważne i długofalowe, lecz to historia na zupełnie innego bloga.

Ramka biała to sięgnięcie do podstaw i fundamentów wszystkich moich podróży. Bakcyl poszukiwacza wrażeń połknięty został przy okazji wielu wypraw z rodzicami. Zjeździliśmy Polskę całą wzdłuż i wszerz w ramach praktycznej walki z "cudze chwalicie, swego nie znacie". Znamy, jak jasny gwint znamy. Bocznymi drogami, przez wsie i miasteczka, przemieszczała się nasza familia wrażeń żądna. Wiecznie na szlaku, ciągle na tropie, wszędzie sensację węszyliśmy. Skrupulatni badacze faktów tajemnych, jak choćby tego, gdzie fikuśna "bajaderka" funkcjonuje pod szyldem pospolitego "kartofelka" (rymu nie potrafię tu uniknąć, na psa urok, tfu!).

Zdjęcie wykonane zostało gdzieś nad morzem polskim, jakieś 15 lat temu i prawdopodobnie obejmuje nas wszystkich - a przynajmniej chcę w to wierzyć. Z całą pewnością widać na nim fragmenty stóp rodziców moich, w cieniach - domniemywam - kryjemy się my, dziatwa wówczas nieletnia.

Nie wiem, czy pospolitym i powszechnym jest dążenie do naznaczania przestrzeni znakami ciepłymi, miękkimi, bliskimi. Rozrzucanie fragmentów historii, przywiązywanie przeszłości do teraźniejszości, ciągłe kurczowe trzymanie mentalnej pępowiny, a nawet korzeni całych. Ja tak mam, ja tak robię. Choćby zdjęciami.

Ale, ale, stop, do cholery!

Poprzedni post stanowił - moim zdaniem - bezwstydne obnażanie duszy i ujawnienie posiadania "JA lirycznego". Skutkował u mnie wręcz przelotnym moralniakiem. Dlatego też, tym razem, zakończę po swojemu, jak na eN przystało.

W ramach dbania o eM, siebie i relacje, zwłaszcza zaś o eM, z okazji gospodarskiego przeglądu mienia, odkryłam awarię baterii w łazienkowej wadze i jak na dobrą panią domu przystało problem ten rozwiązałam jednym spacerem do sklepu i działaniem naprawczym na wysokim poziomie (już za drugim podejściem włożyłam baterię prawidłowo, uważam to za sukces).

Dziś rano sprawdziłam na sobie działanie wagi z nową baterią. Bezduszna maszyna zabiła na zawsze moje "JA liryczne", chęć życia i zabierania gdziekolwiek w świat fałd, którymi porosłam od czasu awarii wagi. Dlatego dziś, zamiast mięciutkich akcentów i pływania w magmie nostalgii, tęsknoty i niedopowiedzeń, mam dla Was przesłanie: słodycze to zło, czekolada to zło, chodźmy wszyscy biegać. Natychmiast!

3 komentarze:

  1. Daj żyć. Nigdzie biegać nie idę. Nie mam kolan.
    Nie zmienia to jednak faktu, że wciskam w siebie, co popadnie.
    W tej chwili wyjadam dżem. Bezpośrednio ze słoika. Nie powiem, abym darzyła się w związku z tym szacunkiem jakim, ale cóż.
    W głębi ducha wierzę, że dupa mi to wybaczy.
    Przepraszam za dupę.
    Tak bardzo przepraszam, ale nie mogłam inaczej.
    To była taka "dupa" po imieniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jadłabym dżem, gdybym go tylko miała. Nawet dupie mojej na przekór i wbrew. Nie mam żalu o dupę w komentarzu użytą, mój arsenał negatywnych uczuć dupie przeznaczonych zachowuję dla dupy własnej, rozrośniętej jak ego.

      Usuń
  2. W fałdy nie wierzę, ale pod postulatem aktywnościowym podpisuję się całą wielokilowa sobą (moja waga, ustawiona w przypływie 'geniuszu' na kafelkach a nie dywaniku, z miejsca dodała zaginione piętnaście kilo ;) ).
    Tak więc, jako, że jest poniedziałek, też zaczynam dziś budowanie jakiejś firmy innej niż Michelin w ramach zbliżającego się lata.
    Czekolada to zło. Wino to zło.

    A ramki bardzo pomysłowe - dzięki Tobie już wiem, co zrobić z biletami z koncertów :)

    OdpowiedzUsuń