5 kwietnia 2014

Tęskno mi za Tobą, moje drogie eM

Mój kot zaczął na mnie patrzeć spod byka. Czoło jego zmarszczone, oko zimnem stalowym błyska. Lodowate oko wpatrzone badawczo w oko moje śladów skruchy szuka. Ogon kota mojego gniewnie w niebo wycelowany, kreśli granicę między nami, barykadę buduje. Po jednej stronie barykady jest on, w karzącej mnie liczbie pojedynczej występujący, po drugiej zaś ja - ja w liczbę mnogą pogardliwie ubrana, podmiot zbiorowy z moją pracą stanowiąca. Pomruk gniewny kota mojego zawiera szorstkie słowo rynsztokiem pachnące oraz wyraz, którego znaczenie powoli się w mojej głowie zaciera: "prywatność". Gubimy ją, kocie, co racja to racja. Coraz mniej nas, coraz więcej pracy. Pracy w pracy, pracy poza pracą. Najgorsze, że pracy przyjemnej. Ekscytującej. Pracy, z której się wraca na rzęsach, ale z uśmiechem, z jasnym obliczem się do niej znów idzie. Pracy, o której się mówi z wypiekami na twarzy. To chyba kota wkurza najbardziej, parą mu okulary zakrywa, bo lepiej by było jednak, gdybym żal czuła, współczucia żądała, litość wzbudzała. Nic z tego, kocie.

Rozchodzą mi się drogi z eM, a gdy się schodzą, mrok już Wolę okrywa. Sporo się dzieje w moim tak zwanym życiu zawodowym, jak to zwykle bywa - wszystko się dzieje jednocześnie. Terminy gonią na wszystkich frontach, a ja w domu bywam bardzo sennym gościem. Lodówka straszy pustkami, salony kurzem porastają. Plany mieszkaniowe w łeb biorą, jeden za drugim. Przez umysł przebiega co rano myśl zmęczona, że do cholery, umyć okna trzeba. Wieczorem pojawia się druga, że i malowanie by się przydało. Tuż przed zaśnięciem atakuje jeszcze spostrzeżenie, że zakupy by zrobić wypadało. I pranie. I prasowanie. I wszystko.

Trwa to już ze trzy tygodnie, licząc lekko. W międzyczasie miałam weekend boski, w ostatnim poście opisany, niemniej jednak - dni robocze do najłatwiejszych nie należą, a weekend aktualnie trwający jest taki, że mogłoby go wcale nie być - piątek do nocy przepracowany, sobota znowu od świtu do zmierzchu, niedziela uczelniana. Weź się tu człowieku wyśpij, włos przerzedzony przyczesz - będziesz mógł mówić o sukcesie. Napełnianie lodówki w strefę marzeń zepchnąć można, zostaje żywienie się na mieście, polegające głównie na prostym przepływie środków z konta bankowego w boczki.

Jednak: jak na urodzoną pesymistkę przystało, z powodzeniem szukam plusów w tym minusie. Odseparowana od eM - jak nie fizycznie, to mentalnie - mogę sobie sporo przemyśleć. Lista marzeń układa się sama. Co bym zrobiła, gdyby czas mi pozwolił, wiem już aż za dobrze. Żeby marzenia formę realną przybrały, spiszę je tutaj, niech wiszą, niech wywierają presję, niech nie pozwolą o sobie zapomnieć.

Jak tylko będę miała czas - posprzątam eM. Okiem gospodarskim każdy centymetr kwadratowy obejmę, oszacuję rozmiar śladów, które ząb czasu coraz wyraźniej zostawia. Zaplanuję konieczne zmiany, renowacje, remonty i zakupy. Unowocześnię, odnowię, ocieplę, oswoję, odświeżę, dopieszczę. Tak mojemu eM zrobię. Plany i realizacja, po bożemu.

Żeby od eM po tych zmianach nie odstawać, sobą też się zajmę z pietyzmem. Garderobę odświeżę, specjalistów od urody odwiedzę, znaczenie słowa "dieta" sobie w necie sprawdzę i wdrożę, bo nie samym kupnym glutaminianem człowiek żyje. Najważniejsze jednak - wyśpię się. Tak do oporu, bez budzika. Wyśpię się tak, że obolała wstanę, odleżyny będę miała wszędzie. Sny zapamiętam, zwłaszcza te głupie, te, które pojawiają się, gdy człowiek śpi stanowczo za długo. Takim człowiek będę - śpiącym za długo, a co.

Zadbana eN w zadbanym eM o relacje zadba. Pochylę się z rozmysłem nad listą bliższych i najbliższych, listą w sercu wyrytą, ale coraz rzadziej - przez pracę - realizowaną na drodze spotkań bezpośrednich, czy chociażby pogaduszek telefonicznych. Gotowała będę tak, że się Gesslerowe wszystkie będą ode mnie uczyć. Tarta za mną chodzi, słodka i wytrawna. Brownie, które przyćmi ciasto w "Filtrach" sprzedawane. Oliwki w czosnkowej zalewie, które chodzą za mną i odczepić się nie mogą. Gotowała będę, rozpieszczała będę, ochy i achy zbierała.

Poczytam. Zaznajomię się z literkami, które nie przydadzą mi się do doktoratu, które o kant tyłka tłuc będę mogła w kontekście zawodowym, takie literki, które nic nie wniosą, poza przyjemnością czystą obcowania z literaturą niepotrzebną. Nieuzasadnioną. Stron więcej niż dwie, koniecznie. I bez tego wrażenia, że każdą literkę kradnę powiece ciężkiej, która ma już pełne prawo przekrwione oko schować.

Najważniejsze jednak: o pracy żadnej mojej słowem nie wspomnę. Nawet sylaba jedna z pracą związana z ust mi nie ucieknie. Będę słuchała, będę się śmiała, zupełnie prywatnie, najlepiej absurdalnie, najlepiej bez powodu.

Pięknie będzie, kocie, obiecuję.


3 komentarze:

  1. Primo: post mi umknął, czuję się haniebnie z powodu tegoż.
    Secundo: w zadbanym eM zadbana eN powinna jeszcze zadbac o kota. Bo foch, mimo nie wspominania o pracy pójdzie ("się pindzia urodą zajmuje, okno myje, a ja co? Gorsza? A kto mnie wyprzytula GDY ZECHCĘ?!"). A sama wiesz, jak foch taki długo się pierze ;)
    Ps. Wybacz pindzię, ale sama wiesz, że kot Twój mógł pomyśleć takie słowo :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój kot musiałby mieć naprawdę dobry dzień, żeby pomyśleć o kimś tak dobrze:). Ale tak, tak, zajmę się. Wszystkim. Wszystkimi. Lepszym czasem publikacji też:).

      Usuń