2 maja 2014

Na tropie alkodomku, part 1

- Nie zostaniecie?
- Trochę tu za cicho...
- Cicho, więc można się zczilować. I zjarać się też można.
- Jakoś zupełnie nie mamy się czym zjarać, więc...
- Kochana, wszystko da się załatwić. 

Wyszłyśmy, ale wrócimy. Prokliencka postawa obsługi urzekła nas na tyle, że bierzemy pod uwagę możliwość puszczenia w niepamięć pierwszego spotkania z tym miejscem: dziwny człowiek wystukiwał coś na bębenku, a gromada widzów (słuchaczy?) ukłoniła nam się jogińsko, kiedy zajrzałyśmy do sali. Z dość oczywistych względów nazwę miejsca najbezpieczniej będzie przemilczeć.




Nie wyprzedzajmy jednak faktów, najpierw słowo wyjaśnienia. Oczywiście, to nie jest tak, że przez kilka lat chodziłyśmy tylko do "Warszawskiej". Rozbijałyśmy się po wielu różnych lokalach, swobodnie podchodziłyśmy do kwestii standardu i lokalizacji, towarzyskie przygody rzucały nas - niekiedy razem, wielokrotnie osobno - w różne rejony Warszawy. Powtarzać będę jednak do znudzenia: nie mamy problemu ze znalezieniem miejsca, w którym można wypić piwo. My szukamy piwnego domku. Naszej oazy, naszej świątyni, naszej lokalowej żony, która zawsze czeka z otwartymi ramionami, taką też butelką i brakiem kolejki do WC. Alkobazy, w której znaczenia nie ma, czy są wakacje, czy środek zimy stulecia, czy pora jest nocna czy raczej na Knoppersa.

Większość miejsc, które przyszło i przyjdzie nam odwiedzić, są nam znane, jest jednak ogromna różnica między przelotną alkoholową znajomością a prawdziwym związkiem, budowaniem więzi, decyzją o wspólnej przyszłości. Odwiedzamy więc lokale, które trudno uznać za dziewicze, wierząc głęboko, że może sytuacja spowoduje zmianę optyki, może spojrzymy innymi oczami na opatrzone już ściany i może w ścianach tych uda nam się dostrzec potencjał.

Na pierwszy ogień, oby piekielny, poszła "Huśtawka". Zresztą, "Huśtawce" chyba źle życzyć nie trzeba, problemy z koncesją rzucają się w oczy na wejściu. Ogromną zaletą tego miejsca jest cena piwa - załapałyśmy się na promocję, dzięki której 20 zł wystarczyło na cztery porcje (zwracam uwagę na skalę poświęcenia i zaangażowanie w badania). Oczywiście, nasz alkodomek powinien mieć ceny stabilnie korzystne, niezależnie od pory dnia, jednak taka okazja na starcie była gestem przyjemnym, jak świeży oddech na pierwszej randce, jak obuwie czyste i przycięte paznokcie. Mile połechtane kosztem trunku ruszyłyśmy na rekonesans, który okazał się równią pochyłą i to ze sporym kątem nachylenia.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie i duszno. Była godzina wczesna, dzień słoneczny, w "Huśtawce" zaś niesprecyzowany godzinowo mrok. Nadmiar powierzchni tapicerowanych, koralików i innych dzwoniących akcesoriów, wrażenie kurzu i zaduchu, starości i śmierci. Oczywistym jest, że w tych warunkach zrobienie zdjęcia bez lampy było niemożliwe - nawet powstrzymanie senności było trudne. Leżaków brak, stolików na słonecznym zewnętrzu brak. Ścieżka dźwiękowa zorganizowana była w sposób prosty, czyli płyta puszczona. Cała. Długa. Arctic Monkeys konkretnie. Niby nieźle, a jednak bardzo słabo. Wyczekiwanie i ciekawość, jaką płytą poczęstują nas, gdy ta zgra się do cna. Kolejna zła decyzja płytowa obsługi. Pora na WC i znowu rozczarowanie. Ucieszyło nas ogromnie (każdą z osobna) zobaczenie w końcu okna, choćby w pobliżu sedesu. Mrok panujący w strategicznym miejscu, czyli przy lustrze, skutecznie kiełkujący optymizm zabił.

Podsumowując - lokalizacja w centrum i promocja na wejściu zapisane zostały po stronie plusów, jednak to strona minusów dominowała rozmiarem. Wyrok zapadł skazujący: 4 menelki w naszej dziesięciostopniowej menelkowej skali. Fotograficzne dowody poniżej. Lepsze selfie zrobił sobie Kaczyński w Radomiu.



Jako miejsce numer dwa wytypowany został lokal na tyle odległy, by po drodze udało nam się powrócić do pełnej jasności umysłów i sprawności ciał. Oraz zaliczyć cukiernię Grycan.

"Karmnik". Głębokie Stare Miasto. Duże okna, przyjemna ścieżka dźwiękowa, ascetyczne (w porównaniu z "Huśtawką") wnętrze - plus; natarczywa obsługa, zastanawiający brak innych klientów, ceny piwa, zupełnie nieśmieszne próby poetyckie na ścianach - minus; stolik w oknie - ciekawostka, która mogłaby zamienić się w solidny minus, gdyby miejsce to wygrało w naszym konkursie. Nie wygrało. Myśli nasze były jak zawsze synergetyczne, wnioski dla "Karmnika" negatywne: 6 menelek.

