10 maja 2014

Zbuk

Wiele złych myśli pojawiło się w głowie mojej kilka dni temu. Część z nich ruszyła w świat za pośrednictwem ust, inne skorzystały z pomocy palców, wstukujących gniewnie brzydkie słowa w klawiaturę, kilka zostało w głowie i zatruwało mi jestestwo, jak gangrena zżerało mi ducha. Ducha, który już dawno nie jest duchem walki. Na spotkanie moich złorzeczeń ruszyły złorzeczenia zaprzyjaźnione, współczucia pełne. Znowu, znowu to samo. Zniknęły zdjęcia z blogu. Całkiem, a nawet bardziej niż całkiem, bo zamiast neutralnej pustki pojawiły się zakazy wjazdu, sugerujące wiele złego. Kradzież na przykład jakąś. Że niby ja czyjąś własność intelektualną albo inny wizerunek zawłaszczyłam. Na szwank naraziłam. Z paragrafami igrałam, z litery prawa kpiłam. Czy coś. A przecież ja nic, nic złego. A przynajmniej tak myślałam. Błędnie.




Bo to ja sobie blog zepsułam. Tymi rękami, z dominującym udziałem kciuka prawego. Bluzgów potok pod adresem platformy blogowej wylewałam, a jednocześnie na własną niekorzyść działałam. Gniewem targana mowę ojczystą plugawiłam, a jednocześnie wszystko wokół niszczyłam, zdjęcie po zdjęciu w niebyt słałam i palec mi przy tym nie drgnął. Jak zakalec w cieście ukryty, jak rak bezobjawowo atakujący zdrowe tkanki, jak ten ptak, co we własne gniazdo. Taki ze mnie psuj, niby nic, panienka królewna, a jednak zbój. A może nawet zbuk.

Jestem człowiek atechniczny. Każde urządzenie o budowie bardziej skomplikowanej niż tłuczek do mięsa napawa mnie lękiem. Każda awaria, czyli zjawisko w moim domu częste, uświadamia mi, że pod pewnymi względami nigdy nie zeszłam z drzewa. Wobec gniewu bogów, objawiającego się kolejnymi zepsutymi urządzeniami, jestem bezradna. Każde techniczne niedomaganie mojego dobytku znoszę z pokorą, zawsze wierzę, że żelazko do mnie wróci, jak odpocznie, że komputer się musi przespać, że po trzech dniach braku zaczepek z mojej strony lokówka zacznie działać, że może moje lekceważenie zadziała na ambicję czajnika elektrycznego i... Powoli uświadamiam sobie, że to tak jednak nie działa.

Czasem sobie myślę, jak piękne byłoby życie, gdyby ta moja techniczna niemoc była tylko taką grą. Wyuczona pozorowana bezradność, as w kobiecym rękawie. Trzepot rzęs, nerwowa zabawa pasmem włosów, które to pasmo okręcałabym sobie wokół palca, a z pasmem razem obiekt intrygi. Pitu pitu o pralce, może o suszarce, pełne smutku westchnienia w stronę drukarki, powłóczyste spojrzenie na piekarnik, bolesny jęk, bo telewizor... Dobrze rozegrany dramat sprzętowy, a pod jego przykrywką damsko-męski poker. Nieśmiałe sygnalizowanie problemu, umizgi i trzepoty, potem podziw dla siły i sprawności, wdzięczność bez granic, bo pralka pierze, a efekt uboczny: mąż w dom. Tak by się zrealizowało pobożne życzenie matki mojej, pani inżynierowej, żebym w końcu się ogarnęła, bo nie samym Schopenhauerem człowiek żyje. Że przecież tylu jest miłych panów wąsatych, co to budują drogi i mosty i zdrowe relacje. W których dłoniach śrubokręt jak czarodziejska różdżka śmiga. A ja nic. Uwagi matki dopuszczam wybiórczo do świadomości swojej, wybrednie wyciągam słowa niektóre i ustawiam we własnej kolejności. Czyli ręce - proszę bardzo, niech będą ręce. A w rękach może "Czarodziejska góra". Lub z Oz czarnoksiężnik. Albo Kraina Czarów. O czym to ja...?

O psuciu więc znowu. Skoro nie potrafię z awariami zawalczyć mężem, walczę unikami. Sprzętu nie posiadam, bo się boję. Ograniczam do minimum potrzeby techniczne, a jak już minimum wymaga, by się pojawiło coś na prąd, niech to coś jest chociaż proste. Jeden guzik, z jednym sobie radzę. Bywa niestety i tak, że producent szczodry hojnie obdarza guzikami, pokrętłami, czasem nawet dźwignię jakąś przywali. Mam na to sposób. Lekceważenie. Moja pralka pierze tylko jednym programem, zmywarka ma jeden tryb zmywania. Jeśli instrukcja sugeruje inne opcje, to już jest jej problem. Moje życie z urządzeniami jest proste: jak najmniej przedmiotów, jak najmniej rozwiązań i opcji.

