26 kwietnia 2014

Żulietty

Ze wstydem przyznaję, że nie pamiętam naszego pierwszego razu. Skąd się to wszystko w ogóle wzięło, kto zrobił inicjujący krok, czyj gest był tym, który sprowokował lawinę? W mojej niewdzięcznej pamięci zostało tylko trwanie. My - to takie oczywiste, bezdyskusyjne, w realizacji bezwzględnie skuteczne, najlepsze. Bez wstępnych umizgów, bez starań i podchodów, zadziało się jakoś i działo się dobrze. Była w tym pewna naturalność, spontaniczność, jednocześnie jednak sporo z atmosfery święta. My w środę przed południem i w niedzielny wieczór, my w dzień zwykły i ten pachnący ciepłym woskiem urodzinowych świeczek. Wykpiło nas wielu, liczni gromili, dla nas jednak układ ten zdawał się nie mieć wad. Do czasu.




My i ona, "Warszawska". Niechlujna i niechlubna narośl na estetycznym i uporządkowanym w swej pozornej nonszalancji Placu Zbawiciela. Ostoja normalności w wylansowanej rzeczywistości kreatorów i konsumentów trendów. Ciasna, lecz zawsze miejsce dla nas miała. Nigdy nie byłyśmy jedynymi klientami, ale nigdy też ścisk nam nie doskwierał. Bywalcy różnoracy, niezmiennie przyjemni. Nawet jeśli trafiał tam kibic Legii zabłąkany, nawet jeśli tych zabłąkanych kibiców było wielu - zawsze towarzyszył im do ust przylepiony komplement i zasobny portfel ze skłonnością do stawiania drinków spowinowacony. Muzyka nieinwazyjna, taka też obsługa. Łazienka podła, zlew w korytarzu. O ile akurat jedno z drugim działało. Bo wcale niekoniecznie. Piwa trzy na krzyż, koneserom dziękujemy. Jedzenie wątpliwe nawet w opinii kucharza.

Chemia. Ta chemia. Przyciąganie jakieś w powietrzu wiszące, feromon pewnie, który raz przyswojony już zawsze kierował tam nasze kroki. I wciąż by kierował, lecz życie jest podłe, los przewrotny, a trawa zieleńsza wiadomo gdzie - "Warszawska" odeszła. Zniknęła tak, jak przyszła. Nagle, z dnia na dzień, niepostrzeżenie. Długo oszukiwałyśmy się myślą, że to może sezonowa przerwa, że lokal mizerny, bezbronny wobec chłodów, zawiesił działalność, lecz wróci, gdy zima wyprowadzi się do Suwałk. Niestety, złudne to były nadzieje. Nasze miejsce, ukochane, najulubieńsze, na zawsze odeszło. Pozostał po "Warszawskiej" żal i nieutulona tęsknota, przede wszystkim zaś pustka, którą należy wypełnić. I to szybko.

Zapanowała wiosna, o czym na blogu mówię wciąż i wciąż. Przyszła, ale do eM nie weszła, bo wiosna nie jest z tych. Wiosna stanęła w progu eM i kiwnęła przyjaźnie palcem, wyraźnie życzyła sobie, byśmy poszły za nią. Jeszcze rok temu nie było miejsca na wątpliwości - ciepłe dni są po to, byśmy mogły bezwstydnie prężyć nasze doskonałe ciała na leżakach pod "Warszawską" z nieśmiałą nadzieją, że Magda Cielecka wjedzie w nas rowerem. Jak wiadomo jednak, "Warszawska" odeszła. Z bytu przeszła w niebyt, pozostawiając nas w piwnym odbycie.