A pierwsze z poniższych zdjęć jest zupełnie nieprzekręcalne. Próbowałam, próbowałam, ale najwyraźniej los tak chciał. Z tej podłej jakości fotografii dowiedziałam się, że jestem z oka podobna do Ewy Chodakowskiej. Czemu nie z brzucha, pytałabym, gdyby nie to piwo na stoliku.


 

Miejsca od 3 do 6 to ciąg porażek i rozczarowań, oczywiście w kontekście alkodomku, nie lokali ogólnie, szkoda nam było czasu na przyznawanie menelek. "Parking", "Bątą", "Bufet Centralny" i inne pomioty z Żurawiej. Fajniefajnie. Bywać warto. Plusy obiektywne: chociażby parkingowe drinki w słoikach, lokalizacja, no i +10 do lansu. Plusy subiektywne (moje): powiązania "Bufetu" z "Praskim Winowajcą", miejscem, w którym rozegrało się wiele historycznych momentów mojego życia, poza mną bywało tam też dobre jedzenie, kawa i drinki, przede wszystkim w odsłonie wakacyjnej. Nie samym sentymentem jednak człowiek żyje.

Minusy  Żurawiej, którą pozwolę sobie uznać za bohatera (nomen omen) zbiorowego: tłum, tłok, niedobór stolików, nadmiar panów, którzy domagali się pieniędzy za wejście. Alkodomek nie powinien być modny, jako i my nie jesteśmy. Nasza piwna oaza ma nam dawać możliwość spożywania trunków na zewnętrzu, ale to nie znaczy na stojąco na chodniku. Spontaniczne melanże na tłumnych ulicach i placach spisują się świetnie w Hiszpanii, ale Warszawa ma naprawdę niewiele z Barcelony. Niestety. Stolik ma być i basta. Stołki mogą być barowe. I wolne, przede wszystkim, nawet w towarzyskim prajmtajmie. Co więcej, alkodomek nie powinien raczej być imprezownią. Idealne połączenie miejsca do picia piwa, jedzenia ciasta czekoladowego, tańczenia i uczestniczenia w życiu kulturalnym kiedyś istniało. Nazywało się "Nowy wspaniały świat". Na zawsze w naszych sercach (w moim sercu, poza miejscem, został jeszcze na zawsze Sławek Sierakowski).

Później było już tylko słabo, poza miejscem(7), którego krótka charakterystyka pojawiła się w zajawce niniejszego tekstu. "KosmosKosmos", "Znajomi Znajomych" (chora tendencja jakaś w tym nazewnictwie jąkającym) - zupełnie jakoś nieciekawie. O pierwszym z wymienionych miejsc chodzą smutne plotki po mieście, w drugim byłyśmy zaś razem (i osobno) tyle razy, że gdyby miało zaiskrzyć, zdarzyłoby się to już dawno. Jeśli kiedyś pokuszę się o autobiografię, pokaz "Nosferatu" w ramach "Why so silent?" będzie miał osobny rozdział obfitujący w czarne charaktery. No ale. Obowiązki badawcze, teraz zaś kronikarskie, kazały ZZ zaliczyć i odnotować. Na minus, mimo iż ich hummus mogłabym jeść bez końca. Temat konkursu jest jednak inny.

Poza listą jest miejsce, którego nazwy nie znamy. Znajduje się na jakimś głębokim zapleczu Hożej, w czymś, co wygląda jak stara fabryka, zawiodła nas tam moja intuicja, z czasem zaś dźwięki muzyki. Impreza okazała się zamknięta, ochrona patrzyła na nas podejrzliwie jak na inspektorów Urzędu Skarbowego, kiedy zupełnie znikąd trafiłyśmy na ten koniec świata.

Ostateczna ostateczność zawiodła nas w pobliże Muzeum Narodowego, czyli "Cuda na kiju". Był tłum, ale było miejsce. Piwo było stosunkowo drogie, ale dobre. Lokalizacja rewelacyjna, ale inwestycja w napoje wymagała 20 minut stania w kolejce. Tendencja podobno stała, co nas niepokoi z lekka. Selfie zrobić można i zrobione zostało, ale wysoki numer miejsca zobowiązuje - zdjęcie wyszło, my już zupełnie nie. Bez skojarzeń z Warsaw Shore proszę, byłyśmy przytomne, komunikacja z transportem (pozdrawiam!) przebiegła bez zakłóceń, nie trzeba nas było lokalizować satelitą, podobno tylko woniałyśmy nieciekawie, ale to akurat wina zadymionego ZZ. "Cuda" dostały 8 menelek, czyli nie jest źle, choć idealnie też nie.

Poszukiwania trwają, temat powróci, jak tylko dojdzie do kolejnej ekspedycji. Spokojnie, mamo (moja), panujemy nad sytuacją. I pamiętamy o doktoratach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz