18 kwietnia 2014

Przybieżeli

I ruszyli! Do rodzinnych miast i wsi, na łono, do ognisk, w miejsca, do których pasują wieloliterowe rejestracje ich samochodów. Albo zostali. Okupują sklepy, klną w żywe kamienie, że jedyne wolne miejsce na parkingu znajduje się tak daleko od wejścia. Wybrzydzają na warzywach, ale nie wybrzydzają na mięsie, bo przecież zaraz trzeba zasolić, nie ma czasu na grymasy. Kolejkują zawzięcie, kolejkują uparcie.

Ruszyłam głową i postawiłam na okupację. Wybrałam sobie przedświąteczny piątek na odwiedzenie mojego miejsca kultu. Wybrałam dobrze, pustki totalne pozwoliły mi na spokojną, leniwą adorację. Tylko ona i ja, ja i ona. IKEA.


Na  świecie niewiele jest rzeczy pewnych, osobiście znam takie dwie. Jedna z nich to pewność, że nigdy do końca nie zrozumiem konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Druga to świadomość, że kolorów jest wiele, ale na mnie działa ich tylko kilka. I zawsze mają one coś wspólnego z szarością. Na przykład wszystko.

Niedawno odwiedziła mnie koleżanka, która uznała, że piętnastoletni staż znajomości pozwala na swobodne zakomunikowanie, że moje eM wygląda ogólnie jak dyżurka pielęgniarek, miejscami zaś jak PRLowska cieciówa. Uznałam, że nasz piętnastoletni staż pozwala mi uwagę całkowicie zlekceważyć, a wizyta w IKEA potwierdza, że osąd - choć mocny - na mojej wrażliwej psychice i decyzjach zakupowych zupełnie się nie odbił.

Po pierwsze: byłam rozsądna i kupiłam to, co było pilnie potrzebne. Niezbędne wręcz. Nie wyobrażałam sobie na przykład dalszego życia bez solidnego pojemnika na płatki owsiane, od których jestem uzależniona. Uprzejmi Szwedzi nie tylko szarmancko zaspokoili moją potrzebę, ale też z rasowym PRowskim zacięciem wykreowali potrzebę kolejną - bliską rodziną zakupionego słoika okazała się butelka, jakby stworzona na nalewkę autorstwa moich rodziców. Oba nabytki widoczne są na zdjęciu poniżej. Jeśli kogoś zastanawia, po co ujawniam światu fotografię prezentującą taką haniebną ilość nalewki, spieszę wyjaśnić, że twórcy tego trunku blog mój czytają, zdjęcie widzą i przekaz podprogowy rozumieją właściwie.


Kolejnym nabytkiem z kategorii niezbędnych były ramki, sztuk dwie. Kolor szarości bliski, ta sama pielęgniarska stylówa - biel. Choć szary rozważany był również! Ramki sztuk dwie były mi niezbędne, by wprowadzić w życie plan, który narodził się podczas mojej niedawnej wizyty na Kole. Zainwestowałam wtedy 5 zł w przedmiot, który podejrzewany był przez niektóre osoby o bliskie zaznajomienie z moczem. Dementuję te plotki, z uryną żadną nie miał nic wspólnego. Wiele wspólnego miał za to z moim bezrozumnym uwielbieniem dla prasy modowej, z dzieciństwem szczęśliwie pod babciną maszyną do szycia pędzonym, z moją maszyną, która czeka na naprawę, bidulka. Zainwestowałam moje okrągłe 5 zł w polski odpowiednik Vogue z 1967 roku, następnie zaś niemal 60 zł w ramki. Efekty widoczne poniżej.


Ramki wraz z modną zawartością czekają na swój czas, czyli na wiertarkę. Mam niejasne wrażenie, że w dzisiejszych czasach łatwiej o chłopca z jednym płucem niż o takiego, który potrafiłby obsługiwać takie urządzenie, ale nie tracę nadziei. Będą wisiały, tak mi dopomóż - w najgorszym razie - wąsaty sąsiedzie.

Ważniejsze od nabytków są rzeczy, które nabyć chciałam, lecz nie było mi dane. Sofa, która zachwyciła mnie widziana w komputerze, w praktyce nie zachęcała do siadania. Nawet do przelotnego głasku ręka mi się nie rwała, tapicerka została zupełnie bez muśnięcia. Co ciekawe, na zdjęciach przeze mnie zrobionych wcale nie wychodzi źle - jest najwyraźniej jedną z tych brzydkich w fotogeniczny sposób topmodelek.W praktyce - dramat! Słowo daję.



Nabyć zamierzałam też jakieś tekstylne wypełnienie kuchennego okna. Okno chciałabym wypełnić czymś, co zwisałoby z karnisza i miało mniej więcej metr długości. Coś przejrzystego, żeby pomieszczenia nie zaciemnić. Szwedzi pozostali głusi na moje żądania i ślepi na łzy. Nic a nic się nie nadawało, mimo mojej otwartości na wszelkie tekstylia, z ręcznikami i pościelą włącznie.

Plan mój, z pietyzmem poczyniony w drodze do IKEA, przewidywał też zwrócenie uwagi na potencjalny substytut wymarzonej żółtej bieliźniarki. Nie było jednak nic wartego uwiecznienia na zdjęciu, nie wspominając nawet o nabyciu. Przegrana bitwa nie oznacza oczywiście przegranej wojny, walka trwa. Jeszcze Cię znajdę, żółta cholero!

Tymczasem, skoro o żółtym mowa: wszystkiego dobrego. Bez względu na to, czy macie święta, czy długi weekend: bawcie się dobrze. Zdrowie też się wszystkim przyda. I płatki owsiane. Z serca życzę.

4 komentarze:

  1. "Ramki wraz z modną zawartością czekają na swój czas, czyli na wiertarkę. Mam niejasne wrażenie, że w dzisiejszych czasach łatwiej o chłopca z jednym płucem niż o takiego, który potrafiłby obsługiwać takie urządzenie, ale nie tracę nadziei."
    Przez chłopców z jednym płucem omal nie wyplułam przy rechocie własnego ;)
    Choć oczywiście, posiadanie jednego płuca nie jest śmieszne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Posiadanie jednego płuca oraz niemoc w zakresie obsługi wiertarki to są bardzo smutne zjawiska, moja droga! Na plus jednego płuca przemawia fakt, że jest to problem angażujący zwykle jedynie posiadacza płuca. Antytalent wiertarkowy ma zaś poważny wpływ na otoczenie.

      Usuń