Czasem się tak jednak nie da, co mi uświadomił niedawno blog. Czyli jesteśmy już w okolicach sedna.

Telefon mam. Smartfona konkretnie. Firmy nie pamiętam, o ile na napis nie patrzę, kolor z pewnością biały. W posiadanie smartfona weszłam bezboleśnie, konieczność podjęcia decyzji zwyczajnie zleciłam komuś innemu. Zaufany ktoś inny, zaskakująco Jamesa Deana przypominający, wyboru dokonał, ja tylko musiałam prosić bankomat o pieniądz. Tyle potrafię. Użytkowanie smartfona idzie mi dość sprawnie, choć wiadomo, że interesuje mnie może 5 procent jego funkcji. W tych ważnych procentach mieści się przede wszystkim aparat. Maniakalnie utrwalam wszystko, z posiłkami i kotem na czele. W słowie "maniakalnie" mieści się spore zapotrzebowanie na pamięć tego ustrojstwa. Konkretnie, żeby tej pamięci było dużo. I tu się pojawia problem.

Regularnie odwiedzany przeze mnie folder "galeria" od początku naszej znajomości zaskakiwał mnie rozmiarem, i to nie obietnicą rozmiaru, ale stopniem zapełnienia. Z niezrozumiałych zupełnie względów moja galeria w smartfonie pełna była zdjęć. Moich zdjęć, co jest dość dobrą wiadomością, jednak w zdecydowanej większości były to zdjęcia stare, zapomniane, niepotrzebne, za to liczne. W setkach liczne. Skąd one? Cholera wie. Po co? Jeszcze większa tajemnica. Jedna sprawa była pewna: mój telefon sobie tych zdjęć nie życzył, balastu tego, pożeracza pamięci. Zgodziłam się z telefonem na początku, zdjęcia usunęłam. Odrosły, ponownie pamięć zapełniły. Jedyne co mogłam w tej sytuacji zrobić, to pogodzić się z faktami. To w końcu maszyna, ten smartfon.

W minionym tygodniu zdarzył się jednak dzień związany z wyjątkowo gorliwym korzystaniem z aparatu smartfona. Stopień i skala użytkowania były na tyle zaawansowane, że zwiększenie pamięci okazało się koniecznością. Jedyne, co mogłam zrobić, to usunąć zdjęcia plączące się w galerii, znowu stare, znowu niepotrzebne, cholera wie skąd przyciągnięte. Usunęłam. Jednocześnie straciłam zdjęcia na blogu. Czy skojarzyłam te fakty? Oczywiście, że nie.

Sprawę skojarzył kochany Google, swoją drogą cioteczny brat tego tutaj ustrojstwa. Skojarzył i uświadomił mi, że wszystkie zdjęcia, które wrzucam na blog, trafiają do ukrytego folderu Picassa. Picassa to miejsce mi znane, dziesięć lat temu bodajże powakacyjnie wrzuciłam tam zdjęcia, by tych wakacji współtowarzysze mogli zdjęcia przeglądać. No ale: to było wiele, wiele lat temu. I z blogiem pozornie było niezwiązane. Pozornie. W praktyce bowiem, blogowe zdjęcia karmiły Picassę, Picassa zaś włamała się do pamięci mojego smartfona i opchnęła swoje-moje liczne zasoby w mojej galerii. Zasobów nie potrzebowałam, więc usunęłam. W zasobach były moje (po cholerę, ja się pytam?!) ukryte zdjęcia blogowe.

Nie rozumiem tej machinacji, nie rozumiem tych zasad, tych powiązań i knowań podstępnych w mój blog wymierzonych. Nie rozumiem, kto i dlaczego wymyślił, że takie chore relacje muszą istnieć między(wg mnie) mało spokrewnionymi miejscami w sieci. Bardzo wielu rzeczy nie wiem, ale wiem na pewno, że nie mam zdjęć. Bo je sobie usunęłam. Wstyd, żal i zgrzytanie zębów. I jeszcze raz wstyd.

Zdjęcia postaram się pouzupełniać, choć przydałby się w tym celu naprawdę długi wyrok lub pobyt w szpitalu. Jedno i drugie prawdopodobne, teraz tylko pytanie, które bardziej.

Przesyłam zrezygnowane wyrazy sympatii.



2 komentarze:

  1. Najwazniejsze, ze sie wyjasnilo! Moze zadzialala podswiadomosc? Moze wcale nie chcesz byc slawnym tapicerem?

    OdpowiedzUsuń