Potrzeba znalezienia nowego miejsca stała się palącą, z czego jako pierwsza zdała sobie sprawę moja podobna do Jamesa Deana przyjaciółka. Pracowite jej dłonie, powszechnie na mieście chwalone z przyczyn dla mnie niezrozumiałych, spreparowały ogłoszenie, które zamieszczone zostało na fejsbuku. W ogłoszeniu stało, że szukamy nowego piwnego domku i że mamy wobec tego domku oczekiwania. Pod rzeczonym postem podpisuję się rękami obiema i wątrobą, dlatego też oczekiwania owe pozwolę sobie zacytować:

1.  Obsługa - widoczna na zdjęciu poniżej. Oprócz tego wyluzowana, nieoceniająca, kiedy przychodzi się na piwo w samo południe. 



 2. Wystrój - odpowiedni do robienia samojebek.

(I nie są to słowa na wiatr rzucone, z naszych wizyt w "Warszawskiej", o ile pobyt w naszym piwnym domku nazwać można "wizytą", pozostało wiele fotograficznych pamiątek, jak choćby ten zapis magicznych chwil z 7 sierpnia 2013 roku)


3. Muzyka - radiu eska i polskiemu rockowi podziękujemy.
4. Klienci - dużym plusem będzie zasłyszane od czasu do czasu "kolejka dla wszystkich", nawet jeśli wydobędzie się z gardła legionisty wracającego z żylety.

(Wtrącę się ponownie, gdyż odnotować warto, że kibice Legii wywołujący uzasadnione obawy w nocnych autobusach i ciemnych uliczkach to zupełnie inni ludzie niż ci, których miałyśmy wielokrotnie okazję poznać w "Warszawskiej". Nasz piwny domek łagodził obyczaje i otwierał niebiesko-białe serca i kieszenie)

5. Miejsce - jak się zaczyna pić o 12, to lepiej, żeby miejscówka była w cywilizacji, bo potem ciężko do domu wrócić.

 (Zaskakujące pory naszych spotkań z "Warszawską" to tylko jedna strona medalu, choć oczywiście - elastyczne i tolerancyjne godziny otwarcia są ważne. Jednak: niezwykłą zaletą lokalizacji "Warszawskiej" była bliskość naszej ulubionej azjatyckiej jadłodajni, uroczego miejsca z robakami na ścianach, sufitach i podłogach, w którym zwyczajowo spożywałyśmy całkowicie pozbawiony jakichkolwiek wartości obiad/lunch, by następnie oddać się piwnej rozpuście dwa kroki dalej. O tym, jak udanie skomunikowany jest Plac Zbawiciela, nie ma sensu opowiadać - jeden chwiejny skok i już nasze strudzone opalaniem ciała bezpiecznie mknęły po tramwajowych szynach w stronę schronienia. Słowo "miejsce" ma w tym wypadku wiele znaczeń)

Cytowany obszernie post uzyskał 52 komentarze (i to wcale nie jest tak, że głównie my ze sobą rozmawiałyśmy). 52 komentarze to jest bardzo wiele podpowiedzi, sugestii i rad, masa nazw, ulic i linków, jednak zawsze lepiej, jak jest więcej, stąd również apel blogowy: jeśli ktoś zna miejsce, które odpowiadałoby naszym oczekiwaniom, bardzo prosimy o cynk. 

Nie ukrywam - pierwsze testy mamy za sobą. Sprawdziłyśmy dziesięć miejsc. Powtarzam: dziesięć. Liczba pozornie nie oszałamia, dodam więc: jednej nocy. 

Badania prowadzone były metodą obserwacji uczestniczącej. Zespół badawczy liczył dwie osoby, ale odnotowane zostały liczne interakcje z tambylcami. Głównym narzędziem badawczym było piwo, choć konieczne okazało się wsparcie (dwa naprawdę okropne azjatyckie dania z Chmielnej, jeden pączek ze ściany, 5 gałek lodów Grycan, jedna czekolada Milka łaciata). Wnioski z badania (dodajmy - z pierwszej tury badania, ponieważ wiadomo, że badania jednorazowe można sobie o kant wątroby potłuc) oraz liczne problemy badawcze, które wyłoniły się w trakcie - w następnym odcinku.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz