13 czerwca 2014

Król Słońce

"Postaramy się pani domu nie zbombardować" - żartuje pan stolarz, ja boki więc zrywam uprzejmie, boki dla uspokojenia budyniem czekoladowym pasione, boki w dres szary dziurawy przyobleczone. Jest piątek, trzynasty dzień miesiąca czerwca, była lub jest pełnia, co podobno trzynastego w piątek zdarza się raz na bardzo rzadko. Po eM rozbija się pan stolarz, szafę w sypialni montuje, co się zdarza rzadziej niż ta pełnia w dzień pechowy. Stolarzowi towarzyszy w pracy narzeczona i to już pełnię pod względem wyjątkowości na głowę bije.



W pierwszej chwili wzruszenie głos mi odebrało. Najpierw zachwytem się zachłysnął drzemiący we mnie HRowiec, że taki piękny work-life balance państwo zachowują, w konkursie na firmę z klimatem sprzyjającym rodzinie mogliby startować. Pana stolarza znam od czasów mebli kuchennych, narzeczoną też poznałam wcześniej - towarzyszyła oblubieńcowi w czasie pierwszej wizyty, czyli pomiarów i dogadywania projektu kuchni. Przy montażu już jej jednak nie było, co mnie szczególnie nie zdziwiło wówczas. Nawet rozmawiałam o tym z fachowcem moim ulubionym, że rzadko kobietę życia widuje, że głównie nocą późną przez chwilę, zanim pracą strudzony przytomność traci.

Na tym etapie pałeczkę wzruszeń przejęła we mnie "młoda, wykształcona, z dużego ośrodka", obserwująca wokół postępującą alienację i kult jednostki. Tu tego kultu widziałam wyraźne zaprzeczenie, pan stolarz z narzeczoną: w domu razem, w pracy razem, bliskość pielęgnują, bliskości się nie boją, priorytety jasne, staroświeckie, za gardło chwytające. Trochę gula skacze, trochę zazdrość szczypie.

Potem zaś wzruszenia szlag trafił jasny, bo się okazało, że pan stolarz przyjechał do pracy, a pani stolarzowa na ploty, nóżka na nóżkę, herbatki, kawki, dziękuję, nie słodzę. Dialog utrzymać z obcą babą przez cztery godziny to nie jest sprawa prosta, mimo kocich sympatii wspólnych, mimo nawet meblowego tła spotkania. Miałam budyń, komputer miałam, co się razem w zgrabny plan pod montaż układało, ale nie, bo się gość trafił i gościem zająć się należało. Siedzi, murem siedzi, patrzy przyjaźnie, bo - szczerze - kobieta miła. Ale siedzi. Ploteczki o klientach zapodaje, anegdotami sypie, więc presja poważna, że ja się zachować muszę właściwie, bo inaczej do zestawu historyjek trafię, wolski buc, socjopatka. Przedwojenną gościnność po wileńskiej babci odziedziczoną z zakamarków duszy wyciągnęłam, herbatę z kredensu, cukiernicę z Barcelony, przeprosinami za brak ciasta gębę wytarłam wielokrotnie, wiedzę całą ze studiów wyniesioną o przeprowadzaniu wywiadów z mózgu wygrzebałam i użyłam z premedytacją.

Jakoś poszło. Chyba.

Zdjęcia szafy sypialnianej i szafki łazienkowej wrzucę wkrótce. Będą na pewno, bo pomijając tło towarzyskie zdarzenia, meble jak ta lala.

Najpierw się jednak pobawię w Króla Słońce. Muszę nacieszyć się moją szafą, MOJĄ, mojutką. Kult jednostki pouprawiać, w alienacji się chociaż chwilę pławić, ciszą cieszyć, uśmiech uprzejmy odkleić, mięśnie twarzy rozprostować. Za chwilę weekend i ludzie i znowu potoki słów, ale póki co - odpoczywam.

Dobranoc.

3 komentarze:

  1. hahahaha, już to sobie wyobrażam...a miał być taki przyjemny wieczór z budyniem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Budyń czekoladowy bez cukru na chudym mleku, if you know what I mean <3

      Usuń
  2. A moze ona go pilnuje, zeby go jakas lafirynda za kok szarpana nie uwiodla? Malo to takich, co najpierw niby ze tylko szafa, a potem boazerie, a potem zeby jej kawalerke przebudowac na replike zakopianskiej willi Szymanowskiego. A w dzisiejszych czasach narzeczony fachowiec to skarb :)

    OdpowiedzUsuń